Jednoroczna wdowa, John Irving


Tytuł oryginału: A widow for one year
Przekład: Maciej Świerkocki
Wydawnictwo Prószyński i s-ka
Warszawa 2000
ISBN 83-7255-325-4 
Liczba stron:  614
Wszystkie cytaty pochodzą z tego wydania powieści

"Najpierw należy wymyślić ciekawą historię – a potem zadbać o prawdziwość szczegółów. By szczegóły wydawały się prawdziwe, dobrze jest, jeśli będą choć częściowo pochodzić z rzeczywistości. Ludzie przeceniają przeżycia osobiste – najważniejsza jest obserwacja".



Na początek cytat, słowa Teda:
To mi wygląda na niezły galimatias, Ruthie!
Tak, ta książka to naprawdę niezły galimatias. Ostrzegam, że będzie to dłuuuuga recenzja. Mam mieszane uczucia. Ta powieść przypomina jazdę na kolejce górskiej. Raz - kolejka spadała w dół, przewracałam strony jak szalona, z wypiekami na twarzy, nie mogąc się doczekać: co dalej? Po czym - kolejka ruszała w górę... Odkładałam książkę z niesmakiem i obrzydzeniem, zmęczona i zniechęcona.
W "Jednorocznej wdowie" mamy nie tylko kilka historii, które z powodzeniem mogłyby być odrębnymi powieściami, ale także kilka kategorii, mianowicie romans, obyczaj, kryminał i porno. Kilka historii? Powoli, powoli, jak mawiał zapewne Irving, pisząc to dzieło.

Pierwsza część powieści dzieje się w roku 1958 i dotyczy osoby Eddiego O'Hare, szesnastoletniego ucznia prestiżowej szkoły dla chłopców Exeter. Chłopak dostaje swoją pierwszą pracę wakacyjną - ma być asystentem pisarza (co, w gruncie rzeczy, sprowadza się do bycia kierowcą, gdyż jego chlebodawca, Ted Cole, z powodu pijaństwa stracił prawo jazdy). Przez całe wakacje odbywa więc swoją swoistą pańszczyznę, żyjąc albo w domu państwa Cole, albo w "wagonie", ponieważ małżeństwo Cole'ów przechodzi kryzys i małżonkowie nie sypiają jednocześnie w jednym domu. 
Ted Cole jest pisarzem i rysownikiem. Jego dzieła to straszne historie dla dzieci, z "Myszą w ścianie" na czele. Zaś Marion, piękna, trzydziestodziewięcioletnia żona Teda, jest kobietą fatalną, po uszy w depresji po stracie dwóch synów.
Oto punkt wyjścia: śmierć Timothy'ego i Thomasa Cole'ów. Po śmierci dwóch, nastoletnich synów małżeństwo doczekało się kolejnego dziecka, córki Ruth, która na początku powieści ma lat cztery. Duże znaczenie mają liczne zdjęcia zmarłych chłopców, którymi obwieszone są ściany domów; cały dom przypomina swoistą kaplicę upamiętniającą zmarłych, a główne tematy rozmów dotyczą owych zdjęć i historii, jaką zdjęcia opowiadają.
Eddie O'Hare wdaje się w romans z panią Cole, która go rozdziewicza i odkrywa przed nim wspaniały, niekiedy wulgarny świat seksu; chłopiec zakocha się w Marion na śmierć i do końca życia będzie ją kochał. Marion zaś, nie mogąc wytrzymać presji wychowywania dziecka, znoszenia licznych romansów męża i bolesnego wspomnienia zmarłych synów zabiera wszystkie zdjęcia (z wyjątkiem dwóch) i znika. O historii śmierci chłopców Eddie dowiaduje się od Teda. Konkludując:
Gdyby Marion kiedykolwiek opowiedziała tę historię, przeniknęłaby ją tak głęboko, że sięgnęłaby ostatecznego szaleństwa - znacznie potężniejszego niż to, które kazało jej opuścić swoje jedyne pozostałe przy życiu dziecko.
Druga część przenosi nas do roku 1990. Ruth jest już znaną, bestsellerową pisarką, Ted - mający już ponad siedemdziesiątkę - nadal rysuje pornograficzne akty kobiet, zaś Eddie - teraz znany w środowisku literackim jako Ed - wydał trzy powieści, a każda z nich jest autobiograficznym gniotem ku czci Marion, z którą Eddie w wieku szesnastu lat odbył sześćdziesiąt stosunków seksualnych. I do tej pory ma słabość do starszych kobiet.
Generalnie Eddie, którego nawet polubiłam w pierwszej części, w kolejnych... jejku, jaka ślamazara! Patrzący w oczy, milczący, jąkający się... Czy to wina Marion? Wampirzyca wyssała wszystkie siły witalne z tego biednego nastolatka? A teraz wszystkie jego powieści to kult pięknej Marion... Zaś Allan, po przeczytaniu ostatniej powieści Eddiego (w której opisuje miłość między pięćdziesięciolatkiem, a siedemdziesięciolatką), kwituje to tak:
Trzeba oddać sprawiedliwość panu O'Hare'owi... Nie wstydzi się niczego!
Druga część jest zdecydowanie opowieścią Ruth, która, wychowana bez matki przy niezbyt odpowiednich wzorcach ojca wyrasta na dojrzałą, stroniącą od seksu kobietę. Do czasu. Ale o tym później.
Czytałam gdzieś, że Irving to mistrz "małych odcinków", groteska, absurd, farsa. W porządku. Kilka momentów (jak napisałam na początku, jazda kolejką w dół), było fenomenalnych. Chociażby nauka jazdy Ruth, zerwanie z panią Vaughn, opis śmierci chłopców - małe-ogromne sukcesy. Ale te "pulpety doskonałości" pływają w zbyt rozcieńczonym sosie "pospolitości"...
Ruth w ramach międzynarodowej promocji swoich powieści wyjeżdża do Europy, by w kilku państwach podpisywać obcojęzyczne wydania najnowszej książki. Na uwagę zasługuje tutaj opis Amsterdamu, skrupulatny i solidny, a przynajmniej mroczna część miasta, w której można znaleźć prostytutkę, obejrzeć stosunek seksualny na żywo, zakupić akcesoria do BDSM i generalnie zaznać amsterdamskiego nihilizmu. Tutaj Ruth wpada na pomysł na nową powieść i wdraża swoje pomysły w życie, szukając inspiracji i potrzebnych materiałów u źródła, czyli u prostytutki imieniem Dolores, zwanej Rooie - Ruda. Ten element fabuły to wspomniany przeze mnie wyżej wątek kryminalny...
W czasie podróży Ruth odkrywa jeszcze jedną rzecz. Mianowicie czyta książkę, podarowaną przez Eddiego, która okazuje się być pierwszym tropem matki od trzydziestu dwóch lat.
Po powrocie do domu zastaje ją dramat, radość i zwyczajność. Zamilknę, by nie zdradzać fabuły.
Trzecia część, kulminująca wszystkie wątki, dzieje się jesienią roku 1995. Jest to historia sierżanta Hoekstra z amsterdamskiej policji i, jeśli mam być szczera, najlepsza część całej powieści. Wątek sierżanta poszukującego swojego świadka, historia Rooie i jej śmierci, a także spotkanie w Amsterdamie wynagrodziło boleśnie nudną i irytującą część drugą. Choć i tak nie jestem całkiem zadowolona (Irving wiele wątków rozwlekał w nieskończoność, zaś ten, ciekawy i sympatyczny wątek, moim zdaniem, za bardzo przyspieszył. A może po prostu przywykłam do dłużyzn). Ale, cóż, zakończenie jest dość satysfakcjonujące, choć przewidywalne. 
Zacznę od tego, co mnie gryzło w czasie czytania powieści.

1. Postawa Marion
Nie jestem pruderyjna, o, nie. Nie mam nic przeciwko odważnej erotyce, a pornografia, choć sama nie jestem jej fanem, jest mi zupełnie obojętna. Nie mam nic przeciwko wszelakim perwersjom, biczom, i wszelkim innym elementom gry seksualnej, o ile nikt nikomu nie robi krzywdy i osoby biorące udział w akcie są świadome i z pełną odpowiedzialnością biorą udział w wyuzdanej zabawie. Nie mnie oceniać preferencje seksualne innych.
Jednak, jeśli idzie o tą powieść, to Irving wielokrotnie przekroczył moją granicę dobrego smaku. Wyuzdane, ociekające erotyką brawurowe opisy aktu prawie czterdziestoletniej kobiety z szesnastolatkiem, dla którego owe przeżycia mają przynieść traumatyczne wręcz konsekwencje, to przegięcie. Miłość Eddiego jest czysta, niewinna i niedojrzała; zaś Marion, dorosła i świadoma kobieta, powinna wiedzieć lepiej. Ruth pisze, że Eddie podsumowuje to tymi słowy:
Marion była "seksualnym początkiem i seksualną kulminacją jego życia"
Nie mówiąc o tym, że pani Cole zostawia swoją córkę bez słowa, znika z jej życia nagle i przez wiele lat nie próbuje nawet kontaktu. Godne potępienia.

2. Postawa Ruth
Tutaj Irving nieco przesadził. Stworzył bohaterkę z krwi i kości, która, dzięki osobliwym wartościom wyniesionym z domu, stroni od seksu i od małżeństwa, choć ma pewnego obiecującego kandydata na oku. Ojciec wszak nauczał córkę, mówiąc:
Mężczyźni zasadniczo nie są wierni swoim partnerkom, Ruthie.
I nagle ta sama kobieta idzie do łóżka z prawie nieznajomym facetem, mało tego - dotychczas skromna, zmienia się w femme fatale, chodząc po domu z piersiami na wierzchu i traktując seks jako zupełne nic. A potem - omal nie zabija faceta rakietką (co mu się, notabene, całkowicie należy). Panie Irving, brak panu konsekwencji. Ludzie nie zmieniają się ot, tak, w ciągu kilku dni! Może autor chciał pokazać, jak wielką traumą okazało się ujrzenie przez Ruth jej przyjaciółki, Hannah, "pieprzącej się z jej ojcem" (cyt. autora), ale ja się tego nie domyśliłam. Dla mnie było to po prostu niewiarygodne. Zaś niecały tydzień później ta sama Ruth, nagle obracająca się w środowisku holenderskich dziwek, powtarza schemat swojej matki i kusi młodego Holendra, wielbiciela jej prozy. 
Niezobowiązujący, przelotny romans z młodszym, znacznie młodszym mężczyzną... Czy w tego rodzaju romanse nie wdają się wszystkie starsze kobiety, mające wyjść za mąż za starszych od siebie mężczyzn?
Nie, panie Irving. Nie wszystkie. A już na pewno nie takie, które przypominają Ruth. Znów brak konsekwencji i nagła zmiana zasad bohatera, który jeszcze kilka kartek wcześniej nigdy nie zadawałby takich pytań. A młody chłopiec, Wim?
Uroda mężczyzny bywa pociągająca jedynie chwilowo.
Jasne, korzystajmy więc z młodych chłopców, póki są jeszcze piękni!


3. A Ted? Stary podrywacz to jedno. Ale bieganie nago z dorosłą córką?
Ale wspólne prysznice w kabinie na dworze i pływanie nago w basenie... Cóż, czy nie były to jedynie elementy rodzinnego rytuału?
Niezła rodzinka.  
Teda może opisać niniejszy fragment:
Czarno-białe zdjęcia obudziły w ogrodniku ponure reminiscencje na temat fascynacji Teda Cole'a poniżonymi i zdeprawowanymi kobietami.
I do tego się wszystko sprowadza. Nadmienię, że Ted, niemalże uzależniony od seksu pisarz, również staje się kimś niezwykle ważnym dla jednej z jego kobiet, która tak go wspomina po 32 latach:
Nikt nie może być podobny do jej ojca [ojca Ruth]! Ted był absolutnie wyjątkowy!
Mimo tego, postać Teda jest nijaka; na tle postaci Eddiego, Ruth czy nawet Marion on zdaje się być bohaterem nie tyle drugiego planu, co planu ostatniego. Przemyka przez powieść, niby ważny, a w gruncie rzeczy Ted jest tak bardzo smutnym bohaterem, że nawet Irving go zlekceważył.

4. Elementy prozy

Czasami miałam wrażenie, że Irving się tłumaczy. Chociażby:
Nie była zresztą całkowicie pewna, czy wyolbrzymia nieprzyzwoitości. Najbardziej bała się, że nieprzyzwoitość stała się zbyt powszechna, by można było ją naprawdę wyolbrzymić.
i dalej:
Ludzie potępiają nieprzyzwoitość albo uważają ją za atrakcyjną, albo jedno i drugie - a mimo to usiłujemy mówić o niej z wyższością, udając, że nas bawi lub że żywimy do niej stosunek niewzruszony. 
No tak, wszak:
Kobiety są perwersyjne! 
Po lekturze twierdzę, że pan Irving zdecydowanie nie wie nic o kobietach. Doprawdy czasami zadawałam sobie pytanie, jaki on ma problem? W sensie: autor. Ma chyba coś nie w porządku pod kopułą, skoro pisze rzeczy, które nie mają totalnie żadnego związku z fabułą, których mógłby się obejść (na przykład zdanie podczas kąpieli czteroletniej Ruthie, kiedy dziewczynka mówi, że piasek dostał się do jej cipki - po co to pisać?! Zupełnie niepotrzebne, wywołujące w czytelniku odrazę do autora - choć może taki był zamysł). 
Nagminne cytowanie Grahama Greene'a również drażniło; tak, jakby Irving nie umiał sam się wypowiedzieć w niektórych kwestiach. 

Do tego dochodzą straszliwie męczące zasady gry w squasha. Litości! Gdybym miała ochotę poznać ten niewątpliwie fascynujący sport, sięgnęłabym do odpowiedniej literatury. A w "Jednorocznej wdowie" opisy meczy, forhendów, bekhendów i innych ruchów po prostu irytują.
A niektóre słowa i zwroty tak silnie kontrastują z ogólnie elokwentnym i starannym (niekiedy poetyckim) językiem prozy, że aż zgrzytają (jak chociażby kilkakrotne "Spierdalaj na drzewo").

Plusy:
1. Język - elokwentny, barwny, literacki; poza kilkoma wyjątkowo drażniącymi kolokwializmami ("kutas", "chuj", "spierdalaj", "wkurwiający kapelusz" itp., choć rozumiem, że to kwestia przekładu)  
2. Dopracowanie i logika - nie znalazłam błędów rzeczowych, opowieść "trzyma się kupy", co nie jest zbyt łatwe przy tak obszernej - zarówno pod względem treści jak i ilości stron -powieści
3. Barwny, ambitny styl, liczne metafory, gry słowne; wtrącenie chociażby pierwszego rozdziału powieści Marion zamykające się samo w sobie, co sprawia, że autor nie oszukuje czytelnika.

Momenty, kiedy w głowie Ruth pojawia się pomysł na powieść, bardzo mi się spodobały; niejako pokazują one cały proces, jakiemu podlega pisarz podczas tworzenia i jakie drogi musi przejść, by jego historia dotarła do ostatecznego wymiaru. Ciekawi mnie tylko, czy sam Irving podglądał prostytutkę z klientem i jaki, do diabła, ma problem ze starszymi kobietami? W każdej książce jest ziarno autobiograficzne, sam Irving to potwierdza. Nie, z tym panem nie chciałabym pójść na kawę.

Nie jest to powieść, którą uznam za fenomenalną lub choćby wyjątkową. Ogólny bilans wychodzi niestety na minus. Zmęczyłam się podczas lektury. Zmęczyłam i zgorszyłam, a pozostały mi po niej dwa odczucia: ulga, że to już koniec oraz niesmak. Mam na półce jeszcze jedną powieść Irvinga pt. "Zanim cię znajdę", ale chyba potrzebuję czegoś lekkiego na odreagowanie. 

Na koniec, z przymrużeniem oka:
Recenzje to darmowa reklama - lubiła powtarzać Ruth. - Nawet te nieprzychylne.

Tytuł oryginału: A widow for one year
Przekład: Maciej Świerkocki
Wydawnictwo Prószyński i s-ka
Warszawa 2000
Seria Biblioteka Interesującej Prozy
ISBN 83-7255-325-4 
Liczba stron:  614
Wszystkie cytaty pochodzą z tego wydania powieści

4 komentarze:

  1. Galimatias m w sobie coś z tajemniczego wywaru jaki przyrządzasz na podstawie receptury. Tak naprawdę nie wiesz czy, to co przekazała Tobie babcia w przepisie się sprawdzi, mimo to podążasz wytyczonym szlakiem prób i błędów. Książka choć trudna w odbiorze nasunęła Tobie wiele ciekawych spostrzeżeń. Skoro tak nie schodź z tej drogi obserwacji. Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Moją siostrę Irving też zmęczył, ale ja osobiście go uwielbiam :) Cały czas obiecuję sobie, że kiedyś kupię za jednym zamachem wszystkie nowe wydania jego książek wydanych przez Prószyńskiego :) Facet pisać potrafi, trzeba go tylko wyczuć :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To mi się nie udało wyczuć, choć może za słabo się starałam :) Może dam mu jeszcze szansę :)

      Usuń