Zimne wybrzeża, Szczepan Twardoch

"Misja, którą mu zlecono, byłaby wymarzonym tematem powieści detektywistycznej. Wyobrażał sobie jej bohatera, doświadczonego przez życie opanowanego śledczego przybywającego do tej świetnej - z punktu widzenia kryminału - scenerii: dziewięciu ludzi odciętych od świata, jeden trup, ktoś musi być winien"


Spitsbergen. Największa wyspa Norwegii położona na Morzu Arktycznym. Obecnie zamieszkana przez około trzy tysiące osób, łącznie z Polakami stacjonującymi w polskiej stacji badawczej Hornsund, gdzie średnia roczna temperatura wynosi -4,7 stopni Celsjusza (źródło). Ta górzysta, pokryta lodowcami, bezlitosna i nieprzychylna kraina jest miejscem akcji powieści Szczepana Twardocha, Ślązaka, który kocha broń palną, literaturę i Spitsbergen właśnie. Jak można kochać tak nieprzystępną, zimną wyspę, na której to nie człowiek jest królem, lecz... niedźwiedź polarny?

Rok 1957. Na Spitsbergen przypływa łódź catalina z sześcioma osobami na pokładzie. Między nimi jest niejaki John Smith, Brytyjczyk, którego cel wizyty na tej skutej lodem wyspie pozostaje nieznany. Mężczyzna kontaktuje się z lokalnym gubernatorem i obserwuje życie mieszkańców fiordu utrzymując, że jest naukowcem - a ściślej mówiąc - socjologiem. W rzeczywistości jest kimś zupełnie innym... Agentem wywiadu? Szpiegiem? Jeśli nawet tak, to od kogo otrzymuje rozkazy? Po której jest stronie?
Szczepan Twardoch
W międzyczasie w polskiej stacji badawczej ma miejsce dramat - jeden z polarników zaginął. Do pomocy w poszukiwaniach mężczyzny zgłasza się między innymi John Smith. Po odnalezieniu zwłok Polaka, rozbebeszonych przez niedźwiedzia i głodne lisy polarne, w stacji nastroje się zmieniają. Smith nie próżnuje - powraca do osady górniczej, gdzie zaprzyjaźnia się z mężczyzną mającym wiele opowieści do przekazania. Są to opowieści, które sięgają aż 200 lat wstecz... 
Szczepan Twardoch ma niesamowicie elokwentny język. Czasem aż za bardzo. Każde zdanie tej powieści jest na maksa dopieszczone, każde słowo ma swój archaiczny synonim, sporo tu także specjalistycznej, fachowej nomenklatury związanej z wojskiem, bronią, geografią i topografią. Czasami naprawdę ciężko się połapać, zwłaszcza, kiedy jedno zdanie zajmuje pół strony.
To właściwie jedyna wada powieści, która, niestety, przysłania sporo zalet. Ciężko się skupić na fabule, gdy co chwilę musimy się zatrzymać i zastanowić nad sensem przeczytanego zdania. Przez to ta powieść znacznie traci, przynajmniej w moich oczach. 
Niemniej sama fabuła jest niezła. To nie jest powieść jednego tematu, to raczej bardzo starannie przygotowana wizja morale zlepku społeczeństw tuż po wojnie. Norwegowie, Rosjanie, Polacy i inni przenikają się tutaj, w miejscu, w którym ciężkie warunki atmosferyczne i topograficzne wyłudzają z ludzi prawdę. Tutaj znacznie rzadziej muszą się bać inwigilacji i podsłuchów - a prawie każdy, kto trafił na Spitsbergen w latach 50' XX wieku, miał coś za uszami. Czy to przestępstwa polityczne, zbrodnie wojenne, kolaborację czy dezercję - przez chwilę tutaj mogą odetchnąć. A z tego wytchnienia skwapliwie będzie korzystał John Smith. Będzie obserwował, jak wyglądają wzajemne relacje poszczególnych osób, które znalazły się w zamknięciu. Trudne warunki, oddalenie od domu, rodziny, zamknięte społeczności i surowy klimat wydobywają z ludzi ich prawdziwe ja. Tylko co Smith zrobi z informacjami, które zdobędzie?

Cudnie pokręcony język, który może zachwycić jednych, zaś zirytować drugich, to właściwie główna cecha tej powieści. Tym bardziej jestem skłonna stwierdzić, że momentami jest to przerost formy nad treścią. Bo ani intryga nie jest jakoś specjalnie rozbudowana, ani zakończenie nie powala. Widzę podkreślenia, że jest to opowieść kryminalna - w moim odczuciu jest to nadużycie. Jak dla mnie "Zimne wybrzeża" to powieść na poły obyczajowa, na poły przygodowa, z lekkim wątkiem kryminalnym, zaś ogromnym politycznym. 
Jeśli tak się do tej powieści podejdzie to sądzę, że powinna się podobać. Muszę również oddać honory autorowi i pogratulować mu wybitnie dobrze skonstruowanego tła akcji - w tej powieści czuje się chłód, nieprzystępność i srogość klimatu, zamiłowanie do Spitsbergenu wypływa z każdej strony, a to ogromne osiągnięcie. Zbudować historię, której akcja będzie się działa w takim miejscu, i zrobić to z takim sukcesem, to naprawdę sztuka. I uczciwie muszę powiedzieć, że znalazłam także kilka prawdziwych pereł, jak chociażby poniższy cytat: 



"Jest w tym zwierzęctwie pewna nauka, nauka o człowieku i jego fizycznej kondycji. I dobrą salą wykładową dla tej nauki jest Arktyka, jedyna część ziemi, którą człowiek nigdy do końca nie zawładnął, ostatni kawałek świata, po którym musi chodzić uzbrojony nie przeciwko innemu człowiekowi, lecz strzegąc się stworzeń potężniejszych od rodzaju ludzkiego; gdzie musi się chronić przez zimnem i ciemnością w wątłych budkach, podczas kiedy białofutrzy królowie polarni przemierzają kraj lodów, nie zważając na lodowaty wiatr i wodę."



Twardoch równie błyskotliwie opisał jednym zdaniem trunek, znany wszystkim Polakom i tak im bliski:


"Wódka, gorzałeczka, jakąż radość dał Bóg swoim dzieciom, kiedy pouczył je, jak należy destylować zacier ze zbóż lub kartofli, jak odlewać fuzle, rektyfikować, rozcieńczać, tak aby w końcu w szkle przejrzystym znalazł się napój jak kryształ, ogień z wodą ożeniony - a wychylony, spłynął w przełyk, w żołądek, żeby po chwili popłynąć razem z krwią, zagrać, zabuzować w żyłach i otulić głowę kokonem z miękkiej waty, rozsupłać ściśnięte węzły mięśni, rozluźnić język i serce i w końcu szarpnąć całym jestestwem człowieka w tym kończącym spazmie, kiedy już niet sił gulat', kiedy pijak się zrywa od stołu i gnie jak dąb przez drwali podcięty, zwala się na posadzkę, szumiąc rąk swych gałęziami, z hukiem, lecz miękko, bełkocze swoje: "Izwinitie, pożałujsta" albo to samo po polsku, czesku czy w innym słowiańskim języku i matuś gorzałeczka zasnuwa mu oczy bielmem, wyciągając go ze złego świata w ociężałe odmęty pijackiego snu, w szczęśliwą bezświadomość, w której każdy równy każdemu, czy to gensek, czy generał major, batiuszka w czerń przyodziany czy zek, co właśnie z łagru wyszedł po piętnastce czy dziesiątce i w pierwszej napotkanej knajpie wychyla ćwierć w gardło spragnione i wyschłe"


Takich sformułowań jest tu sporo, zatem osoby, które poszukują afirmacji życia i dowodów pokory człowieka wobec sił znacznie mocniejszych od niego samego będą zachwycone. Ja skrupulatnie wynotowałam te aforyzmy, cytaty, stwierdzenia Twardocha i z chęcią będę do nich wracać. 

Jednak patrząc na dzieło nie przez pryzmat poszczególnych jego części, lecz jako całość, niestety nie jest to aż tak dobra powieść, jak się spodziewałam. Mimo wszystko doceniam kunszt pisarski Szczepana Twardocha i z chęcią zapoznam się z jego najsłynniejszym dziełem - "Morfiną". Mniemam, że jest to istotnie znacznie bardziej dopasowana do moich osobistych preferencji pozycja w dorobku autora, niźli "Zimne wybrzeża".


Wydawnictwo Dolnośląskie, 2009
ISBN: 8324585125
liczba stron: 246

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Grupie Wydawniczej Publikat

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz