Horror Masakra #1 - recenzja


Wreszcie położyłam swoje łapska na tym długo wyczekiwanym czasopiśmie i mogłam niespiesznie przeglądać, wertować, czytać. Jakie to przyjemne uczucie! Mieć w rękach magazyn, nie książkę - czyli coś, co podświadomie mówi kilka rzeczy. Mówi, że to co trzymam w ręku jest częścią jakiejś całości. Ciągłości. Czegoś, co będzie się rozwijało, co będzie stałe. Nie wiem, czy wiecie, co mam na myśli, ale dla mnie to niezwykle fascynujące. "Horror masakra" nie jest jednorazowym wybrykiem. To projekt, który - miejmy nadzieję - z każdym numerem będzie się rozwijał, rozrastał, aż wreszcie stanie się cenionym czasopismem branżowym, z wyrobioną marką i powiększającym się kręgiem fanów. Wydaje mi się - po ostatnich rewelacjach w świecie horroru - że Tomasz Siwiec nie mógł trafić lepiej z terminem. Horror ożywa, ale nie jako rozkładające się zombie, lecz jako nowy, lepszy byt - co by nie powiedzieć, jak odradzający się Feniks.
A jak się do tych górnolotnych marzeń ma pierwszy numer?
Mości państwo, doskonale.
Teraz będę przeglądała gazetkę, trzymając ją na kolanach, i leniwie poprowadzę Was przez treść czasopisma, które kojarzy mi się z nieoszlifowanym diamentem - ach, a już Marilyn Monroe twierdziła, że to brylanty są najlepszym przyjacielem kobiety. Cóż, troszkę mnie poniosło, ale do rzeczy!

Na wstępie wita nas sam autor, redaktor naczelny, Tomasz MordumX Siwiec. Krótko wyjaśnia, dlaczego i po co powstał taki magazyn - samo to jest, moim zdaniem, doskonałym wprowadzeniem, pełną napięcia obietnicą. Wartym wspomnienia jest fakt, że Horror Masakra to twór poświęcony szeroko rozumianej grozie. Jeśli Wam się wydaje, że znajdziecie tu tylko makabrę, flaki i krew, to się mylicie. Mamy tutaj rozkoszny przekrój przez wszystkie oblicza horroru - tego realnego i nierealnego, tego naturalnego i paranormalnego, tego łagodnego i tego hardcorowego. Smakowite połączenie wszystkich odcieni czerni. 


Rafał Sala rozpoczyna szortem "Przerwane ogniwo", które mnie bardzo rozbawiło, pomimo makabryczności i, generalnie, ogromnej mocy. Z szortami tak to właśnie jest - krótkie, niezobowiązujące, ale rozpier..dzielające. Po prostu.

"Oddam ciało w dobre ręce" Tomasza Czarnego to opowiadanie, po którym człek wali się ręką po głowie ze słowami "że też ja na to nie wpadłam!". Świetna kreacja głównej bohaterki, która z każdym wersem rośnie, i to mówiąc całkiem literalnie. Horror z gatunku tych bardzo życiowych - nie ma tu grozy nadnaturalnej, nie ma duszków, demonów ani nic innego. Jest za to drugi człowiek. Muszę przyznać, że zaskoczyło mnie to opowiadanie - znając poprzednie teksty Czarnego spodziewałam się czegoś innego, bardziej... krwawego. Dostałam coś innego i zdecydowanie było to pozytywne zaskoczenie. 

"Nic nie czuję" Pauliny Kuchty nie wiedzieć czemu skojarzyło mi się z piosenką heavy metalową, chociaż może nie powinno, gdyż ten łomot na niejednego już wydał wyrok. Świetna, krótka historyjka, z którą - trzymajcie mnie - mogłabym się utożsamić. Lepiej jednak nie. Krótkie i surowe zdania wywołują odrobinę psychozy - wnikanie w tę opowiastkę wywołuje specyficzny rodzaj napięcia, rwący i urywany, przywodzący na myśl równomierny, rytmiczny wkręt.

"Polskie produkcje grozy" to artykuł Magdaleny Marii Kałużyńskiej. Kurczę, tutaj się nie popiszę, gdyż wymienionych filmów nie widziałam, ale mogę wszakże odnieść się do samego artykułu. Bardzo dobrze mi się czytało. Jest luzacko, jest ciekawie, jest żartobliwie. Co najważniejsze - nie jest przemądrzale. Czego osobiście nie znoszę w tematycznych, analizujących jakiś motyw czy problem tekstach publicystycznych to fakt, że często robi się ze mnie idiotę, stosując skomplikowaną nomenklaturę, nadmiar informacji, nadmiar tytułów i nadmiar, generalnie, ą i ę. Kałużyńska napisała artykuł dla laika, przy czym zawarła w nim dobre argumenty na poparcie krytyki. Tak powinno się pisać felietony.

Sylwia Błach i jej "Cisza w eterze". Od dawna biorę w ciemno to, co wychodzi spod pióra Sylwii. Tutaj? Wow. Znany głównie z filmów motyw poddany niezłej metamorfozie. Mamy tu ciekawe, wręcz leniwe wprowadzenie do akcji z zaskakującym zakończeniem. Ja też nigdy nie przepadałam za CB radiem. Swoją drogą historia troszkę przypomniała mi oglądany niedawno film - "The Call" - z tym, że tutaj jest znacznie mroczniej i znacznie makabryczniej. Dobrze poprowadzona opowieść.

"Dom miłości" Marka Grzywacza to dopiero innowacja. Nawet w oklepanej historii o nawiedzonym domu jest jeszcze miejsce na powiew świeżości i Marek Grzywacz znakomicie to wykorzystał, wprowadzając do starej jak świat opowieści narratora, o którym każdy zawsze zapomina. To bardzo fajna zabawa motywem, z dodatkowym  - absurdalnym - wątkiem miłosnym i ciekawą puentą. Skojarzenie z bizarro niezbyt odległe, podejrzewam.

Następnie wywiad z Łukaszem Henelem, którego prozy jeszcze nie miałam okazji poznać, ale teraz - po lekturze wywiadu - mam na to ogromną ochotę. Nie ukrywam, że najbardziej ciekawi mnie książka, nad którą Henel dopiero pracuje - ot, zboczenie zawodowe.

"Robaczywek" Łukasza Radeckiego to, moim zdaniem, najlepsze opowiadanie numeru. Nie mówię o samej fabule, która - tak na dobrą sprawę - niczego nie wnosi. Chodzi o doskonały warsztat, wypieszczone zdania, makabrę, wywołującą przerażenie i... smutek. Litość w stosunku do Robaczywka. Ale jeśli chodzi o Radeckiego, to już jakiś czas temu zrozumiałam, że to muzyk, który potrafi grać na strunach ludzkich emocji, że się tak górnolotnie wyrażę. Tutaj sedno opowieści tkwi pod grubą warstwą przejaskrawienia i przesady, unaoczniającej ludzką znieczulicę i niechęć w stosunku do inności. 

"Wstrząs" Andrzeja Biedronia powinien być lekturą obowiązkową, dołączaną do przysięgi małżeńskiej. Dowcipne, wstrząsające (dosłownie) i z niebagatelną puentą. Panowie, ku przestrodze. Podejrzewam, że Andrzej cierpiał za miliony, pisząc to cacko, ale cel uświęca środki.

Artykuł Adriana Warwasa "Raz, dwa - Freddy już Cię ma, czyli fenomen horrorów" to taki masowy, krótki przegląd filmów grozy. Mogłoby być lepiej, mogłoby być dłużej - artykuł przypomina listę, nie analizuje w żaden sposób zjawiska, tylko wymienia tytuły filmów z króciutką adnotacją. Nie wnosi nic nowego, to raczej taki luźny felieton. Moim skromnym zdaniem artykuły, w których wręcz roi się od tytułów zamiast ukazać potencjalną wiedzę ich autorów są po prostu irytujące. Na przyszłość wolałabym jednak, by autor skupił się na 2-3 tytułach i je skrupulatnie omówił, niż na tak wielu i potraktował temat po łebkach.

"Zaklęcie" Aleksandry Brożek bardzo mi się podobało. Prawie do końca nie wiadomo było, o co chodzi - ten idylliczny obrazek małej dziewczynki, bujającej się na huśtawce wprawił mnie w błogi nastrój, choć wciąż tlił się gdzieś w podświadomości niepokój. I podświadomość miała rację - ta historia kończy się z przytupem i wcale nie takim happy endem, choć, paradoksalnie, wywołuje uśmiech. Niezwykle... melancholijna opowieść, z pazurem i ostrym zakończeniem. Fajny kontrast.

Następnym opowiadaniem jest "Lekoman" mojego autorstwa, a po nim - wywiad z Tomaszem Czarnym. Nie ukrywam, że taki wywiad czyta się z ciekawością zwłaszcza, jeśli nie tak dawno temu samemu się rozmawiało z przepytywaną osobą. Jest to dobre uzupełnienie wiadomości o te kwestie, o które nie dopytałam. 

"Jak kurwie w deszcz" Artura Kuchty to z kolei historia pewnego faceta, który nie odebrał telefonu. Fajny, krótki tekścik, nawet z morałem i z takim luźnym, niewymuszonym horrorowym klimatem. Wywołał mnóstwo skojarzeń, co jest zdecydowanie na plus. 

Marcin Podlewski stworzył opowiastkę, przywodzącą na myśl lekko rzucone 'just another day in hell'. "Jak w domu" to dopieszczona do bólu historyjka, w której wszystko jest tak, jak trzeba. Początek czytało mi się dość trudno, ale gdy już wbiłam się w ten nowy świat, poszło całkiem-całkiem. Niezły pomysł, jak dla mnie mógłby być jednak nieco bardziej rozbudowany. Kolejne skojarzenie filmowe, tym razem absolutnie nieadekwatne i wręcz niegrzeczne - "Mały Nicky". Nic nie poradzę na to, że moja wyobraźnia tak absurdalnie czasem łączy różne historie.

Kolejny artykuł Adriana Warwasa dotyczy filmów The Asylum i SyFy, i tutaj, jeśli porównam ten artykuł do tekstu Magdy Kałużyńskiej - nie potrafię się sumiennie wypowiedzieć. Brakowało mi atrybutów Magdy. Niemniej podejrzewam, że znawcy tematu będą ukontentowani.

"Nowi sąsiedzi" Pawła Pietrzaka to historia, która kojarzy się z nasilającym, psychodelicznym dźwiękiem. Trzyma w napięciu, i kiedy człowiek jest pewny, że wie, jaka będzie końcówka - okazuje się, że autor postanowił zakpić sobie z czytelnika i pozostawić go w stanie zawieszenia, kończąc lekką sugestią, a nie mocnym przytupem. Mi tego przytupu brakowało, chociaż czytało się bardzo dobrze. Brak jednak swoistego closure sprawiło jednak, że czuję niedosyt.  

Na koniec kolejny short Rafała Sali, tym razem zatytułowany "Cóż wiemy o potworach?". Moim zdaniem - bardzo fajne, klimatyczne mrugnięcie okiem do czytelnika. Lepszego zakończenia bym sobie nie życzyła.


Podsumowując, pierwszy numer Horror Masakry jest wyjątkowo dobry. Poziom tekstów jest wysoki, o co zadbał osobiście Tomasz Siwiec. Wszelkie niedociągnięcia, literówki czy błędy w tekście to rzecz ludzka, którą łatwo można wybaczyć. Trzeba pamiętać, że Horror Masakra jest czasopismem fanowskim, w którym pierwsze skrzypce grają teksty, nie zaś strona wizualna czy nawet techniczna. Paradoksalnie niedoskonałość magazynu sprawia, że staje się on jeszcze lepszy - gdyż całokształt jest tak radośnie elitarny, tak przyjemnie niszowy. Życzę oczywiście, by czasopismo w przyszłości przynosiło kupę pieniędzy twórcy, by było na lśniącym papierze, grube i pełne obrazków, a także dostępne w każdym kiosku - ale mi się podoba tak, jak jest. Niekomercyjnie, nienachalnie, pokornie i nieśmiało wyglądający magazyn wywołuje uczucie nostalgii i, trzymany w rękach, sprawia wrażenie wyjątkowej i drogocennej przemiany idei w czyn. Kiczowate grafiki wywołują ciepłe uczucie powrotu do przeszłości, kiedy to okładki starych, tanich horrorów opływały tandetą. 

Teraz mamy doskonały i niepodważalny dowód na to, że horror w Polsce już wyszedł z popiołów i właśnie się z nich otrząsa. Dajmy mu chwilę, niech dojdzie do siebie - wydaje mi się, że jak tylko rozwinie skrzydła, porazi nas wszystkich swoim pięknem i siłą. 
Tego życzę sobie, jako czytelnikowi, a także wszystkim wielbicielom makabry. I życzę tego również naszym rodzimym twórcom.

Jeśli jeszcze nie masz w rękach Horror Masakry, śpiesz się - nakład powoli się wyczerpuje! Kup teraz na allegro lub  na stronie zinu. A ponadto polub fanpage i  stay tuned - za 2 miesiące kolejny numer!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz