Kulisy Polskiego Horroru. #5 Łukasz Radecki


Łukasz Radecki (fot. Dagmara Radecka)
Łukasz Radecki urodził się w 1979 roku w Malborku. Do tej pory jego nazwisko pojawiło się na dziewiętnastu (sic!) okładkach - zarówno samotnie, przy okazji własnych, indywidualnych powieści i zbiorów opowiadań, jak i w doborowym towarzystwie w przeróżnych zbiorkach. Pełną bibliografię znajdziecie tutaj
Prowadzi także blog autorski, do którego również zapraszam - klik. Jak pisze? Pisze ostro, bezlitośnie, mocno - ale zawsze z zachowaniem jakiejś głębi. Poznałam jego pióro i zaręczam, że warto. 

Jest zastępcą redaktora naczelnego portalu Horror Online, poza tym współpracuje z serwisem h.p.lovecraft.pl, magazynem Grabarz Polski, Atmospheric Magazine i fanzinem Horror Masakra. Tworzył także na łamach Carpe Noctem, Kinooko, Zombie Zone, Magazyn Fantastyczny, Czachopismo.
Jak inaczej można przedstawić kolejnego faceta, goszczącego w moim cyklu? 
Łukasz Radecki to człowiek-orkiestra. Pisze, czyta, słucha, tworzy - i o tym wszystkim poczytajcie w kolejnej odsłonie "Na fejsie z". 

Paulina Król: Kim jest Łukasz Radecki?
Łukasz Radecki: Ha! Takie pytania są najtrudniejsze, bo skrywają spory potencjał filozoficzny. A ja filozofem nie jestem ;) O to musiałabyś spytać innych. Dla jednych jestem muzykantem, dla innych muzykiem. Jedni nazywali mnie mistrzem literackiej makabry, inni... znacznie gorzej ;) Kiedyś lubiłem o sobie myśleć jako o znawcy horroru ze względu na rozmaite redakcje, z którymi współpracowałem, dziś już nie ogarniam tematu z ostatnich kilku lat. Jestem więc mężem, tatą i człowiekiem, który nie lubi tracić wieczorów przed telewizorem w kapciach.
Paulina: To co robi Radecki, gdy nie siedzi wieczorami przed telewizorem, nie zajmuje się rodziną i nie zarabia na chleb?
Łukasz: Siedzi boso przy komputerze. Boso, ale w ostrogach i kreuje wyimaginowane (choć nie całkiem) światy mrocznych i krwawych historii. Ewentualnie coś tam przygrywa. No i notorycznie czyta.
Paulina: To zacznijmy od końca ;) Co czytasz? Których autorów cenisz najbardziej, którzy Cię inspirują, którzy przyświecają Twojej twórczości i dlaczego?
Łukasz: Oj, dużo pytań na raz ;) Aktualnie czytam "Doktor Sen" Kinga, w kolejce czeka "Szczęśliwa ziemia" Orbitowskiego. W ogóle stawiam na polską grozę, która coraz śmielej sobie poczyna w zatęchłym światku krajowej fantastyki. Czytam w zasadzie wszystko od ekstremalnego horroru, przez literaturę historyczną, piękną, po bajki. Sprawdź na moim blogu, tam staram się wiernie oddawać co właśnie było na tapecie. A inspiracje? Wzorce? Na pewno Lovecraft, Grabiński, Dostojewski, Hesse, Puzo, nie uwolnię się nigdy od Mastertona, ale największą inspiracją na zawsze pozostanie Clive Barker. Za nieograniczoną i niespotykaną wyobraźnię, za gore, które skłania jednak do myślenia i za to, że obok obrzydliwości potrafi zamieścić fragmenty wzruszające i piękne.
Paulina: No to rzeczywiście niezły miks. I pięknie o Barkerze napisane :) To teraz o muzyce. Opowiedz, co i jak. Bo ja nic o Tobie i o Twojej muzyce nie wiem.
Łukasz: Od lat z wielu z okładem grywam po różnych zespołach, z których najdłużej gra ACRYBIA (doom metal), najgłośniej DAMAGE CASE (thrash n' roll/heavy metal) a najszybciej WILCY (black metal). Czasem popełnię coś solowego, czasem wplączę się w jakiś inny projekt.









Paulina: Czy uważasz, że muzyka ma duży wpływ na twórczość i preferowaną literaturę? Ja się często spotykam z tym, że ludzie, którzy lubią grozę filmową i książkową, słuchają też cięższej muzyki. A może to zbieg okoliczności? I jak dużo Twoja muzyka ma wspólnego z tym, co piszesz? W końcu i jedno i drugie to artystyczna ekspresja. Czy te dwie sprawy się uzupełniają, czy wynikają jedno z drugiego? A może wcale ich nie łączysz?
Łukasz: Wpływ muzyki na twórczość i preferowaną literaturę jest przeogromny, w moim przypadku przynajmniej. Ale to dlatego, że nie znoszę ciszy i nie wyobrażam sobie życia bez muzyki. Jeśli się nad tym zastanowić to raczej preferencje literackie pchnęły mnie w stronę ciężkiej muzyki. Ten mrok, zło, okrucieństwo epatujące z okładek... Myślę więc, że wielu ludzi lubiących horrory lubi ciężką albo mroczną muzykę, bo odpowiada to ich wrażliwości, nie jest jednak regułą. Znam wielu metalowców, którzy nie oglądają horrorów, że o czytaniu nie wspomnę, znam też wielu miłośników grozy, którzy nie tolerują tej muzyki "szarpidrutów" :)


A co do drugiej części pytania, to nie, nie inspiruję się swoją muzyką przy pisaniu :) To by było idiotyczne i niewiarygodnie egocentryczne. Muzyką staram się wyrażać to, czego nie da się opisać słowami, ekspresję muzyczną traktuję bardziej osobiście. Tam się odkrywam, uzewnętrzniam, manifestuję. W literaturze po prostu opowiadam historie ;) Kiedyś w moich tekstach muzycznych dominowało gore, później też pojawiały się nawiązania do Lovecrafta, Barkera czy - na ostatniej płycie DAMAGE CASE - do Stephena Kinga. Ale jakoś tak wychodzi, że poruszam tam inne tematy. Tak samo w moich opowiadaniach i książkach bohaterowie słuchają muzyki, różnej muzyki, ale tylko dwa razy dotąd połączyłem te dwie płaszczyzny twórcze w utworach "Złego początki" z cyklu Bóg Horror Ojczyzna i "Wyrzygać duszę" z Gorefikacji. Uciekam od stereotypu, że jak gore i horror to metalowiec. Przynajmniej staram się. Słucham różnej muzyki i czytam różną literaturę, sądzę bowiem, że nie wolno zamykać się w czymkolwiek w jednym gatunku. Kiedyś miałem na przykład etap, że słuchałem tylko death metalu. Hmm, to był dobry czas ;) Ale jakże ograniczał horyzonty!
Paulina: I tym sposobem dochodzimy do pierwszego punktu z listy. Kreowanie historii. Od czego się to zaczęło? Jak przebiega? Do czego zmierza?
Łukasz: Zaczęło się chyba od komiksów. W sensie, że to pierwsze co pamiętam, że tworzyłem. Już jako kilkuletnie pacholę wczesnopodstawówkowe zarysowywałem zeszyty historyjkami o superbohaterach, twardych gliniarzach, postapokalipsach i morderczych robotach ;) W międzyczasie popełniłem dwie jednostronicowe historyjki zainspirowane horrorami Guya N.Smitha i Grahama Mastertona, ale nigdy ich nie ukończyłem, wróciłem do komiksów i tak gryzdałem sobie do połowy liceum. Wtedy też mój kuzyn, będący wcześniej dla mnie bodźcem twórczym, osiągnął taki poziom umiejętności malarskich i rysowniczych, że ja pochowałem swoje zeszyty do szuflady i leżą tam do dziś. Potem oczywiście był etap poezji młodzieńczej, mrocznej i żałosnej, zakończonej jednym zbiorkiem i wreszcie, kiedy myślałem, że lepiej te historie zostawić w głowie i nigdzie nie pokazywać, pojawiło się „I tylko głód pozostanie”. Ot tak, jedno posiedzenie przed kompem. Wysłałem do portalu Horror Online na konkurs. Konkursu nie wygrałem, ale zostałem tam redaktorem, zaś opowiadanie zostało wyróżnione potem przez czytelników jakąś nagrodą. Dlaczego je napisałem? Bo ciągle recenzowałem gdzieś czyjeś książki, opowiadania, itp. Stwierdziłem, że miło się krytykuje, gdy samemu się nic nie robi. Niech i inni mają możliwość skopania mojej twórczości. Efekt jest widoczny. Uparcie tworzę kolejne rzeczy, czasem z trudem, czasem z nieznośną wprost lekkością. Do czego to zmierza? Nie mam pojęcia. Ja po prostu opowiadam historię. I cieszę się, gdy ktoś chce je czytać.
Paulina: Zacząłeś od poezji. Możesz opowiedzieć o tym etapie swojej literackiej drogi? ;)
Łukasz: Zacząłem pisać wiersze jak miałem lat szesnaście, skończyłem na dziewiętnastu bodajże. Zebrało się tego tyle, że starczyło na tomik, ale nie ukrywajmy, co ja mogłem wtedy pisać? „Nikt mnie nie kocha, nikt mnie nie lubi, umrę i zjedzą mnie robaki”. O miłości i śmierci, a więc patos i żenada. Było, więc się nie wypieram, ale i nie wracam. Zresztą, teraz nawet i teksty rzadko piszę ;) 
Paulina: Kilka antologii, dwie części "Bóg Horror Ojczyzna", duety z Cichowlasem i Kyrczem. Sporo tego. Który projekt wspominasz najlepiej?
Łukasz: Antologii na tę chwilę jest kilkanaście. Ten rok jest w ogóle szalony, właśnie się ukazało „17 szram”, wkrótce jeszcze „Księga wampirów” i „Gorefikacje II”, a wcześniej było kilka innych projektów, nawet zagranicznych i w większości wszystko to wersje klasyczne, papierowe. Co do duetów, to miałem jeszcze przyjemność współpracować, choć bardzo krótko, z Łukaszem Orbitowskim i Krzysztofem T. Dąbrowskim. Każdy projekt jest inny, a więc wyjątkowy. Najważniejszy na pewno będzie „Pan”, który napisałem z Kazkiem Kyrczem. Było to moje trzecie w życiu opowiadanie, do tego sam Kyrcz zgodził się ze mną nad nim popracować, wreszcie ukazało się w antologii Runy obok gwiazd polskiej fantastyki. Inna sprawa, że sami (z Horror Online) chcieliśmy stworzyć tę antologię, a tu wyszło trochę inaczej. Niemniej to opowiadanie było bardzo ważne, raz – bo to debiut w książce, dwa - zalążek współpracy z Kazkiem, trzy – nikt wtedy tak brutalnie nie pisał. Pamiętam, że jak pokazywałem szkic Dariuszowi Łowczynowskiemu, to powiedział mi, że „to się nie uda, nie jesteś Barkerem”. To fakt, ale opowiadanie się udało. Każde z opowiadań i książek są ważne, każde wspominam dobrze, choć nie z każdego jestem zadowolony obecnie. Taki los. Na przykład „Lek na lęk” to świetny zbiór opowiadań, ale kosztował nas z Kazkiem tyle nerwów (nie chodzi o pisanie, które obydwu nam się przeciągało ogromnie), ale potem poszukiwanie wydawcy, potem kolejnego (jak jeden splajtował tuż przed wydaniem nas), że jak już się wreszcie ukazał, to tylko odetchnęliśmy z ulgą. Nie zrozum mnie źle, jestem dumny z tego zbioru, zebrał same znakomite recenzje, ale ta para, która mogła nas zaprowadzić gdzieś dalej ulotniła się przez lata. Z Robertem to co innego, tu książkę „popełniliśmy” w trzy miesiące. Na początku przyszłego roku zobaczycie efekt. Na pewno nie będzie to nasz ostatni projekt. A inne? Mój debiut, cykl „Bóg Horror Ojczyzna”, to moje dzieci, wymęczone, wypieszczone w miarę mych miernych możliwości, więc siłą rzeczy uwielbiam je, choć dostrzegam ich niedoskonałości. Każdy projekt jest ważny. Czy takie jak „17 szram”, „13 ran”, „Trinacta Hodina” gdzie mogłem zaistnieć obok największych i najważniejszych autorów grozy, czy hołdy dla Mastertona i Grabińskiego, czy dla stylistyki gore, dzięki której poznałem braci w makabrze – Tomasza Czarnego i Tomasza Siwca. Długo by mówić. Łatwiej powiedzieć, których projektów NIE wspominam najlepiej. Ale to akurat zmilczę ;)
Paulina: To może powiesz mi wreszcie, jak to w ogóle wygląda - pisanie w duecie. Zawsze się nad tym zastanawiam. Dzielicie się po rozdziale, akapicie? Jeden pisze, drugi koryguje? Czy jak? Siadacie, wyciągacie flaszkę na stół i urządzacie sobie burzę mózgów przed kompem?
Łukasz: Jakoś dotąd obyło się bez flaszek, tym bardziej, że każdy z autorów, z którymi współpracowałem, mieszka na drugim końcu Polski. Tak więc tylko komp i wymiana maili, względnie telefonów. A praca wygląda różnie. Zazwyczaj jest to pomysł jednego, który we dwóch potem obrabiamy. Z Kazkiem na przykład pisaliśmy zazwyczaj konspekt opowiadania, a potem dzieliliśmy fragmenty między siebie, najczęściej na zasadzie: on te mroczniejsze, ja te brutalniejsze. A czasem odwrotnie. Z Robertem było częściej na zasadzie, że puszczaliśmy wodze wyobraźni, odłączaliśmy hamulce i patrzyliśmy, co się wydarzy. Autokorekta jest tu również czynnikiem znaczącym, choć na mnie najbardziej działa mobilizacja pracy we dwóch. Sam dłubię czasem w tekstach miesiącami i w końcu o nich zapominam, albo zarzucam, tu jednak masz bodziec, który gna cię do przodu. Niektórych opowiadań nigdy bym nie napisał, albo nie opublikował, gdyby nie zachęty Kazka. Nigdy też nie uwierzyłbym, że można napisać książkę w trzy miesiące, ale Robert udowodnił, że tak. Jak? Podsyłał mi tekst rano, a wieczorem już dzwonił z pytaniami „i jak? Czytałeś? Dopisałeś? Poprawiłeś? Kiedy odeślesz?” Ani się obejrzałem, a byłem po pracy. Duet musi być jednak zgrany, nadawać na podobnych falach, inaczej to tylko strata czasu i nerwów, bo każdy próbuje wtedy ciągnąć w swoją stronę.
Paulina: A tak w ogóle to skąd się biorą Twoje pomysły? Wpadają nagle, znienacka, do głowy i trzeba je jak najszybciej zapisać, czy siadasz i myślisz, myślisz, myślisz, aż wymyślisz?
Łukasz: Zawsze wpadają nagle. Ewentualnie potem je modyfikuję. Nigdy, przenigdy nie dumam nad scenariuszem, konceptem itp. Jeśli coś ma się dobrze czytać, musi się dobrze pisać. Tak mi poradził Masterton. Z drugiej strony Paweł Paliński radził, żebym dopracowywał każdy tekst/książkę w najdrobniejszych szczegółach... I bądź tu mądry... Pomysły nadchodzą same. Patrzę na coś i myślę - „o! Z tego byłoby dobre opowiadanie”. To może być cokolwiek. Tłuczek, wazon, but... Czasem coś wypłynie pod względem nastroju, czasem muzyki... Zdarzało się, że po prostu pomyślałem, że dany pomysł jest sztampowy, więc tylko go przenicowywałem. Jak pisałem „Księżniczkę” chciałem samemu sprawdzić, czy dam radę napisać scenę erotyczną, która nie będzie porno, jak to bywało u innych. Pisząc „Imperium Robali” chciałem opisać moje odczucia o pewnej płycie przeplatając to z rozgoryczeniem osiedlowym, a nade wszystko sprawdzić, jak obrzydliwy i brutalny być potrafię. W „Piękno nie umiera nigdy” zaś postanowiłem, że żadne bariery mnie nie zatrzymają. I tak można wymieniać. Każde opowiadanie to inny pomysł, inaczej pozyskany. Dajmy na to jeden z ostatnich - „Ghost Story”, który pojawi się niedługo w Qfancie, po prostu mi się przyśnił. „Robaczywek” z nowego numeru „Horror Masakry” to słowo, które pojawiło się przed oczyma i pociągnęło ciąg dalszy, który w ciągu dwóch godzin stał się tym, co wylądowało na papierze... Dobra, dość, bo się rozgadałem straszliwie...
Paulina: Jest o czym :) A jak oceniasz polską scenę grozy? Czy mamy już powody do uciechy, czy jeszcze sporo pracy czeka polskich twórców?
Łukasz: Na ten temat rozpisałem się swego czasu na swoim blogu. Odzew był tak zaskakujący, że moja opinia trafiła jako wstęp do polsko-czeskiej antologii horroru „Trinacta Hodina”. Ciężko się więc nie powtórzyć, a znów głupio odsyłać do czegoś co już się popełniło. Postaram się więc zwięźle. Polska scena rozwija się znakomicie, jeszcze dziesięć lat temu o grozie można było mówić tylko w przypadku kilku nazwisk (Orbitowski, Nowosad, Oszubski, Zientlak), pojedyncze opowiadania w tym stylu pisali Sapkowski i Dukaj. Chwilę później pojawił się Paweł Siedlar ze swoim „Czekając w ciemności” i Jarosław Grzędowicz z „Księgą Jesiennych Demonów”. Dawid Kain i Kazimierz Kyrcz nieśmiało zaczęli w 2004 roku, Robert Cichowlas w 2006... Mówię o oficjalnych debiutach, książkowych, bo sam, choć zacząłem w 2005, to pierwszej „solowej” książki doczekałem się dopiero w 2009. Dziś jest dużo lepiej i łatwiej. Horror przestaje być brzydkim kaczątkiem fantastyki, co bardzo nie odpowiada wielu mainstreamowym fantastom, co to się ciągle z mieczami i szabelkami po polach dzikich i pseudotolkienowskich ganiają. Pracy jednak jest mrowie, bowiem pisać zaczynają wszyscy, gorzej zaś jest z czytaniem. Kiedyś trudniej było zacząć, teraz ciężko się jest przebić przez grono krewnych i znajomych królika. Poza tym, wciąż pokutują u nas dawne czasy, kiedy to czytaliśmy tylko to, co było dostępne, a więc z jednej strony mamy starą gwardię, wychowaną na (o zgrozo!) Mastertonie, Guyu N. Smithie, Wilsonie, Herbercie i Barkerze, a z drugiej młodszych adeptów literatury, którzy pałują się Kingiem na przemian z Rice i Meyer. W międzyczasie zaś wszyscy wielbią fantasy i s-f. Tymczasem horror ma tak szerokie oblicza i spektra, że jeszcze tej pracy niemało. Póki co, zapełniamy powoli nisze ;)
Paulina: Nie masz wrażenia, że polski horror jest rozrzucony, rozwleczony, ciężko się w nim odnaleźć? Do tego dochodzi też słaba promocja, choć (co można było zauważyć w związku z promocją Księgi cieni) na tym polu jest chyba coraz lepiej. Ale mimo wszystko chyba jeszcze ciężko jest w naszym kraju horrorowi zabłysnąć.
Łukasz: Polski horror czeka jeszcze bardzo dużo pracy i od tego, czy będziemy w stanie jej sprostać, okaże się dokąd zajdziemy. Promocja leży, bo jednak przewodzą empiki, które z kolei pompują tylko w Fabrykę Słów, która z kolei za horrorem nie przepada. Dzięki temu przepadają takie nazwiska jak Kaszyński, który wydał wszak trzy pełne powieści grozy, ale gdzie jest teraz? Albo Paweł Paliński? Wydał kilka lat temu genialne „4 pory mroku” i już go wśród as(s)ów polskiej fantastyki nie znajdziesz. Szczerze, to myślę, że sami jesteśmy sobie winni. Wspominasz Księgę Cieni. Cóż po niej? Promocje mogą być ogromne, ale cóż z tego, skoro mało osób tak naprawdę książki czyta. A jeszcze mniej kupuje. Stąd coraz więcej autorów istniejących w sieci, na własnych fanpage'ach, a mało konkretnych książek na półkach. Powinniśmy się bardziej zjednoczyć, mniej rywalizować, a przede wszystkim wspierać się wzajemnie. Jak? Kupując i czytając własne książki.
Paulina: Jak sobie wyobrażasz polski horror za 10 lat?
Łukasz: Dziesięć lat temu było kilka wartościowych nazwisk, a kupienie wszystkich (współczesnych!) powieści grozy można było załatwić za niewielkie kwoty bez odkładania w ciągu góra dwóch miesięcy. Dziś nazwisk tych jest kilkadziesiąt, z czego kilkanaście to już uznane marki same w sobie. Jeśli wytrwamy, jeśli będziemy dbać nie tylko o to, by nasze nazwiska pojawiały się na okładkach cyber antologii, ale żeby trafiały na papier, który skryje wartościowe, coraz lepsze powieści, jest szansa, bardzo duża, że horror zdominuje rynek fantastyki. Powiedzmy sobie szczerze. Poza kilkoma wyjątkami polskie fantasy jest naprawdę kiepskie. Cokolwiek by niektórzy sobie wmawiali. Polska science-fiction - wciąż zbyt ambitna dla większości. W horrorze siła i nadzieja. Ale i ogrom pracy. Wierzę w to.
Paulina: Piszesz, że dla Ciebie ten rok był szalony. Jaki będzie następny? Co ma Łukasz Radecki w planach?
Łukasz: Zasadniczo wciąż to samo. Pisać i publikować. O nagrywaniu i koncertach nie wspomnę. Ale ponieważ trzymam się zasady, że jak coś zdradzę, to zapeszę, więc nic nie powiem ;) Zawsze coś ma wyjść, a potem padają wydawnictwa, przesuwają terminy, itp., itd. Mogę tylko prosić o trzymanie kciuków w sprawie zapowiedzianych cykli „Bóg Horror Ojczyzna” i „Wolfenweld” (jeden żeby się skończył, drugi zaczął), oraz zbiorów „Horror Klasy B” i „Pradawne Zło” (ten drugi z Robertem Cichowlasem). Szykuję powieści, szykuję nowe duety pisarskie. A co wyjdzie, to się okaże. Równie dobrze mogę się zniechęcić i machnąć na wszystko ręką. A co!

Paulina: Ok, trzymam kciuki. Dziękuję za rozmowę ;)




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz