Happy End, Marcin Podlewski


 „Rzeczywistość się rozpada, jest zarażona wirusem, dostaje raka i pęka, kruszy się… A wszystko to w oparach absurdu. Diabeł to ten absurd”

Czyż nie każdy lubi szczęśliwe zakończenia? „Happy End” Marcina Podlewskiego nie ma jednak zbyt optymizmu, jeśli spojrzymy na książkę obiektywnie.

Początki indeksu ksiąg zakazanych przez Watykan sięgają średniowiecza, choć pierwsza oficjalna lista, ogłoszona przez Stolicę Apostolską, pojawiła się w XVI wieku, zaś ostatnia – tuż po drugiej wojnie światowej. Sama idea indeksu obecnie mija się z celem, ale w czasach palenia na stosie, pościgów za heretykami i mrocznych, obficie oblanych krwią czasów inkwizycji miała moc. To właśnie ona, Święta Inkwizycja, decyzją kardynała Caraffa, mogła dopuścić jakiekolwiek dzieło do druku. Bez jej pozwolenia nie było przeproś – książka nie mogła się ukazać.

Czasami, czytając grafomańskie teksty, aż żałuję, że obecnie nie ma takich restrykcji przy wydawaniu powieści, ale zamilknę, gdyż to temat na naprawdę długą dygresję.

I teraz wyobraźcie sobie, że takie czasy nastały ponownie. Opisał je Marcin Podlewski, na głównego bohatera swojej powieści fantastycznej obsadzając Tomasza Lebańskiego, pisarza… wyklętego, chciałoby się rzec. Otóż Tomasz popełnił opus magnum, powieść innowacyjną, obnażającą nastroje społeczne wobec nowego systemu, nowej rzeczywistości i, generalnie, nowego oblicza świata. Napisał książkę, która nie spodobała się władzy i która – szczęśliwie poniewczasie, bo bohater zdążył nacieszyć się pięcioma minutami sławy – została całkowicie wycofana z dystrybucji. Zabroniono jej rozpowszechniania, czytania, ba! nawet… dyskutowania o niej. Przypomina Wam to coś? Tak, znowu ten indeks ksiąg zakazanych, jak w mordę strzelił!

Rzeczona książka tyczyła Aberracji. Mówiąc najprościej, aberracje to anomalia. Odchylenia od normy, dziwactwa, zboczenia, czyli wszystko to, co wyłamuje się z przyjętego porządku rozumienia świata, zjawisk i zdarzeń. Można pokusić się o stwierdzenie, że my, mając tak piękną, wiosenną pogodę za oknem w styczniu, doznajemy na własnej skórze aberracji. Wyobraziliście to sobie? To teraz pomnóżcie to wszystko razy tysiąc...

Marcin Podlewski stworzył nowy świat, który sam w sobie jest… nomen omen, aberracją. Bo naprawdę nie wiadomo, o co chodzi. Pierwsze strony czyta się jak instrukcję obsługi japońskiego telewizora, którą przetłumaczono przy użyciu Google Translate. Niby język nasz, znany, polski. Niby wszystko jest na swoim miejscu. Ale za cholerę nie umiemy tego telewizora zaprogramować! Tak jest i tutaj. Kiedy dezorientacja sięga zenitu, czytelnik oddycha głęboko i zamyka oczy. Odsuwa od siebie świat, jaki znał do tej pory. Przestaje kwestionować, przestaje porównywać. I nagle książka zaczyna czytać się sama, a przed naszymi oczami, nieśmiało i powoli, kreuje się nowa rzeczywistość. Choć skłamałam wyżej mówiąc o nowym świecie. To ten sam świat, który znamy, ale… zmieniony. Czy to przyszłość? Czy może alternatywna rzeczywistość, inny wymiar? A czy to ważne?
I do samego końca nie wiadomo, jaka ta rzeczywistość jest. Obserwujemy pierwsze oznaki tego, że Coś Tu Jest Nie W Porządku, kiedy Tomasz jedzie na audiencję do samego króla, którego sprawowana funkcja pozostawia wiele do życzenia i przemyślenia. Poznajemy nowy rząd, który (uwaga!) jawi się znacznie gorzej, niż ten, który znamy z prawdziwego życia. Poznajemy bohaterów, którzy nie są jednowymiarowi, a których osobowość, zrazu tajemnicza, powoli zostaje odkrywana. I to właśnie bohaterowie są najmocniejszą stroną tej powieści. Podlewski nie idzie na łatwiznę, nie przedstawia nam z marszu każdej postaci, otaczając ją miliardem przymiotników. Jesteśmy Tomaszem. Patrzymy na świat jego oczami. Rozumujemy jego umysłem. I ciągle, gdzieś tam pod czupryną, czujemy kłębiącą się mnogość konkluzji, refleksji, przemyśleń.

Mam wrażenie, że „Happy End” to nie jest jedna książka. To upakowana na ograniczonej liczbie stronic wielopłaszczyznowa, wielowątkowa opowieść, która kryje w sobie następną, i następną, i następną. Żadne zdanie, ba! Żadne słowo nie jest tutaj niepotrzebne. Ogrom znaczenia, włożonej przez autora pracy, ukrytych między wierszami znaczeń, nawiązań i refleksji zadziwia, acz nie przytłacza. Paradoksalnie, książkę czyta się niesamowicie szybko. I stale z jedną brwią podniesioną w wyrazie zdumienia, bo „Happy End” naprawdę nie jest łatwą, bzdurną opowiastką pozbawioną głębi. I jestem przekonana, że każdy czytelnik odbierze tę powieść inaczej, jej sens zmieni się w zależności od tego, czego czytający od niej oczekuje... Jak lustro, które odbija tyle obrazów, ilu ludzi się w nie wpatruje. 

Tomasz po raz kolejny zacznie węszyć, mimo, że ciągle patrzą mu na ręce. Z koleżanką dziennikarką znów będzie dochodził do tego, czym jest ten nowy świat, czym są abery, o co w tym wszystkim chodzi. I chwała mu za to, bo i nam co nieco wyjaśnia. I jeśli sądzicie, że książka kończy się happy endem, to… nie dajcie się zwieść pozorom. Tutaj odkryjecie prawdę o sobie i o tym, czy należycie do grona optymistów, czy pesymistów. 

„Pierdalamencje” Podlewskiego to smakowite danie, rozkoszujcie się nim. A gdy odłożycie książkę na półkę na pewno zupełnie inaczej zaczniecie postrzegać rzeczywistość. Tego wam życzę.

 Wydawnictwo Studio Truso 2013; 352 s.
ISBN: 9788363966034

Happy End [Marcin Podlewski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz