Człowiekiem jestem, Zbiór opowiadań


Przez długi czas Stary Człowiek i Nowy Człowiek spo­glądali na siebie, rozpaczliwie starając się znaleźć jaką­kolwiek nić porozumienia, ale jednocześnie boleśnie świadomi, że nie mają sobie już nic do powiedzenia. Obcy i odlegli.”*


Ostatnio znacznie lepiej mi się czyta antologie, niż pełnowymiarowe powieści. Zbiór opowiadań można odłożyć, krótkie formy czyta się błyskawicznie i nie ma się wyrzutów sumienia, gdy się tomik odstawi na jakiś czas na półkę. I bywają takie dni, tak zapracowane i szalone, że naprawdę kilkustronicowa opowieść jest cenniejsza, niż 500-stronicowa kobyła. 

Z tym, że tutaj tak nie było. "Człowiekiem jestem" tak mnie wciągnęło, że większość opowiadań łyknęłam na jednym, nocnym posiedzeniu. Spodobała mi się idea, przyświecająca zgromadzonym utworom, nadająca im kierunek i spajająca je razem, choć - paradoksalnie - każde opowiadanie jest inne i każde zawiera się samo w sobie.
"Człowiekiem jestem" to trzynaście opowiadań, trzynaście punktów widzenia, trzynaście wariacji na temat człowieczeństwa. Ośmiu autorów zasiadło do pisania i stworzyło swoje własne, jakże odmienne perspektywy przy zastosowaniu utopii, antyutopii, postapokalipsy, science-fiction i kilku innych, fantastycznych, elementów.

We wstępie, Barbara Mikulska i Marek Zychla piszą o fantastyce i o tym, jak jest odbierana. Mają rację. Fantastyka kojarzy się z magią, z ufoludkami, z paranormalnymi zjawiskami i odmiennymi światami. Zawiera w sobie wszystko to, co odbiega w jakikolwiek sposób od rzeczywistości, a zatem science-fiction, fantasy i horror. Mniejsza o definicję - tam, gdzie pojawia się niesamowitość, można już mówić o fantastyce.
I zwykle ta gałąź literatury - ciężka, mocno ulistniona, uginająca się wręcz do ziemi - przyjmowana jest w sposób dość, że tak powiem, lajtowy. Fajnie się pobać przy horrorze, przeżyć przygodę z hobbitami, polecieć na inną planetę czy wejść do szafy, za którą czają się przyjazne lwy, ale tak naprawdę rzadko kiedy traktujemy te opowieści tak całkiem serio. Mają stanowić rozrywkę, dać nam przyjemność i zaprowadzić nas do innego świata. O to właśnie w fantastyce chodzi. By nas stąd porwać, wręcz wyrwać z tego realnego, szarego świata i zabrać gdzieś daleko do krainy fantazji, w której wszystko może się zdarzyć, w której dobro i zło jest jednoznacznie określone, w której śmierć nie oznacza końca życia i w której duchy i potwory istnieją naprawdę. 
A co by było, gdyby ktoś brutalnie zmienił tę koncepcję? Gdyby fantastyka wcale nas nie zabierała realnemu światu, ale nas do niego... przywracała? Gdyby niesamowite opowieści były tylko pretekstem do tego, by mówić o tym, co rzeczywiste?
Wiem, wiem. Zaraz mi powiecie, że taka jest. Że opowieści Lovecrafta są projekcjami realnych lęków, że historie postapokaliptyczne ukazują prawdziwe oblicze człowieka, a w powieściach Kinga więcej prawdy o ludziach, niż w ckliwych obyczajówkach. Jasne. I macie rację.
Ale przeciwstawiając fantastykę do tej w antologii "Człowiekiem jestem" mam wrażenie, że w tej pierwszej mówienie o rzeczywistości jest skutkiem, a w tej drugiej - przyczyną. 
Terencjusz, rzymski komediopisarz, napisał (prawdopodobnie powtarzając za Menandrem) "Człowiekiem jestem i nic, co ludzkie, nie jest mi obce"   (łac. Homo sum; humani nihil a me alienum puto) i ta maksyma stała się mottem humanistów w okresie renesansu. Autorzy opowiadań omawianego zbioru wyszli z podobnego założenia i postanowili pomówić o człowieku. Człowieku w przyszłości, w antyutopii, w niesamowitych warunkach - nic, co ludzkie, nie było im obce. Postanowili, że wezmą takiego delikwenta i wrzucą go, tak bezceremonialnie i bezlitośnie, do wymyślonej przez siebie niefortunnej i ponurej rzeczywistości. A potem wygodnie rozsiądą się w fotelach i... będą obserwować, co się stanie.

- Opowiadania -

J. Wojciechowicz
Juliusz Wojciechowicz w "Wielkim Dniu" wziął swoje żołnierzyki i wrzucił do ponurego, mrocznego świata, w którym absolutnie wszystko jest na sprzedaż. Świata, który jest boleśnie prawdopodobny i niesamowicie nieludzki. Nie bez przyczyny wymieniam opowieść Juliusza jako pierwszą. To najlepsza opowieść zbioru. Urzekająca, magiczna, niezwykle wzruszająca antyutopia, o fabule której nie chcę powiedzieć ani słowa, by Wam niczego nie popsuć. Wszystko tutaj jest perfekcyjne - język i styl dopieszczone w każdym calu, metafory - poetyckie, porównania dobitne. Autentycznie delektowałam się każdym słowem, i choć niektórzy mogą uznać „Wielki dzień” za nieco zbyt… literacki, to ja jednak biorę go w całości i bez reszty. Szczerze gratuluję Wojciechowiczowi tak dobrego tekstu. 
Z kolei drugie opowiadanie tego samego autora - "Zdzira" - to szort opowiadający o tym, jakby to było, gdyby można było komuś oddać kaca... I tutaj: jest okej. Pomysł świetny, wykonanie bardzo dobre, zakończenie bardzo groteskowe, acz prawdziwe. Opowiadanie jest jednak "tylko" dobre. Jak to mówią na dzielni: szału nie ma, d... nie urywa. „Wielki dzień” jest tutaj wykwintnym stekiem z jagnięciny podany w Ritzu, a „Zdzira” jest… BigMac’iem z McDonalda. I jednym, i drugim zaspokoisz głód, ale…

Drugie miejsce na podium bezsprzecznie należy do Jarosława Turowskiego i jego „Witamy po reklamach”. Kolejna błyskotliwa, niemożebnie smutna historia w stylu "Wielkiego marszu", "Uciekiniera" czy filmowego "Gamera". Reality show z dodatkiem nieco orwellowskiej wizji swoistego reżimu totalitarnego kościelnego państwa to niezwykle smakowity koktajl, opowiedziany z perspektywy ofiary systemu. Rewelacyjny pomysł z rozdzierającą serce fabułą i garścią smakowitych szczególików, dopełniających treść niczym brokat na policzkach Miss Universe. Cudowna antyutopia, którą - nie ukrywam - chętnie widziałabym nieco rozciągniętą w pełnowymiarowej powieści. Mam nadzieję, że Jarek Turowski jeszcze nie raz mnie zachwyci. 

Zmierzchnica trupia główka (Acherontia atropos)
Trzecie miejsce zajmuje tekst Łukasza Pytlika „Motyle Marysi nie potrzebują skrzydeł”. Opowiadanie zrzuca z krzesła swoim zakończeniem i stanowi niejako… eufemizm. Zawoalowaną w piękne słowa tragedią. Magiczna, mroczna egzystencja Marysi, Szczęścia i Krzysia, którzy walczą z głodem, Nimi i złem postapokaliptycznego świata, okazuje się być… czymś znacznie gorszym. Czytałam kilka innych tekstów autora i przyznaję, że jest świetnym gawędziarzem. Ma niesamowitą zdolność delikatnego, baśniowego wręcz opowiadania mrocznych, czasem makabrycznych historii, a swoich bohaterów kreuje z dużą dozą wrażliwości i empatii tylko po to, by za chwilę zrobić im krzywdę. To projekcja wycofania, magiczne studium wyłączenia ze świadomości czy może wykluczenia z niej elementów zbyt bolesnych, by mogła je znieść ludzka psychika, której opoką stają się… zmierzchnice trupie główki. 

M. Stonawski
Poza podium mamy kilka dobrych i kilka słabych opowiadań, jak to zwykle bywa w antologiach. „Problem z głowyMichała Stonawskiego to króciak, wymuszający pochylenie się nad końcówką. Przychodzi mi na myśl tylko jeden komentarz: „sprytne”. Ale… niezbyt wybitne. Jak znam opowieści Michała tak wiem, że stać go na więcej. Znacznie, znacznie więcej. Tym razem Stonawski zostawił mnie z uczuciem niedosytu, zamiast wstrząsnąć mną tak, żeby mi z wrażenia spadły kapcie. A potrafi to robić. Ten szort to historia, którą czyta się z przyjemnością, ale która nie zostaje w pamięci, a jej lekturę kwituje się krótkim uśmiechem. W porównaniu do innych opowieści autora jest dość przeciętna.

Blizny” Marka Zychli to, niestety, jedno z najsłabszych opowiadań zbioru. To oniryczna opowieść o wyrzucie sumienia, które zmienia życie bohatera w piekło. Punkt wyjścia – istotnie, dobry, jednak zabrakło mi dynamiki. Historia, zamiast przerażać i wzruszać, nuży. Brakuje tego czegoś, co sprawia, że opowieść się czyta z wypiekami na twarzy. W porównaniu do innych opowieści zbioru wypada niezwykle blado. Przykro mi to pisać, gdyż warsztatowo i językowo jest nieźle. Brak jednak tej swoistej iskry bożej, której potrzebuje pisarz, by zachwycać. Nie spodobała mi się także końcówka. Nie, ten bohater nie zasłużył sobie na happy end.

Tytułowe „Człowiekiem jestem” należy do Tomasza Zawady. Cyborgizacja ludzkiego ciała z pewnością przyniosłaby sporo dobrego – pozbawieni kończyn ludzie mogliby na powrót chodzić, niewidomi dostaliby nowe, widzące oczy, głusi – nowe, słyszące uszy. Utopia medycyny. Ale możliwe też, że poszłoby to o krok dalej, jak w opowieści Zawady. Cyborgizacja… estetyczna ustanowiłaby nowy kanon piękna, w którym ludzie namiętnie wymienialiby słabsze, brzydsze, starsze części swojego ciała na nowe, syntetyczne, mechaniczne. Mało tego, nowe technologie oferowałyby tak wiele dodatkowych aplikacji, ulepszeń, innowacji, że Robocop i Terminator przy nich to żałosne, śmieszne prototypy. Bardzo dobre opowiadanie, co do którego nie mam absolutnie żadnych uwag.

Aż pięć tekstów zbioru jest autorstwa Barbary Mikulskiej. Jej drabble, „Artysta”, otwierający całą antologię, to genialna metafora istoty tworzenia. Niesamowicie mi się podoba i gratuluję autorce wyśmienitego pomysłu. Jako pierwszy, wejściowy stusłówkowy szort mocno zawyża poprzeczkę i po cichutku składa obietnicę, że oto mamy przed sobą coś wyjątkowego. 
…Co tobie niemiłe”, również Barbary Mikulskiej, to opowiadanie, którego zakończenie wywołało we mnie… szeroki uśmiech, ale, jednocześnie, wywołało smutek. Niestety,  w prawdziwym życiu nie można tak załatwiać tych spraw. Przemoc wobec kobiet jest powszechna, choć okryta całunem milczenia tysięcy maltretowanych, bitych i gwałconych żon, córek, sióstr. Mikulska podjęła się trudnego tematu, o którym należy mówić. A to opowiadanie – ku przestrodze – polecam każdemu damskiemu bokserowi.
Kolejne opowiadanie autorki, „Wolontariat”, to historia o sztuce umierania. Bardzo smutna i dobrze napisana opowieść, która jednak nie pasuje mi do tego zbioru. Za mało w niej fantastyki, a sens opowieści – refleksyjnej i niemalże filozoficznej – odstaje od głównej idei całego projektu. Historia jest piękna, ale… czyż nie każda historia, w której występują chore dzieci, taka jest? Brakowało mi czegoś, co wyniesie tę opowiastkę ponad przeciętność.
Jeszcze jeden szort Mikulskiej – „Łysy Japończyk” – jak dla mnie, trywialne i naiwne. Tutaj Mikulska opisała… oczywistą oczywistość. Podejrzewam, że chciała zwrócić uwagę na powszechną znieczulicę, skłonność ludzi do wyśmiewania się z innych, ale zrobiła to w banalny i nieprzekonujący sposób.
I ostatnie opowiadanie autorki – „Jesień”. Melancholijna i smutna opowieść o starości i samotności, dzielonej z pupilami. Ale tu znów, podobnie jak przy „Wolontariacie”, brakuje mi… fantastyki. Historie są do siebie dość podobne. Mówią o przemijaniu, o śmierci, o tęsknocie. Ale nie mają w sobie nic, czego nie miałoby tysiąc innych, podobnych opowiadań. Ładny, smutny obrazek, niestety, bardzo przeciętny.
Barbara Mikulska ma lekkie pióro i po lekturze jej trzech opowiadań i dwóch szortów muszę powiedzieć, że jest takim nieoszlifowanym diamentem, któremu brakuje oryginalności. Autorka potrafi pisać, posiada ogromną wrażliwość i ma odwagę dotykać spraw tabu, dzięki czemu moglibyśmy się po niej spodziewać bystrych, ciętych historii, które uderzą w nas tak mocno, że stracimy oddech. Będę obserwowała jej rozwój, mając nadzieję, że jej kolejne dzieła oprócz poprawności językowej i przyjemnej, choć paradoksalnie smutnej lekkości fabularnej będą obfitowały także w coś, co sprawi, że rozkwitną.

Ostatnia opowieść zbioru, „Chłód” Franciszka Zarzeckiego, to postapokaliptyczna opowieść drogi Kobiety i Mężczyzny, zmierzających przez bezdroża po antybiotyki dla dzieci. Takie opowieści powinny kończyć antologie – sama historia posiada rewelacyjne zakończenie, przez co z ogromnym przytupem wieńczy całość. Bardzo dobra, klimatyczna historia, która wciąga niemalże od pierwszego zdania. Winszuję autorowi, któremu udało się upchnąć cały mikroświat w tak małej ilości tekstu i zrobić to w sposób nienaganny.



Reasumując, to jedna z lepszych antologii różnych autorów, jaką czytałam w ostatnim czasie. Ładnie wydana (choć zdarzyło się kilka wpadek redaktorskich), ilustrowana książka, której główną wadą jest to, że jest... za krótka. Przyznaję, że trzej panowie z mojego podium mocno zawyżyli ostateczną ocenę, ale zdecydowanie im się należy. Bardzo podoba mi się idea powstania zbioru i jego niemal podprogowy sens, ukryty skrzętnie pod płaszczykiem fantastyki. To opowiadania o ludziach. O manipulacji, strachu, maltretowaniu, wyrzutach sumienia, zdradzie, samotności, bólu i cierpieniu. Ponury kalejdoskop wszystkich, tak bardzo ludzkich i tak bardzo realnych przywar, przywodzący na myśl klauna, cierpiącego na depresję. Te historie Was zachwycą, skłonią Was do refleksji, czasem wzruszą, a czasami rozbawią – jednak będzie to śmiech przez łzy, słodko-gorzki grymas w odpowiedzi na tak groteskową, a przy tym tak boleśnie prawdziwą (nie)rzeczywistość. Serdecznie gratuluję autorom talentu, a wydawnictwu – udanej antologii. Zdecydowanie polecam nie tylko fanom fantastyki, ale także wielbicielom opowieści o ludziach. A po lekturze tej antologii z pewnością uznacie, że „Człowiekiem jestem” nie zawsze brzmi dumnie.




"Człowiekiem jestem" (Zbiór opowiadań). Wydawnictwo: Morpho. Rok wydania: 2013. ISBN: 978-83-62352-14-2. Format 14x21 cm. Stron: 198.
* Cytat na wstępie z opowiadania "Człowiekiem jestem" Tomasza Zawady

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz