Za garść zbawienia i inne opowiadania, Bartosz Orlewski

"...niegdysiejszy kręgosłup moralny społeczności Miasteczka Wszystkich Miasteczek przemienił się w źródło zła. Zła, które kontrolował, na którym się bogacił, i w którym coraz bardziej się zakochiwał. Przestało mieć dla niego znaczenie to, kogo i dlaczego zabija, i co o tym sądzi Bóg"


Weird West, po polsku zwane Dziwnym Zachodem, to taki podgatunek literacki, łączący western z elementami horroru, sci-fi, slatterpunku czy steampunku. Przykładami literatury Weird West mogą być:

  • saga Stephena Kinga, "Mroczna Wieża"
  • film "Bardzo dziki zachód" (1999, B. Sonnenfeld)
  • serial telewizyjny "Firefly" (1 seria, 2002)

W tym nurcie pisze też Joe R. Lansdale, William S. Burroughs czy nawet Nancy A. Collins (tak, ta od wampirów). I w tym momencie słusznym jest dodanie do listy "Za garść zbawienia i inne opowiadania" Bartosza Orlewskiego, a przynajmniej połowy opowiadań. Tę połowę łączy kilka elementów: nadnaturalność, odrobina bizarro, sci-fi i... western
Ta antologia to niesamowicie egzotyczny, wręcz dziwaczny twór, dowodzący, że literatura stała się taka, jak moda. Czyli zgodnie z powiedzeniem, że współczesną modą jest nosić się niemodnie, łączyć różne elementy garderoby w najdziwniejsze kombinacje, zakładać szpilki do dresów i spódnice do saszków, przystrajać się kokardami, opaskami, okularami w żaluzje i czapkami ze śmigiełkiem. Tak generalnie.
Nie każdy to akceptuje i nie każdemu się to podoba, dlatego - szczęśliwie - mamy rozróżnienie na literaturę klasyczną i literaturę modernistyczną, nowoczesną, która podobnie jak ta nieszczęsna moda sięga po elementy, które z pozoru wcale a wcale do siebie nie pasują. 
Bartosz Orlewski to zrobił. Zachował się bardzo niemodne. Wrzucił do jednego gara wszystko, co mu przyszło do głowy, opróżnił "umysłową lodówkę" i zrobił zupę-nic. Kto nie zna się na kulinariach, wyjaśniam: zupa-nic to zupa zrobiona ze wszystkiego, co zalega w kuchni i może być gotowana choćby na gwoździu. 
Przyznaję, że zupa-nic zwykle wychodzi bardzo smakowicie i nigdy nie udaje się zrobić dwa razy takiego samego dania. Wpływa na to ilość składników, długość gotowania, proporcje i rodzaj użytych przypraw. 

"Za garść zbawienia i inne opowiadania" to zbiorek dwunastu opowiadań i sześciu shortów. Każde z nich jest jak jeden gar zupy-nic: każde jest inne, każde ma w swoim składzie różne proporcje składników i każde różni się od siebie, choć w zasadzie każde zostało zbudowane na tych samych fundamentach. Powaga, patos, groteska i absurd mieszają się tutaj w tym dość nietypowym, orientalnym sosie i naprawdę potrzeba odwagi, by tego spróbować.

Spróbowałam. Pierwszy łyk był dość orzeźwiający, ale i pozostawił po sobie niedosyt. Mówię tu o pierwszym opowiadaniu zbioru, "Bezprawie". Trudno się wczuć, ale gdy wreszcie dochodzisz do końca, masz wrażenie, że kucharz postawił garnek na zbyt dużym ogniu. Spaliło się, nim składniki przez siebie przeniknęły i nim całość zdołała się smakowicie przegryźć. Zmarnowany potencjał, moim zdaniem - końcówka absolutnie do wymiany. Kolejny łyk - "Caleb" - to danie już mi znane z "Bizarro Bazaru". W recenzji tego tytułu napisałam krótko, iż Orlewski porządnie minął się z logiką. I podtrzymuję swoje zdanie. "Caleb" wciąż mi się podoba. Bardzo oryginalna postać narratora i typowe bizarro, które wymusza przemeblowanie w mózgu. By tę opowieść doczytać ze zrozumieniem, "wziąć ją na klatę", trzeba porządnie potrząsnąć głową i przepiąć niektóre złącza. "Jeff" z kolei to jedna z najbardziej zakręconych historii. Skojarzyła mi się z "Dniem Świstaka", choć to daleko idące skojarzenie - tu znów mamy pomieszanie z poplątaniem... ta zupa powstała chyba na gwoździu z dodatkiem pleśniowego sera. Połączenie dość nietypowe, ale jakże wyborne. "Trumna i osioł", opowieść podzielona na kilka podrozdzialików, sprawiła, że zwoje mózgowe uległy przegrzaniu. Moje. Autora chyba też. Musiałam mocno się wysilić, by cokolwiek z tego zrozumieć i szczerze mówiąc wciąż nie jestem pewna, czy dałam radę. Wydaje mi się, że to opowiadanie jest najbardziej... ambitne z całego zbioru. Najbardziej poplątane, najbardziej innowacyjne i najbardziej porąbane. Następnie czas na danie główne, a mianowicie na tytułowe opowiadanie "Za garść zbawienia". Absolutnie najlepsze opowiadanie w całej antologii. Dopracowane pod każdym względem, zajmujące, wysublimowane. Dziki Zachód w paranormalnej scenerii, w której można zniknąć, można ożyć, można dokonać zemsty, ale tak naprawdę... to wszystko to jedynie wymyślona przez jakiegoś szaleńca gierka (sorry, Gra). Ludzie są jak mrówki w formikarium. To opowiadanie skojarzyło mi się... z "Pod kopułą" Stephena Kinga. No, to już wiecie, o co chodzi. Dalej mamy zombie-western "Czerń i ostrogi", które naprawdę dorzuca do gatunku zombie-stories coś nowego, świeżego, bardzo innowacyjnego. 
Nie wszystkie opowiadania zamykają się w gatunku weird west. Mamy "Ristretto", które jest moim drugim (po "Za garść zbawienia") ulubionym opowiadaniem zbioru - filozoficzny, wręcz metafizyczny miszmasz gatunkowy, w którym występuje nie tyle zagięcie rzeczywistości, co jego całkowite zgniecenie i wywrócenie na drugą stronę; mam nadzieję, że autor wybaczy mi solidne skojarzenie z "Matrixem". Uwielbiam Diogenesa. I kolejne - również świetne - "Żegnaj, Melhizabet", które pierwotnie zostało opublikowane w antologii weird-fiction "Po drugiej stronie" (wyd. Agharta), to niesamowicie smakowity kąsek z przemyconym między wierszami ukłonem w stronę tuzów weird-fiction z Lovecraftem na czele. Dla mnie to taka mocno orientalna wersja "Alicji w krainie czarów"; nie wiem, skąd się wzięło to porównanie, ale zajęcze nory, przejścia między światami, dziwactwo zupełne kojarzą mi się właśnie z opowieścią Lewisa Carrolla. Następnie mamy "Saul", mega dziwaczny twór bizarro, którego końcówka zrzuca z fotela w rytm największych hitów Adele. "Maltanek" wywołał we mnie zadumę, jak sprytnie Orlewski oddał hołd Dashiellowi Hammettowi, autorowi m.in. "Sokoła maltańskiego". Opowiadanie jest bardzo dobre, choć, moim zdaniem, mogłoby być jeszcze lepsze. Brakowało mi jakiegoś takiego... lepiszcza, które utrzymałoby całość w... całości ;) Opowieść z elementem sensacji, noir w dżentelmeńskim sosie. Odrobinkę niedopracowana historia, acz przyzwoita. "Niemożliwe sny" czytałam w 2. numerze Horror Masakry i przyznaję, że była to jedna z najlepszych opowieści całego numeru. "Nawiedzony" to z kolei smakowita opowieść o nawiedzonym domu, z Halloween na czele. Fajna opowiastka bizarrycznej grozy, który jednak nie pozostawia po sobie zbyt wiele. Lekka, łatwa i przyjemna historyjka, którą zapomina się tuż po przeczytaniu. Mimo bizarro, opowieść ta nie wnosi zbyt wiele nowego do całego tabunu historii o nawiedzonych budynkach, choć jeden cytat wyjątkowo mi się spodobał: 
"Jestem fikcją, mawiał. Większą niż życie, zrodzoną z waszych nędznych wyobrażeń obleczonych w papier i taśmę filmową, transcendującą miejsce swoich narodzin, wolną od waszych oczekiwań."
Właściwie tymi słowami można by podsumować całą antologię.

Grafika Rafała Sali,
inspirowana szortem "Armadillo"
Zbiór zamyka garść shortów, o których napiszę, nomen omen, krótko. "Zombie blues" - no, kurczę, Bartek, zabiłeś Daryla?!?! ;) Czuję ogromną inspirację The Walking Dead. Dalej - "Chata". Opowieść cudownie nawiązująca do "Za garść zbawienia". I kolejne - "Prawda", ździebko rozczarowujące, dość słabe. "All-inclusive" - mocno refleksyjne, melancholijne wręcz, ulatujące wspomnienia człowieka, który dokądś idzie. Ładne, ale nic poza tym. "Świątynia zagłady" to z kolei fantasy, które mi osobiście skojarzyło się z jakąś strategiczną grą online w stylu tych "spamowych", reklamowanych w wyskakujących okienkach. "Armadillo" z przytupem kończy antologię, niejako spajając ją (a przynajmniej westernowe kawałki). Dobra rzecz, która doczekała się kontynuacji na Szortalu. 
Moim zdaniem, Orlewski znacznie lepiej sobie radzi w nieco dłuższych formach. Shorty są rozczarowujące, po prostu za krótkie, przez co ich sens się gdzieś-tam rozłazi i nic z tego nie wynika. 

Radzę czytać opowieści po kolei, gdyż - zwłaszcza westerny - mniej lub bardziej się ze sobą wiążą. Wszystkie dzieją się w jednym uniwersum, które czerpie z faktów historycznych. I tak Orlewski oddaje tutaj hołd strzelaninie w O.K. Corral, w Tombstone roku 1881, w której z rewolwerowcami - m.in. braćmi Clayton - walczyli Marshale, bracia Earpowie i Doc Holliday, dentysta (skojarzenie z "Django" Tarantina sądzę, że słuszne). Najsłynniejsza strzelanina Dzikiego Zachodu stanowiła tu nie tylko inspirację, ale także jeden z niewielu realnych elementów całości. Orlewski wspomina też o pożarze w Tombstone w maju 1882 roku, który zniszczył połowę miasta. Podobały mi się te odniesienia, jak i inne - lubię wyłapywać takie popkulturowe smaczki, nawiązania do historii czy innych autorów. Lubię muzykę w literaturze, lubię nucić sobie "Smoke on the water" w czasie czytania. Orlewski przyłożył się do researchu, dzięki czemu jego opowieści jawią się jako... staranne. A takie podejście świadczy głównie o szacunku autora do swoich czytelników, którzy - zazwyczaj - idiotami nie są.
Łowcy nagród, piach, buty z ostrogami i pojedynki w południe versus inne światy, sny, prastare istoty, science-fiction i nadnaturalne zdolności. Czas akcji jest niepewny, bo nie wiadomo do końca, czy to koniec XIX wieku, czy może jakaś daleka przyszłość. A może to inny wymiar? Alternatywna rzeczywistość? Jak mówiłam, pomieszanie z poplątaniem... Niezła kombinacja, co?
Jeśli natomiast chodzi o opowieści nie-westernowe, to jest lepiej, niż dobrze. Trudno jednoznacznie ocenić ten zbiór, gdyż jest w nim kilka światów, kilka uniwersów, a całość jawi się jako mroczny sen pijaka albo majaki narkomana w delirium. Czasami nie mogłam nie ulec magii skojarzeń, które nasuwały mi obrazy Lyncha, Larsa von Triera czy... Tarantino. Miałam przed oczami zakurzonych rewolwerowców, pędzących autostradami rozświetlonych miast i kobiety-cyborgi, tańczące kankana. Nie można odmówić autorowi niesamowicie bujnej wyobraźni ani umiejętności przelewania swych najbardziej psychodelicznych fantazji na papier. I to w dobrym warsztatowo stylu, z rewelacyjnymi metaforami i błyskotliwymi porównaniami. Bartek Orlewski potrafi pisać. Mało tego; po języku, po stylu, po tematyce i po elastyczności tej prozy sam autor jawi się człowiekiem niezwykle oczytanym, elokwentnym i diablo wszechstronnym, dzięki czemu cały zbiór jest po prostu ambitny. Winszuję.
Do czego mogę się przyczepić? Tu i ówdzie czegoś brakowało, zakończenie czasami bywało zbyt gwałtowne, zbyt pospieszne, ale generalnie nie mam uwag. Natomiast jeśli chodzi o całokształt, to czasami wściekałam się na powtarzające się imiona. Głupiałam, bo nie wiedziałam, czy historie, w których występuje na przykład Mike jako postać poboczna, są ze sobą powiązane, czy nie. Doznawałam też swoistego uczucia deja vu, które było... frustrujące. Jednak nie są to wady, których nie można obejść, ot, takie moje fanaberie, moje czepialstwo. Przyjmijcie to z przymrużeniem oka.
Bartosz Orlewski

"Za garść zbawienia i inne opowiadania" Bartosza Orlewskiego to męska, mocno oniryczna i bezkompromisowa rzecz, która zrobi z waszych mózgów kisiel. Autor zaszalał. Postawił na opowieści naprawdę dziwnej treści i zrobił to w przyzwoity sposób. Sądzę, że warto rzucić okiem na ten zbiór. Niezła rozrywka i porządna literacko treść wynagradza nieliczne potknięcia. Każda antologia miewa swoje wzloty i upadki, ale trzeba patrzeć na całokształt, bo, jak to ktoś mądry kiedyś powiedział, suma części jest większa od poszczególnych fragmentów... czy coś takiego. Nie pamiętam. Ale Orlewski może być z tej antologii dumnym i... może już czuć się zaszufladkowany jako jedyny w Polsce autor niesamowitych westernów. Wyćwiczone, giętkie pióro sprawia, że zbiór - pomimo dziwaczności samej treści - jest wykwintnym dziełem literackim... Zupą-nic, rozpływającą się w ustach. Ze swojej strony serdecznie polecam i... poproszę o dokładkę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz