Kulisy Polskiego Horroru. #22 Łukasz Orbitowski




Łukasz Orbitowskiego chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Płodny autor, dla którego żaden temat nie jest groźny - pisze zarówno w konwencji fantastycznej, jak i obyczajowej. Nominowany w ubiegłym roku do Paszportu Polityki za powieść "Szczęśliwa ziemia". Dość skromny, zapracowany facet, o czym zresztą sami możecie się przekonać, czytając poniższą rozmowę. Dowiedzcie się, jakie Łukasz ma plany, co myśli o własnej twórczości i... jakie pali fajki.



 Paulina Król: Kim jest Łukasz Orbitowski?
Łukasz Orbitowski: Nie wiem. Często zadaje sobie to proste pytanie: kim jestem? Wciąż nie mogę znaleźć odpowiedzi. Pozwoliłem sobie przejrzeć wypowiedzi moich znakomitych poprzedników na tej stronie. Większość, w odniesieniu do siebie użyła określenia „człowiek”. Nie przejawiam aż takiego optymizmu, jeśli chodzi o moją osobę. Powiedzmy, że jestem pięknym zwierzęciem.
Paulina: Od kiedy piszesz?
Łukasz: Zawodowo? W przyszłym roku stuknie dziesięciolatka. Wydaje mi się, że pisałem od zawsze. Mama przechowuje jakieś zeszyty z podstawówki. Rysowałem również komiks, a potem zamalowywałem je całe na żółto. Myślałem, że tak trzeba, bo „Złoty puchar” Christy był wydrukowany na żółtym papierze. Publikowałem trochę w okresie szkoły średniej i pierwszych lat studiów. Mówię tu o drukach w almanachach literackich i wydawaniu jakichś nędznych tomików z opowiadaniami. Potem miałem chwilę przerwy, wchłonęło mnie życie. Żyłem, po prostu. Dość ciekawie i mocno. W konsekwencji, debiutowałem powieściowo koło trzydziestki. Trochę za wcześnie. Tak czy inaczej, piszę od zawsze.
Paulina: Dlaczego trochę za wcześnie? Samantha Shannon debiutowała mając ile? 21 lat?
Łukasz: Nic jej nie czytałem. Może jest genialna? Tego nie wiem. Ja na pewno genialny nie jestem. I w wieku 21 lat gówno wiedziałem o życiu. Oczywiście myślałem, że wszystko wiem. Niczego jeszcze nie przeżyłem, brakowało mi oczytania, otrzaskania, byłem głupim smarkaczem. Do trzydziestki nieco zmądrzałem, przynajmniej na tyle, by nie przynieść sobie wstydu książką, czy opowiadaniem. Ale czy stałem się mądry? Na pewno nie. Dalej nie jestem.
Paulina: Jak wygląda Twój proces pisania? Siadasz przed kompem i…
Łukasz: I piszę. Co mam powiedzieć? Zauważyłem, że z każdym kolejnym rokiem jest coraz trudniej. Dziesięć lat temu rzeczywiście siadałem przed komputerem z zarysem historii w głowie, zaczynałem klepać, a opowieść oblekała się w konkret już w czasie pisania. Od dawna już tak nie jest. Coraz więcej pracy schodzi mi na zbieranie materiałów. Na szczęście, pomaga mi w tym researcherka. Przy nowej powieści dostałem cały sztab ludzi do pomocy. Robię dużo notatek – wypisuję sobie różne, alternatywne ścieżki fabuł, opisuje bohaterów, wybieram dla nich nawet zdjęcia, wykorzystując do tego, żeby było śmieszniej, portale randkowe. Doskonale się do tego nadają: mogę określić płeć, wiek, wykształcenie, zainteresowania, miejsce zamieszkania, to co chcę. I wyskakuje mi fotografia. Samo pisanie przy tym to małe piwo, choć w rejonach „Widm” ustalił się tryb pracy polegający na przepisywaniu dużych partii tekstu raz jeszcze, słowo po słowie. „Szczęśliwą ziemię” przepisałem całą, cztery razy. To wszystko bardzo źle wróży. W końcu utknę przy jakiejś powieści na dziesięć, piętnaście lat, będę ją poprawiał aż nie umrę. I tak to się skończy.


Paulina: Czyli twierdzisz, że się wypaliłeś? Przepisywanie kilka razy tekstu to może wcale źle nie wróży. Może świadczy o tym, że wciąż się rozwijasz?
Łukasz: Raczej doświadczam konsekwencji własnych, niemałych ambicji. Widzisz, ja chcę pisać coraz lepsze książki. Każda musi przebijać wszystkie poprzednie. Przecież nie robię się z czasem ani zdolniejszy, ani mądrzejszy, co najwyżej bardziej doświadczony i to doświadczenie niekiedy pomaga, niekiedy znów krępuje. Moim jedynym autem jest pracowitość. Nad każdą kolejną ksiązką męczę się bardziej niż nad wszystkimi poprzednimi.  Odłóżmy na bok kwestię, czy efekt końcowy spełnia moje oczekiwania czy nie.
Paulina: Jesteś swoim najostrzejszym krytykiem, czy jak już skończysz dzieło na tip top potrafisz powiedzieć sobie „dobra robota, Łukasz”?
Łukasz: Jestem nie tylko ostry, ale niedorzeczny. Przede wszystkim gdyby nie terminy od wydawcy, nigdy bym żadnej ksiązki nie skończył, tylko w kółko poprawiał. Do końca życia, jedną książkę. W ten sposób mój wydawca ratuje mi życie. W życiu chyba nie powiedziałem sobie „dobra robota”, za to parę razy byłem z siebie zadowolony. Przynajmniej z niektórych fragmentów, które napisałem. Niezmiennie okazywało się, że te fragmenty, które tak lubię nadają się do kosza. Są beznadziejne. I odwrotnie, swoich najlepszych rzeczy nienawidziłem zaraz po napisaniu. Na przykład, wstydziłem się „Szczęśliwej ziemi”, swojej najlepszej książki.
Paulina: Chyba jesteś pesymistą z natury, co?
Łukasz: Jestem ostrożnym optymistą. Uważam, że mnie okradną, ale nie zabiją.
Paulina: Jakie masz plany na najbliższy rok?
Łukasz: Wbrew temu, co napisałem, dość konkretne. Na rok 2014 przygotowuję coś szczególnego, czyli dziennik z mojej wyprawy do Republiki Południowej Afryki, wzbogacony o legendy z regionu oraz fotografie. Może wyprawa to zbyt mocne słowo? Wycieczka brzmi lepiej. Więc, będzie to taka większa pocztówka z wycieczki, na kilkaset stron. Z tymi legendami jest trochę babraniny. Nim zabrałem się za Twoje pytania, siedziałem kolejny dzień obłożony książkami, które sprowadziliśmy z Afryki, głównie reprinty jakiś starych tekstów, sprzed stu pięćdziesięciu lat. Wybieram opowieści, porównuję. Z tyłu głowy mam „Klechdy sezamowe” Leśmiana, czyli jego wersję opowieści z tysiąca i jednej nocy. Muszę jeszcze wrócić do legend azjatyckich i europejskich, które spisał i przedstawił Robert Stiller. Ten kierunek, mniej więcej. Poza tym zbieram się do powieści o morderstwach, które miały miejsce kilkanaście lat temu w Bydgoszczy. W niedzielę lecę tam, przeglądać akta sprawy, rozmawiać ze świadkami. Po prostu, za każdym razem próbuję zrobić coś nowego. Chcę, aby moje książki były jak planety. Podobne, a jednak każda inna.
Paulina: Czyli to nie będzie beletrystyka, ta opowieść o Afryce?
Łukasz: Mniej więcej. Po prostu robiłem notatki z każdego dnia tam, żeby wspomnienia nie uciekły. Mam strasznie dziurawą głowę, wszystko zapominam. Nie chciałem, żeby te dni mi umknęły. Nie to niebo, nie te skały, nie nocne zwierzęta krążące wokół ognia, który rozpaliliśmy, nie te wszystkie cudowne historie, które stały się naszym udziałem. No to pisałem. I nerw pisarski wziął górę, projekt się rozrósł. No i będzie. Zdjęcia, również.
Paulina: W jakim gatunku czujesz się najlepiej?
Łukasz: W tej chwili, wyłącznie teksty obyczajowe. Nie oznacza to, że odcinam się od fantastyki, czy horroru. Po prostu, przez ostatnie dziesięć lat zajmowałem się wyłącznie prozą gatunkową, pisałem wyłącznie fantastykę. Zmęczyłem się tym potwornie. Mam dosyć, potrzebowałem zmian, także przykro mi – przez najbliższe kilka lat żadnych horrorów nie będzie. Pisanie prozy obyczajowej postrzegam w tej chwili w kategoriach wyzwania. W jakiś sposób, uczę się swojego zawodu na nowo. Zawsze konstruowałem swoje fabuły w oparciu o rozwiązania fantastyczne, moje książki umykały spod brzytwy Lema. Teraz nie mogę tak robić, szukam innego spoiwa, innych rozwiązań, próbuję być mniej efekciarski. To bardzo trudne, bo nabrałem typowo gatunkowych przyzwyczajeń. A potem, za parę latek, wrócę do horroru, do fantastyki. Albo nie wrócę. Nie jestem niczyim niewolnikiem. Konwencji – także.
Paulina: Złamiesz wielu fanom serce.
Łukasz: Myślałem o tym. Serio. Zadawałem sobie pytanie, co jestem ludziom winien. I znalazłem odpowiedź: szczerość. Co wolisz przeczytać? Nieszczery, wymuszony horror Orbitowskiego, czy prawdziwą, napisaną prosto z serca, strzępami mózgu, flakami powieść obyczajową? Ufam, że to drugie. Poza tym nie zmieniam się tak bardzo. Tym, co wyróżniało moje książki, była, jak sądzę atmosfera pewnej niesamowitości, mroku. To zamierzam zachować.
Paulina: Jakie lektury czyta Orbitowski? Czy masz ulubionych autorów? Polskich, zagranicznych?
Łukasz: Raczej miałem. Od lat jestem zawodowym czytelnikiem. Czytam książki by pisać książki lub pisać o książkach. Przerabiam ze trzy tytuły w tygodniu i wierz mi, niewiele jest w tym przyjemności. Dlatego wracam do dawnych miłości, do Iwaszkiewicza, do Twaina, do Nietzschego, McCarthy’ego, Lovecrafta, czytam dużo rzeczy niebeletrystycznych, głównie o hermetycznych ruchach religijnych – znów w sprawach zawodowych. Wcześniej czytałem Afrykanów. Jeszcze wcześniej, duńską klasykę. Naprawdę cię to interesuje? Jestem okropnym czytelnikiem, skaczę z książki na książkę bez ładu i składu. Bałagan w bibliotece przekłada się na bajzel w głowie.
Paulina: Naprawdę mnie interesuje. Stephen King powiedział, że na każdą zapisaną stronę powinno przypadać 100 przeczytanych. Nie zamykasz się zatem w gatunku?
Łukasz: Nie. Interesują mnie po prostu dobre książki. Obojętnie jakie. Lekko licząc, jestem w połowie swojego życia. Szkoda mi tę drugą połowę marnować na głupoty.
Paulina: Obserwujesz to, co się dzieje obecnie w polskiej literaturze, zwłaszcza grozy?
Łukasz: Niestety. Czasem ktoś z zaprzyjaźnionych pisarzy podeśle książkę. Jest ich paru, także mam co czytać. Właściwie nie kupuję książek, dostaję ich wystarczająco wiele. I tak nie zdążę wszystkiego przeczytać. Śledzę karierę Jakuba Małeckiego. Z uwagą przyglądałem się Palińskiemu, ale on zniknął. Tak jak ci pisałem, zawracam się raczej ku rzeczom starym, a nie nowym.
Paulina: Czy czytasz horrory?
Łukasz: Właściwie już nie. Z sentymentu sięgam po Kinga, ostatnią rzeczą, która mi się podobała było to o Kennedym, „Dallas '63”, tak? Zachwyciłem się „Chłopięcymi latami” McCammona, ale czy to jeszcze horror? Taką fantastyczność, taką grozę przyjmuję z ochotą i zazdroszczę talentu. Przeczytałem kilkaset horrorów, filmów z tego gatunku zrobiłem chyba jeszcze więcej. Póki co, wystarczy.
Paulina: Na polskim podwórku horrorowym robi się coraz ciaśniej. Czy obserwujesz innych autorów, kolegów po fachu? Darzysz kogoś szczególną sympatią?
Łukasz: Towarzyską? Właściwie każdego. Kazek Kyrcz, Jakub Małecki, Stefan Darda – wznoszenie z nimi kielichów to czysta radocha. Natomiast do niedawna unikałem czytania tych panów, może z wyjątkiem Małeckiego. Bo on już nie pisze horrorów. Chyba nigdy nie pisał. Jeśli uprawiasz prozę gatunkową – tak jak ja, do niedawna – nie powinnaś się nią inspirować. Po prostu, jeśli czytasz horrory i piszesz horrory, siłą rzeczy, będziesz powtarzać rozwiązania innych autorów. Będziesz cieniem, klonem skazanym na wtórność. Chcesz pisać horrory? To ich nie czytaj. Nie oglądaj. Sięgnij po coś z klasyki, po powieści sensacyjne, wspomnienia, dzienniki, nie wiem, po cokolwiek, ale nie po horror. Rozszerz horyzonty. Zainspiruj się czymś odległym. Wtedy masz szansę zrobić coś swojego. Ja już nie piszę horrorów. Kto wie, może zacznę je czytać?
Paulina: A zaczniesz czytać polskie czy zagraniczne horrory?
Łukasz: Nie wiem. Zapewne zagraniczne, Zachód jest nieco dalej niż my w tym gatunku. Mam wrażenie, że Polacy jeszcze nie wypracowali swojego pomysłu na horror. Popatrz, Kain i Małecki odpłynęli najpierw w groteskę, potem Małecki zwrócił się ku powieści obyczajowej. Groteskowość wyróżnia również prozę Kazka Kyrcza, przynajmniej tę którą znam. Paweł Paliński naśladował, zresztą znakomicie, pisarzy amerykańskich. Sam zasłużyłem się potwornie u Kinga, bądźmy szczerzy. Tylko może moje strachy były mniej oczywiste. Czekam więc na autora, który przewartościuje polski horror, nada mu dojrzałą formułę. Może już się pojawił, tylko ja o tym nie wiem? Jeśli to nie nastąpi, wolę pisarzy z Zachodu. Lepiej rozumieją tradycję grozy. Przynajmniej tak mi się wydaje. Poza tym, dlaczego mamy czytać horrory? Czytajmy dobre książki. Wszystko jedno jakie.
Paulina: Jak wygląda Twoje podium 3 najlepszych książek ever?
Łukasz: Nie chcę wyjść na kogoś zblazowanego, ale naprawdę nie wiem. Nie pamiętam tak dobrze, bo nie pamiętam siebie sprzed lat i ledwo przeczuwam, co było dla mnie ważne kiedyś. Na pewno, w młodości, King i Masterton. Chyba nawet bardziej Masterton niż King, a z drugiej strony, Masterton wydaje mi się uczciwszym autorem, który niczego nie udaje. Dalej, wymieniłbym „Tako rzecze Zaratustra” i chyba coś, co współtworzyło moje dorosłe pisarstwo - „Dziecię Boże” Cormaca McCarthy.
Paulina: Jako pisarz, z pewnością zewsząd jesteś atakowany pomysłami. Czy prowadzisz ich rejestr?
Łukasz: Owszem, mam zeszyt, ale notuję w nim raczej pomysły cząstkowe. Konkretne rozwiązania fabularne, sposoby na zbudowanie jakiejś sceny, nic wielkiego. I wcale nie jestem bombardowany pomysłami. Przeciwnie. Przychodzą na tyle rzadko, że muszę je troskliwie pielęgnować. Parę na rok, to wszystko. Widzisz, ja nie lubię kultu pomysłu. Powiem więcej, nie znoszę błyskotliwych pomysłów. Może dlatego, ze takie nie przychodzą mi do głowy? Wszystkie moje książki stały na banalnych, wyświechtanych kliszach. „Tracę ciepło” opowiadało o facetach, którzy widują duchy. „Święty Wrocław” dotyczył nawiedzonego miejsca, „Widma” to prosta historia wariatywna, z kolei „Szczęśliwa ziemia” dotyka rzeczy tak oryginalnych jak pakt z diabłem i zamek, w którym mieszka zło. Naprawdę, prościej już się nie da. Pomysł może mieć każdy. Pomysł nie czyni pisarza, ale wykonanie. Celowo żeruję na ideach pozornie zużytych. Jestem trupojadem. Znajduję zwłoki i patrzę, czy zdołam wrócić im życie.
Paulina: Pisałeś także i krótkie formy. Lubisz opowiadania?
Łukasz: To dwie zupełnie różne rzeczy. Opowiadanie potrafię napisać w cugu, w ciągu tygodnia albo dwóch. Niektóre powstawały nawet krócej. Łatwiej jest wówczas utrzymać się w gorsecie jednolitych emocji, zachować klimat, pilnować frazy. Z powieścią jest zupełnie inaczej. Też pilnuję frazy, ale przez rok, dwa. Zmuszam się do tkwienia w jednym klimacie, a gorset emocjonalny staje się drugą skórą. To wielki wysiłek. Jednocześnie, powieść jest wyzwaniem. To niebezpieczna przygoda, która kusi, jeśli oczywiście siedzenie w czterech ścianach ma z jakąkolwiek przygodą cokolwiek wspólnego.


Paulina: Co robisz, żeby się nie pogubić we własnej fabule?
Łukasz: Tak jak powiedziałem, do niedawna przepisywałem. Niepotrzebnie ufałem sobie jako twórcy. Wierzyłem, że talent mnie gdzieś zaprowadzi. Otóż, wywiódł mnie w pole. Więc przychylam się do konspektów. Dobrze mi się myśli w ten sposób, ja w ogóle myślę pisząc – bez pisania jestem zupełnie bezmyślnym człowiekiem. Z czasem, konspekty robią się coraz bardziej dokładne. Notatki do planowanej powieści osiągnęły już niemal powieściowy rozmiar. Myślę czasem, ze to zachowanie ucieczkowe. Pisanie samej książki przeraża mnie. Uciekam od tego, jak mogę, choćby w przygotowanie konspektu.
Paulina: Nagrody, nominacja do Zajdla i do Paszportu Polityki. Czy to duży zastrzyk motywacji, wspaniałe uwieńczenie trudów pisania, czy nie zwracasz raczej uwagi na nagrody, po prostu robisz swoje?
Łukasz: Jakie trudy, takie uwieńczenie. Zwracam uwagę na nagrody, które coś zmieniają w moim życiu. Nominacja do Paszportów podrzuciła mnie o szczebelek albo dwa w karierze i to się liczy. Książki lepiej schodzą. Są częściej komentowane. Zarabiam więcej. Tak to mniej więcej wygląda. Oczywiście, jak każdy artysta jestem próżny, domagam się laurów i oklasków. Nie tak bardzo jednak, by się zmienić. Piszę w oderwaniu od biznesowego aspektu mojej tak zwanej kariery. Mógłbym pisać inaczej. Chcę jednak dawać ludziom dokładnie to, co chcę. No dobrze, nie dawać. Sprzedawać.
Paulina: „Mógłbym pisać inaczej”. Czyli – mógłbyś pisać bardziej poczytne książki? Ckliwe romanse na przykład? Erotyki? Czyli - chcesz sprzedawać swoją wizję, a nie… samego siebie.
Łukasz: Mógłbym? Zapewne tak. Potrafiłbym, bez większych problemów pisać jak Harlan Coben. Albo Terry Prachett. Jestem wystarczająco ponury, by zostać humorystą. Ale to byłoby nieszczere. To właśnie cenię w byciu artystą – szczerość. Możliwość mówienia tego co chcę i w sposób, jaki mi się żywnie podoba. Gdybym to utracił, praca twórcza przestałaby być dla mnie atrakcyjna. Ja nie muszę tego robić, rozumiesz? Mógłbym zarabiać na życie w inny sposób. Byłem na przykład robotnikiem w Ameryce, dziesięć lat temu. Albo otworzyłbym knajpę, choćby w Kopenhadze, gdzie teraz mieszkam. Nie mamy polskiej knajpy tutaj. Nie sprzedaję też ani siebie, ani swojej wizji, lecz tylko swój sposób widzenia świata.
Paulina: Pisarz jest artystą, czy rzemieślnikiem? Piszesz po to, by żyć, czy żyjesz po to, by pisać?
Łukasz: Nie wiem jak inni. Ja jestem artystą i wiodę żywot artysty. Jestem wolnym duchem. Próbuję ci powiedzieć, że jedno warunkuje drugie. Moje pisanie bierze się z nietypowego życia, bardzo dziwnego, zakręconego, zakorzenionego w kilku nieprzystających do siebie światach. Następnie, pisanie w wymiarze zawodowym warunkuje właśnie to życie. Popatrz, teraz piszę do Ciebie z Kopenhagi. Jutro będę w Gdańsku. Za chwilę, w Bydgoszczy, potem u syna na Dolnym Śląsku, w Krakowie, Warszawie, Poznaniu, pewno skoczę sobie gdzieś za granicę na jakiś czas. Przecież gdybym normalnie pracował, takie życie byłoby niemożliwe. I, odrzucając wszelki cynizm, wyobrażam sobie że dziesięć lat temu porzucam pisanie. Teraz byłoby to dla mnie bardzo, bardzo trudne.
Paulina: Czy czytujesz recenzje swoich powieści, czy raczej wolisz nie wiedzieć?
Łukasz: Są, w ogromnej większości, pochlebne. Więc czytuję. Jestem próżnym człowiekiem.


Paulina: Jakie masz zainteresowania pozaliterackie?
Łukasz: Coraz mniej ich jest. Nie wynika to z tego, że moje zainteresowania się kurczą, ale po prostu wchłania je moje pisanie. Lubiłem podróżować. Jechałem całe Stany, z wybrzeża na wybrzeże. Poleciałem do Afryki Południowej. I co, będzie książka o tej Afryce. Coś co było przyjemnością, stało się kolejnym aspektem mojego zawodu. Tak samo stało się z grami video, filmami, literaturą. Podnoszę ciężary, cztery razy w tygodniu jestem na siłowni. Od niedawna zbieram płyty, głównie ze starym metalem, popem, muzyką klasyczną. Właściwie tyle. Moje zainteresowania to nudne, miałkie rozrywki człowieka z dużego miasta.
Paulina: Wydajesz się smutny. Tak w ogóle z tego wywiadu wynika. Jakbyś dźwigał jakieś ciężkie brzemię, jakbyś nie odczuwał radości z tego, co robisz. Pisanie jest utrapieniem? Zasmuca Cię, męczy? Cierpisz, pisząc?
Łukasz: Ja, smutny? Jestem wesoły jak rozkopywanie zbiorowego grobu. Jak granat wrzucony do domu opieki. Jak eksmisja na bruk. Po prostu tryskam radością. Oczywiście, masz rację. Pisanie jest utrapieniem. Męczy mnie. Cierpię, pisząc. Wolałbym rozładowywać codziennie tonę węgla. Ale bez pisania, po prostu, czuję się jeszcze gorzej i jestem jeszcze poważniejszym utrapieniem dla bliskich.
Paulina: Czy pisanie to spełnienie Twoich marzeń?
Łukasz: Nie. A może tak? Jako młody chłopak chciałem być pisarzem. I proszę, udało się. Zapewne, gdyby ktoś mi, dwudziestoletniemu powiedział, że będę tu gdzie jestem, ten dwudziestolatek popukałby się w łeb. Teraz mam inne marzenia, a pisanie je umożliwia. Na przykład jeżdżenie po świecie. Poświęcanie czasu przyjaciołom, mojemu dziecku i tak dalej. Pracę przy filmach. Mogę żyć tak jak chcę i cieszyć się wolnością. Oczywiście, cieszyć się po swojemu, na smutno. Tę radość mam dzięki pisaniu.
Paulina: Czy w tym roku będzie Cię można gdzieś spotkać? Targi, festiwale, konwenty, spotkania autorskie?
Łukasz: Mieszkam za granicą, trudno mi operować konkretami. Na pewno będę na poznańskim Pyrkonie, potem w lipcu, we Wrocławiu. Jesienią będzie premiera nowej książki, to będę musiał przylecieć do Polski. Nad oficjalne spotkania przekładam te kameralne, przy piwku. Także zapraszam do stolika.
Paulina: Chętnie skorzystam ;) Skoro mieszkasz za granicą, to dlaczego publikujesz w Polsce?
Łukasz: Bo uprawiam literaturę w języku polskim? Nie znam żadnego języka na tyle dobrze, by wyrażać się w nim w literacki sposób. Nawet wciąż uczę się polszczyzny! Próbuję jakoś przyspieszyć, ponaglić kwestie moich tłumaczeń. Teraz ukaże się opowiadanie w Stanach, na łamach jakiegoś magazynu. Powinienem pogonić tłumaczy, nawiązać jakieś kontakty, coś w tym kierunku. Nie umiem. Nie potrafię sterować własną karierą. W skrzynce pocztowej mam prawie 3500 nie przeczytanych maili. Cud, ze nie umarłem z głodu.
Paulina: Czy przeżyłeś kiedyś coś takiego, co nadawałoby się na powieść?
Łukasz: Przez pięć lat żyłem jak w „Las Vegas Parano”. Byłem robotnikiem w Bostonie. Mieszkałem w nawiedzonym mieszkaniu. Zjechałem pół świata. Moi najbliżsi widzieli demony. Mówiły do mnie drzewa. Sny zsyła mi sam Aleister Crowley. Mam też gadającego kota. Jestem generatorem nieszczęść. Tak, moje życie nadaje się na powieść.
Paulina: Palisz coś, kiedy mówią do Ciebie drzewa? ;)
Łukasz: Lucky strike, jeśli dobrze pamiętam.
Paulina: Nie uważasz, że pisarz, tworzący nowe rzeczywistości, powinien mieć w sobie coś z wariata? Realizm, racjonalizm mogą tylko przeszkodzić w fantazjowaniu.
Łukasz: Tu jest prawdziwy szkopuł. Jak pisał Nietzsche, każdy rozsądek ma w sobie odrobinę szaleństwa, ale i w szaleństwie tkwi szczypta rozsądku. Nie mogę mówić za innych artystów. Wolno mi tylko za siebie. Więc, w mojej skromnej opinii pisarz powinien być twardym realistą i swawolnym dyziem, rzeczowym nudziarzem i kompletnym szaleńcem, rozrzutnym liczykrupą, honorowym kłamcą i prawym skurwielem. Dorzucę tu jeszcze ponuraka z ujmującym poczuciem humoru. Mniej więcej, wyposażony w ten komplet cech powinien do czegoś dojść, jak sądzę.
Paulina: Na koniec poproszę o maksymę, złotą myśl albo orędzie do czytelników. Czym w życiu kieruje się Łukasz Orbitowski i o czym marzy?

Łukasz: Chciałbym czynić jak najmniej zła i jak najwięcej dobra. Poza tym pragnę być bogatym człowiekiem. To wszystko. 
Paulina: Dziękuję za rozmowę.


* wszystkie zdjęcia Łukasza są własnością ich autora, Jarosława Urbaniuka


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz