Ocalony, James Herbert


"Duchy mogą być przywiązane do ziemi, aby dokonać zemsty"


Wczoraj minęła pierwsza rocznica śmierci Jamesa Herberta, brytyjskiego mistrza grozy. Aby uhonorować pamięć o autorze licznych horrorów, które w Polsce ukazywały się głównie dzięki wydawnictwu Amber (a od niedawna niektóre tytuły są wznawiane nakładem Książnicy), chcę Wam opowiedzieć o "Ocalonym" - książce, o której gdzieś przeczytałam, że jest "zgniłym jajem w dorobku Jamesa Herberta".

Zacznijmy od tego, że James Herbert wybitnym pisarzem nie był, ale był wybitnym grozopiewcą. Jego horrory są raczej... lekkimi wariacjami na temat utartych motywów, nieco wtórne, z trywialnymi wątkami i niewielkim napięciem. Niemniej jego powieści można już zaliczyć do klasyki, gdyż niejeden adept grozy zaczytywał się za młodu w tych niewielkich książeczkach, po których obecnie został sentyment sprawiający, że wybacza się autorowi znacznie więcej i z nieco większą pobłażliwością się go ocenia. Ja osobiście nie jestem wielkim znawcą prozy Herberta, ale mimo to lubię go; nieco kojarzy mi się z Koontzem - Koontz również jest raczej średnim autorem, a jednak potrafi wzbudzić sympatię i sprawić, że nawet najsłabsze jego książki (oj, Koontz ma wiele "zgniłych jaj" w swoim dorobku) zyskują czytelników, pomimo kiepskich recenzji. Oto moc legendy.

Zwróćcie uwagę na chwytliwy slogan. Ach, Amber.

"Ocalony" to lekki dreszczowiec. Zaczyna się po "hitchcockowsku" - trzęsieniem ziemi, a dokładnie - katastrofą lotniczą - ale potem napięcie zamiast rosnąć, spada, by wznieść się odrobinę pod koniec. Herbert nawrzucał do swojej opowieści wielu bohaterów (i niemal każdy z nich bardzo źle kończy - oto, czym grozi angaż w jego powieści), przez co nie jest nudno, choć nie ukrywam, że kolejny niesamowicie dokładny opis życia osoby, którą i tak za moment czeka śmierć, wywoływał u mnie małą irytację. Ale może od początku.


"Ocalony" w 1981 roku został zekranizowany
 (reż. David Hemmings)
Za kościołem, na łące, rozbija się samolot. Katastrofa kosztowała życie ponad 300 osób - z wyjątkiem jednej. Keller, drugi pilot pechowego Jumbo Jeta, jako jedyny wyszedł z wypadku bez szwanku. Nawet psychikę ma nienadszarpniętą. Ale do czasu, gdyż nagła śmierć tak wielu dusz może wywołać bunt w zaświatach, a kiedy jest się już Po Tamtej Stronie i nie ma się już nic do stracenia, to granica rozdzielająca dobro i zło całkowicie przestaje istnieć. A każdy dzieciak wie, że nie ma nic gorszego, niż wkurzony duch...
Tuż po wypadku zaczynają dziać się rzeczy, o których nie śniło się nawet najstarszym mieszkańcom Eton. Młoda dziewczyna wpada w histerię, ksiądz ma załamanie nerwowe, pewne konserwatywne małżeństwo wyskakuje z okna, a gruby dzieciak popełnia samobójstwo. Tak to wygląda z zewnątrz, ale czytelnik, który może towarzyszyć tym nieszczęśnikom w drodze na śmierć, wie, że to mściwe duchy stoją za tym wszystkim. I Keller, jako jedyny ocalały z katastrofy, to też jedyny człowiek, który może zapobiec potencjalnej apokalipsie (no, przesadzam, o apokalipsie nie było mowy, ale chciałam dodać więcej dramatyzmu).
Nie wnikając już bardziej w fabułę mogę Wam powiedzieć dwie rzeczy. Po pierwsze - "Ocalony" nie jest może zgniłym jajem, ale nie jest też pierwszej świeżości. To naprawdę 'lajtowa' lektura, która Was zanadto nie przestraszy. Ale! Nie sprawi też, że z nudów zaczniecie sobie wbijać szpilki w powieki, by nie zasnąć. I, muszę przyznać, zakończenie było naprawdę niekiepskie. Po drugie, od horrorów lat 70 nie można wymagać zbyt wiele. Niemniej te wydawnictwa mają już pewną markę, i choćby nie wiem jak były słabe, to wciąż obleka je pewna wartość. Chociażby sentymentalna.

Tak, rok temu zmarł James Herbert. Do dnia swojej śmierci w wieku 69 lat, 20.03.2013 roku, wydał 23 powieści. Nie pisał wybitnie, ale pisał dla naszej rozrywki. Pod tym względem nawet i "Ocalony" daje radę. Dzisiaj wiele można autorowi wybaczyć. Zatem ja, dzisiaj, z czystej przekory - polecam. :) 


James Herbert

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz