Najpiękniejsza dziewczyna w mieście, Charles Bukowski



"kelner poszedł do męskiej toalety. niektórzy faceci spijają całą śmietanę. kelner był pisarzem. miał walizkę pełną rękopisów. 4 powieści. 40 opowiadań. 500 wierszy. nic niewydane. przegniły świat. nie potrafią się poznać na prawdziwym talencie. udupiają utalentowanych ludzi. trzeba mieć dojście, tylko o to chodzi. przegniły dupodajny świat. cały dzień obsługiwać klientów.

wyjął kutasa, włożył go do umywalki i spryskał zimną wodą"



Charles Bukowski, ikona popkultury, skandalista, awanturnik i pijaczyna nieformalnie zaliczany do pokolenia beatników. Wielokrotnie cytowany, dzięki czemu szerzej kojarzony jest jako cyniczny outsider o ciętym języku, w stu procentach pasujący do stereotypu zapijaczonego, biednego pisarza żyjącego w nędzy i wiecznie walczącym z nieprzychylną mu Weną.

Nie znałam jego dzieł, choć doskonale znajoma mi była jego twarz, a kilka jego pikantnych odzywek znałam na pamięć. Uznałam, że czas najwyższy poznać pióro tego sławnego, amerykańskiego poety i prozaika, wszak nigdy nie kryłam się z moją słabością do popkultury i kiczu. Pora zmierzyć się z ikoną i wyrobić własną opinię. Wzięłam do ręki "Najpiękniejszą dziewczynę w mieście", która właśnie została wznowiona w rewelacyjnej oprawie graficznej przez wydawnictwo Noir sur Blanc, i z wielkimi obawami zaczęłam czytać.

"Najpiękniejsza dziewczyna w mieście" to zbiór trzydziestu krótkich opowiadań pisanych w pierwszej osobie, zatem nietrudno dopatrywać się tutaj elementów autobiograficznych, choć narrator ma na imię Hank. I te, choć wcale dobrze nie świadczą o autorze, należy oceniać na podstawie ich wartości literackiej, nie zaś przez pryzmat osoby autora. I ufff, bo o wiele lepiej się czyta fikcję, nawet, jeśli to niezupełnie fikcja. Tytułowe opowiadanie mnie zupełnie nie zafascynowało, wręcz przeciwnie - poczułam się gorzko rozczarowana i doprawdy nie mogłam pojąć, o co tyle szumu. Może za szybko się skończyła? Może była za krótka? Dopiero kolejne opowiadanie sprawiło, że dałam Bukowskiemu kredyt zaufania. I powoli, bardzo powoli, zaczęłam przenikać do tej prozy i zrozumiałam, jak ją należy czytać.

Otóż Bukowski w pojedynkę jest słaby. Jeśli nie poznasz jego poczucia humoru i nie nauczysz się rozpoznawać tej specyficznej, zgorzkniałej wrażliwości, każde opowiadanie wyda Ci się pozbawione sensu. Każda kolejna historia przybliża Ci osobę autora i sprawia, że opuszczasz gardę i pozwalasz Bukowskiemu na bezceremonialne wejście ci do głowy. W momencie, gdy zaczynasz rozumieć jak on, widzieć jak on, czuć jak on - wówczas przeżywasz opisane anegdoty w sposób czysty, nieskalany narzuconą moralnością i wzorcem zachowań. Nie oceniasz. Przestajesz się dziwić. Żadne słowa nie są w stanie cię zranić, bo sam je wypowiadasz. Przesiąkasz fatalizmem autora i potrafisz wydobyć z wiadra cynizmu tę jedną, najcenniejszą kroplę - przejaw emocji. Rozbłysk światła. Iskierkę nadziei.

Opowiadania są zarówno różne, jak i zupełnie takie same. Mamy historie, które przywodzą innych autorów, pewnie niesłuszna nadinterpretacja, ale jednak (jak choćby skojarzenie z "The Shrinking Man" Richarda Mathesona w opowiadaniu "Piętnaście centymetrów"). Są historie o wyścigach konnych, prostytutkach, typach spod ciemnej gwiazdy. Są wulgarne, a interpunkcja rubasznie poczyna sobie tak, jak chce - albo jej zupełnie brakuje, albo poszczególne znaki postawiono na chybił-trafił. To z kolei przywodzi na myśl Cormaca McCarthy'ego, choć... cóż, panowie poza tym nie mają absolutnie niczego wspólnego.
"Poszedłem do klopa i zwaliłem pięknego piwokloca. Potem położyłem się do łóżka, wytrzepałem kapucyna i zasnąłem" ("Narodziny, żywot i upadek gazety podziemnej")
Historie Bukowskiego są mocno... fizjologiczne. Wielokrotnie największym zmartwieniem naszego narratora jest to, czy uda mu się wysrać. Inne zmartwienia to fakt, czy dziwka, którą ma zamiar zaliczyć, jest choćby na tyle względna, by nie musiała zakładać papierowej torby na głowę. Jeśli nie czytasz między wierszami, dostajesz właśnie to: fizjologię, prymitywizm i kwintesencję tandety. 

Kiedy po przeczytaniu całego tomu powróciłam do pierwszego, tytułowego opowiadania, zdawało mi się, że ktoś je w międzyczasie podmienił. Zupełnie inaczej je rozumiałam, zupełnie inaczej je odebrałam. Zaznajomiona już z Bukowskim, który przestał być obcym, starym oblechem, a stał się dobrym kumplem, u którego pomimo dzikiej maniery i bezpruderyjnego chamstwa można dojrzeć smutek w oczach, rozczarowanie światem i sobą samym, pragnienie odparcia żalu swoistą mieszaniną cynizmu i arogancji. Człowieka, który w taki właśnie sposób radził sobie ze swoją nadmierną wrażliwością. W sposób jedyny, jaki znał. Jego proza była murem obronnym, fasadą, za którą krył się niesamowicie wątły i kruchy mężczyzna, łaknący uznania, miłości, splendoru i sławy. Jego własne ambicje sprawiły, że stał się zgorzkniałym królem kolokwializmów.


Charles Bukowski być może nie miał talentu. Może jego brak próbował zatuszować ciętym językiem i łamaniem tabu? Może balansowanie na granicy dobrego smaku i poprawności politycznej było sposobem na zrekompensowanie bolesnych niedociągnięć warsztatowych? Może Bukowski wcale nie umiał pisać, a skandalem zapewnił sobie sławę? Nie byłby przecież jedyny - wielu celebrytów, znanych z tego, że są znani, właśnie tak na siebie pracuje. Wywołanie oburzenia i łamanie tabu mogłoby być doskonałą zasłoną dymną, która skutecznie odwróciłaby wzrok rozsądnych czytelników od kiepskiej literatury, a szum medialny dokończyłby dzieła. Wszak nie jest ważne, co mówią, byle by mówili - a przy takim podejściu nawet negatywne opinie krytyków działałyby paradoksalnie na korzyść autora. Prostacki język, wulgarne słownictwo, banalne fabuły i chamski, niekiedy seksistowski ton wypowiedzi powinny z góry skazać Bukowskiego na porażkę. I skazały. Ale jednocześnie świat go pokochał. Żyjemy w doprawdy pokręconych czasach.

Miałam pisać o "Najpiękniejszej dziewczynie w mieście" przez pryzmat samej treści, a i tak skupiłam się na autorze. Inaczej się, moi drodzy, nie da. Proza Bukowskiego to Bukowski, a Bukowski jest prozą. To nieodłączne elementy tak pewne i tak nierozerwalne, jak piekło i niebo, światło i ciemność, ciepło i zimno. Jedno bez drugiego nie istnieje. Tą prozą Charles Bukowski zapewnił sobie byt, niekoniecznie ten materialny, ale ten wykraczający poza przyziemne pojmowanie - wieczność w kanonie, obecność w księgach, które pozostały nawet wtedy, kiedy jego już dawno zeżarły robaki. Mimo tego, iż "Najpiękniejsza dziewczyna w mieście" ostatecznie jawi mi się jako twór dobry, ciekawy przez pryzmat autora, intrygujący - to jednak nie jestem przekonana, do którego obozu się zaliczam: czy do fanów, czy do wrogów Bukowskiego. Chyba po jednej antologii trudno to stwierdzić, a może nigdy się tego nie dowiem? Może Bukowski taki właśnie jest - człowiek tyka go patykiem, z daleka, szturcha, bo ciekawy, ale... na zbytnią zażyłość nie ma odwagi. Myślę bowiem, że Bukowski zagadałby mnie na śmierć, a zbytnie wgłębianie się w jego prozę mogłoby zabić we mnie te resztki optymizmu i romantyczności, które posiadam. Opowiadania te są niezwykle sugestywne i, mówiąc bardzo kolokwialnie, ryją banię. Sprawiają, że zaczyna się poddawać w wątpliwość pewne sprawy, że zaczyna się przewartościowywać dotychczasowe wartości. Słaba psychika plus Charles Bukowski mogą zatem dać wynik zgoła niefortunny. Mam jednak nadzieję, że Bukowski trafił do swojego nieba, pali fajki i pije whisky podczas nieustannego pieprzenia najpiękniejszych dziewcząt w zaświatach.

The Most Beautiful Woman in Town
tłum. Robert Sudół
Noir sur Blanc 2014



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz