Przedpremierowo: Opowiem ci mroczną historię, Stefan Darda


Jakby co, to udanej nocy wam życzę.
(„Kryzys wieku średniego”)

Sześć lat po premierze debiutanckiego „Domu na wyrębach”, pierwszej z pięciu (jak dotąd) powieści grozy Stefana Dardy, wielbiciele krótkich form prozatorskich wreszcie dostają Stefana Dardę w plasterkach. I nie tylko oni, gdyż kto raz wetknął głowę do światów przedstawionych przez naszego najwybitniejszego twórcę grozy, ten nie odpuści sobie ani słówka, ani sylaby, ani najmniejszego przecinka przezeń postawionego. I choć, jak dotąd, Darda szerzej znany był jako artysta pełnometrażowy (czy może lepiej: pełnopowieściowy), tak teraz pokazuje nam się z tej nieco oszczędniejszej strony. Oszczędniejszej nie znaczy wcale uboższej, limit znaków nie idzie tu w parze ze spadkiem jakości. Bynajmniej. To nie lada sztuka zawrzeć w ograniczonej liczbie słów te same emocje, które można z teoretyczną łatwością uwić w powieści.

„Opowiem ci mroczną historię” to zbiór dziewięciu opowiadań, dziewięciu historii, zespawanych tytułowym mrokiem. Darda sięga do wora najbardziej podstawowych, atawistycznych strachów, które doprawdy mogą Was zadziwić, bowiem jeśli zjawiają się istoty z Drugiej Strony, to tylko w roli posłańców. Duchy, wampiry, mary – one pośredniczą w przekazaniu Bardzo Ważnej Wiadomości. Jakiej? O tym za chwilę.

fot. Piotr Dutko
Stefan Darda wylewnie wita czytelników z otwartymi rękoma w Przedmowie, tłumacząc pobudki, którymi się kierował podczas sześciu lat tworzenia zbioru. Opowieści, ułożone chronologicznie (z wyjątkiem jednej), stanowią również doskonały przykład tego, jak warsztat pisarza zmienia się przez lata. Powiem szczerze, że nie widzę znaczących zmian, Darda pisać potrafi i basta. Niemniej jest to zdecydowanie warte uwagi, bowiem śledząc fabuły kolejnych opowieści możemy także próbować się domyślać, co w życiu autora się zmieniło i jak rozkwit kariery wpływa na jego spojrzenie w tę nieco – parafrazując kultową pieśń Monty Pythona -mroczniejszą stronę życia. Im dalej w las, tym mniej zaświatów, a więcej doczesności, więcej człowieka. Niezwykle trudno jest napisać przejmujący traktat o złu, czającym się w nas wszystkich; znacznie łatwiej jest zwalić wszelkie okropieństwa na Bogu ducha winne zmory. Wszakże demonizując noc często zapominamy o tym, że ona jest jedynie nocą – to, co sprawia, iż się jej lękamy, znajduje się w nas samych.

Po Przedmowie przychodzi czas na pierwsze opowiadanie zbioru, dedykowane Wojtkowi Bellonowi. Przemiła dedykacja, wywołująca wyrzut sumienia, bo o ile piosenki Wojtka Bellona śpiewało się do zdarcia gardła na ogniskach, tak o nim samym już pamięć zaginęła. „Ostatni telefon” to opowieść smutna, refleksyjna, traktująca o demonach tkwiących w nas samych. Zwraca także uwagę na ogromną siłę (auto)sugestii. Przekona się o tym nasz bohater, radiowiec, gdy pewna kobieta popełni samobójstwo podczas rozmowy „na żywo” ze studiem. Zrazu irytujące i dość nieprawdopodobne zdarzenie wpłynie destrukcyjnie na bohatera, pogrążającego się mimowolnie w tej samej depresji, którą tak lekkomyślnie zlekceważył. Otwarte zakończenie sugeruje pesymistyczny obrót akcji, aczkolwiek jest to kwestia dość subiektywna; sądzę, że tym zakończeniem Darda bawi się z czytelnikiem w psychologiczną grę „Szklanka w połowie pełna, czy w połowie pusta”. Nie zdajemy sobie sprawy, jak wielką ponosimy odpowiedzialność za czyny swoje i innych, że człowiek, jako istota stadna, swoimi czynami chcąc nie chcąc wpływa na innych ludzi, a jego pycha i ignorancja mogą złamać komuś życie. Zresztą… również dobrodziejstwo, z pozoru wydające się niczym podanie ręki przez nieznajomego podczas upadku z urwiska, może okazać się przekleństwem. O tym opowiada kolejny tekst. „Dwie dychy na gwiazdkę” skojarzył mi się z „Pętlą” Marka Hłaski, a jednocześnie wydaje się być wynikiem sadystycznych upodobań Autora. Bo jak inaczej niż sadyzmem nazwać fakt, iż złamanemu życiem bezdomnemu wetknął do ręki kawałek nieba po to, by tenże bezdomny zrozumiał, iż nie potrafi latać? Upadek na dno po tym, jak na moment się powstało, boli chyba znacznie bardziej. Nałóg bywa silniejszy, jest jak rzep, jak plama, której nie da się wywabić. Stefan Darda wiarygodnie ulepił zarówno swego bohatera – bezimiennego, bezdomnego hazardzistę – jak i jego demony. Tu znów mamy lekkie muśnięcie z zaświatów i pełnię namacalnej, ludzkiej grozy. Nieco więcej tego pierwszego znajdziemy jednak w kolejnym opowiadaniu, acz i ono ociera się o tak dobrze znane nam problemy. „Retrowizje” mogłabym określić cytatem z Nietzschego, „Kiedy spoglądasz w otchłań, ona również patrzy na ciebie”. Same retrowizje, wymysł Autora, zdają się być niespełnionym marzeniem antagonistów antyutopii Orwella. Doskonale poprowadzona fabuła uczy o przyjaźni, o miłości, ale także stawia czytelnika przed dylematem moralnym i jednocześnie ukazuje luki systemu sądownictwa i ludzi, których pragnienie sprawiedliwości wymyka się czasem prawdzie. Z pewnością sama chciałabym mieć taką umiejętność, jak Ewa, pod jednym tylko warunkiem – że nie miałby jej nikt poza mną.
Bohaterka opowiadania „Spójrz na to z drugiej strony” zapewne również nie pogardziłaby retrowizjami, ale nie można mieć wszystkiego – telepatia bliźniąt to wystarczający superpower. To jedna z najlepszych historii zbioru, z przepięknym, niesamowicie godzącym czytelnika w samo serce zaskakującym twistem. Ponoć z każdej sytuacji należy wyciągać wnioski, w szczególności te optymistyczne. Nawet, kiedy wariatka z kataną każe ci podjąć niemożliwą do podjęcia decyzję. Dobra strona? Nauka, z której płynie prawda stara jak świat, o jakiej pisał sam Mickiewicz – doceniaj to, co masz, teraz, a nie dopiero wtedy, kiedy to utracisz.  
Kolejne opowiadanie, „Kryzys wieku średniego” to przepiękna, ironiczna miniatura, opowiadająca o ostatnim psikusie japiszona, egotycznego karierowicza, próżnego pyszałka. Czy zastanawialiście się kiedyś, po co somnambulicy lunatykują? Kto nimi kieruje? Tutaj węszę dobry temat na naprawdę długą i mroczną historię…
Tytułowe opowiadanie zbioru nie skupia się wcale na żywych trupach, choć z pozoru tak się może wydawać. Główny bohater „Opowiem ci mroczną historię”, redaktor pisma traktującego o zjawiskach paranormalnych, sam się zresztą przekona, że to nie o ten trupi odór wcale chodzi. I nie chodzi również o obojętność wobec starców czy o opiekę z zaświatów, która może być zarówno zbawieniem, jak i przekleństwem. Darda cudownie zarysował elementy zmysłowe, zwłaszcza zapachy, i stworzył niezwykle nostalgiczną, smutną opowieść. Mam tylko nadzieję, że sam nie posłucha rady Adolfa Krawczyka.
Rowerzysta” przywodzi na myśl karmę i w pewien sposób przypomina „Ostatni telefon”. Ponownie mamy tu obraz nakręcającej się psychozy i obraz swoistej zemsty. W tym krótkim utworze Autor rozprawia się z samozwańczymi „wipami”, którzy nie liczą się z nikim i niczym, prócz samych siebie. Podobało mi się ukazanie tego, jak cwaniakowaty i egocentryczny dupek przewartościowuje swoje życie. Cieszę się, że Autor go tak sponiewierał; należało mu się. Tu również elementy paranormalne są jedynie delikatnie zarysowane, just to prove a point. Gdzieś ostatnio przeczytałam, że dusza trzyma się ciała do 11 dni po śmierci, więc może nie ma tych wymyślnych elementów wcale? Natomiast kolejny tekst już nieco bardziej zaspokoi apetyty żądnych potworów Czytelników. „Nika” ukazuje zdumiewający kunszt, dzięki któremu tak wiarygodnie udało się Autorowi wcielić w jedenastoletniego chłopca. Zaczerpnął przy tym z pokaźnego wiadra wierzeń ludowych, by je przekształcić po swojemu, tworząc jedyną w swoim rodzaju wampiryczną wariację. Krwiopijców w takim wydaniu chętnie widziałabym w powieści, panie Stefanie.

Nie wiem, czy Darda zrobił to specjalnie, ale w myśl biblijnego przesłania, Ostatni będą pierwszymi, tak końcowa opowieść nosi tytuł „Pierwsza z kolei” (przypominam, iż pierwszą zatytułowano „Ostatni telefon”). I jest to zdecydowanie - moim zdaniem - opowiadanie najlepsze. To opis podróży pociągiem. Dwie, całkowicie obce sobie osoby, są zmuszone przebywać w swoim towarzystwie przez kilka godzin monotonnego „tu-tum, tu-tum”. Motyw ludzki, znajomy, sam w sobie niezwykle prawdziwy, ale co się dzieje w umysłach tych ludzi, to istny majstersztyk. Nie wiem tylko, czy słusznie „Szynszyl” skojarzył mi się z bohaterem „American Psycho”… Wszystko bowiem zaczyna się w głowie, a każda najmniejsza myśl, niczym kropla drążąca skałę, ma ogromną moc. Nie ma gorszego prania mózgu, niż to, które robimy sami sobie, czyż nie?

Grafikę na okładce, jak zwykle, stworzył Darek Kocurek

Większość zbiorów opowiadań bywa nierówna, składa się z lepszych i gorszych tekstów. W przypadku „Opowiem ci mroczną historię” ten truizm absolutnie nie ma racji bytu. Do każdego z tych opowiadań z pewnością powrócę, tym bardziej, że Posłowie, czytane przeze mnie na samym końcu, wyjawiło mi kilka prawd, które zechcę zweryfikować przy kolejnym czytaniu. Czytaniu nieco bolesnym, gdyż każde opowiadanie bezlitośnie odziera człowieka z jego ułomnego człowieczeństwa, ukazuje zło, podłość, zawiść i zwyczajną głupotę – cechy, które każdy z nas w sobie nosi. Jak pisałam na początku, potwory stanowią jedynie pośredników, przekazujących Bardzo Ważną Wiadomość, bo tak naprawdę w tym zbiorze to nie one przerażają. Darda je oswoił na tyle, by pomogły mu w objawieniu oczywistej oczywistości – że każdy z nas posiada mroczną stronę, pozwalającą na tworzenie naszych własnych, mrocznych historii. Lepiej dla nas i dla innych, by nie ujrzała ona światła dziennego. Zamiast zatem odzierać duszę z mroku, przeczytajcie o mroku innych. Chwytajcie za Dardę i… módlcie się, byście mieli siłę odegnać zło, gdy po Was przyjdzie.


premiera: 17.11.2014


Opowiem ci mroczną historię [Stefan Darda]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz