Marsjanin, Andy Weir


"Mam całkowicie przesrane. To moja przemyślana opinia. Przesrane."


Mark Watney jest jednym z szóstki astronautów eksplorujących Czerwoną Planetę. Każdy z uczestników wyprawy został starannie wybrany i wyszkolony przez NASA, by jak najlepiej wykonał swoje zadanie. Mark jest najniższy stopniem, jest inżynierem mechanikiem i botanikiem - każdy z członków ekspedycji ma dwie specjalności. Wizyta na Marsie ma trwać 31 solów (dób marsjańskich, o jakieś pół godziny dłuższych, niż ziemskie). A jednak, z powodu nieprzewidzianej burzy, akcja zostaje przerwana szóstego sola. Pięciu członkom załogi udaje się bezpiecznie ewakuować. Szósty, najpewniej martwy, zostaje na Marsie.
Tylko, że Mark nie umarł. 
Kiedy mężczyzna się ocknął, po MAVie pozostało wspomnienie. Uszkodzone anteny uniemożliwiają jakikolwiek kontakt z... kimkolwiek. I co ty na to, NASA? 
Mark rozpocznie rozpaczliwą walkę o przetrwanie na planecie, o której powiedzieć "nieprzyjazna człowiekowi", to powiedzieć zdecydowanie za mało. Sol po solu będzie kombinował, liczył, analizował i kontemplował swój los. Dzięki dziennikowi, prowadzonemu w miarę regularnie, nie tylko nie pozwoli sobie oszaleć - w końcu jest sam jeden na całej planecie - ale pozwoli również nam, Czytelnikom, przeżyć wraz z nim tę spektakularną, marsjańską przygodę.

Andy Weir to geniusz. Nie znam się na astronautyce, kosmologii, byłam kiepska z chemii. Choć jestem inżynierem, to jednak wątpię, by udało mi się przeżyć choć pół sola na Marsie. Ale, na szczęście, NASA na takie wycieczki nie wysyła ludzi ze średnim ilorazem inteligencji - Mark Watney ma łeb nie od parady i nie bez przyczyny znalazł się na liście eksploratorów. Tylko czy wystarczy mu sprytu, siły i, co najważniejsze, tych banalnych rzeczy jak powietrze i jedzenie, by przetrwać? 
Nie wnikam w to, czy cokolwiek w tej powieści jest możliwe. Podejrzewam jednak, że autor zrobił staranny research i porządnie przemyślał każde zdanie, które napisał, bo wydaje się naprawdę bardzo wiarygodne. Doskonale dopracowana fabuła pozwala przypuszczać, iż jest to (zapewne mocno uproszczony, ale jednak całkiem realny) scenariusz radzenia sobie w przypadku hipotetycznej katastrofy kosmicznej. Oto przewodnik, jak przetrwać na Marsie i nie oszaleć. Jeśli będziecie kiedyś się wybierali na Czerwoną Planetę, polecam zabrać ze sobą tę książkę. Misterne obliczenia, brawurowe konstrukcje i dawka wiedzy z niemal każdej dziedziny to nie tylko jedne z głównych elementów tej historii, ale - paradoksalnie - elementy wprowadzające nietypową grozę do historii, bowiem Markowi przyjdzie się zmierzyć ze sprawami kluczowymi do przetrwania - tak naturalnymi na Ziemi, a jednak nieistniejącymi gdzie indziej we Wszechświecie. Botanik będzie zmuszony wykorzystać to, co ma - sprzęt za miliardy dolarów - by choćby wyhodować ziemniaka. Na Marsie. Ha, ha. Chyba każdy potrafi dostrzec tę subtelną ironię, prawda? 
W tej powieści podoba mi się wszystko. Zarówno te rozważania naukowe Marka, który krok po kroku opisuje swoimi słowami skomplikowane reakcje chemiczne i metody, jakimi może je przeprowadzić w swoim Habie, a także wątki poboczne - nazwę je "ziemskimi". Wątek marsjański porusza do głębi pomimo, iż nie ma w nim prawie wcale elementów stricte poruszających - jeśli spodziewacie się rozważań filozoficznych, scen dramatycznych, nostalgicznych czy choćby sentymentalnych - zawiedziecie się. Mark to mega badass. Marsjański badass. Naukowiec, który nie marnuje czasu rozterkami egzystencjalnymi. To twardy facet z głową na karku i ważniejszymi problemami, niż tęsknota za domem. Andy Weir ukształtował arcyciekawego i wiarygodnego bohatera, którego nie sposób nie polubić - to własnie sympatia wywołuje efekt poruszenia, gdyż martwimy się losem Marka, choć on sam zdaje się po prostu robić swoje. I to robić swoje w specyficzny, mocno ironiczny sposób. Tylko facet z olbrzymim dystansem do siebie i do świata (dosłownie!) potrafiłby się nabijać z najtęższych głów NASA podczas przekazu na żywo. Zresztą Mark musi być sympatyczny, inaczej przecież żaden czytelnik nie poświęciłby swojego czasu na poznanie losów faceta, którego nie lubi. Sam autor, będąc ogromnym fanem wszystkich misji marsjańskich, wielbicielem fizyki teoretycznej i programistą, skrupulatnie zbadał każdą jedną kwestię, którą porusza w powieści. Wielu naukowców zresztą wypowiedziało się na temat "Marsjanina" twierdząc, że wszystko się zgadza, a wydarzenia, opisane z perspektywy marsjańskiego rozbitka, teoretycznie mogłyby się zdarzyć.
Powierzchnia Marsa 
(polskieradio.pl)
Wątek ziemski stanowi niejako przeciwwagę, gdyż opowiada historie znane nam z licznych filmów czy książek. Skrajna zachowawczość tęgich głów pracujących nad rozwiązaniem problemu, medialna sensacja, globalny strach o życie jednego człowieka - to wszystko doskonale przecież możemy sobie wyobrazić. Polityka, konwenanse, pozory - tymi ziemskimi problemami Mark nie będzie sobie zaprzątał głowy. I dobrze, bo i bez tego ma na niej całkiem sporo. Jeden rozwiązany problem będzie wiódł do kolejnego, a Marsjanin nie będzie miał lekko. Ale hej, czego jak czego, ale czasu to Markowi nie zabraknie...
Mamy zatem marsjańskiego rozbitka, który zamiast piłki futbolowej o imieniu Wilson ma dziennik. Prowadzi bardzo drobiazgową dokumentację każdego sola na Marsie, nie poświęcając zbyt wielu myśli rozterkom emocjonalnym. W kontraście mamy grupę bohaterów przebywających na Ziemi, dla których fakt, iż Mark przeżył na Marsie szóstego sola, jest kwestią co najmniej trudną. Cały świat patrzy im na ręce, cały świat czujnie obserwuje wszystko to, co dzieje się w NASA - przesiewanie informacji i ostrożne jej wydzielanie opinii publicznej okaże się równie trudne, jak rozbicie atomów wodoru na Marsie. Z trzeciej strony mamy pięciu, pozostałych przy życiu astronautów, przekonanych, że zostawili Marka na pewną śmierć... 
"Marsjanin" to poruszająca, choć przecież - dla laików - naszpikowana technologicznym nonsensem i naukowym bełkotem powieść. Powieść o świetnym facecie, który miał wyjątkowego, wręcz nieziemskiego pecha. Czyta się z zapartym tchem, niecierpliwie przerzucając strony i niemal pożerając tekst. To powieść, która wywołuje całe spektrum emocji - od niewysłowionej grozy, przez radość, smutek i rozbawienie. Powieść prawie jednego bohatera (wątek marsjański zdecydowanie przeważa), i naprawdę potrzeba nie lada rzemieślnika, by stworzyć postać, która podźwignie tak obszerną historię. Andy Weir jest takim rzemieślnikiem. Więcej - jest wirtuozem.


Okładka zwykle jest dla mnie kwestią drugo- albo nawet trzeciorzędną, ale w tym wypadku muszę pochwalić Wydawcę, a nawet mu podziękować, że zastosował oryginalną grafikę. To jedna z najlepszych okładek, jakie widziałam, a widziałam ich naprawdę sporo. Banalnie prosta grafika w tak niesamowicie skromny sposób nawiązuje do powieści, pozostawiając jednocześnie spore pole dla wyobraźni (okładka brytyjska jest totalnym przeciwieństwem okładki amerykańskiej - istne paskudztwo). A zatem książka poza cudowną treścią posiada jeszcze wyjątkowo piękną oprawę. Format nieco większy, niż tradycyjny, wygodna czcionka, przyjemna w dotyku okładka - nic, tylko kupować. 
Nie powiem Wam, czy Mark da radę, czy wróci na Ziemię, czy może znajdzie sobie jakąś Marsjańską bogini i będzie miał marsjańsko-ziemskie dzieci. Powiem tylko, że zakończenie powieści wyciska łzy z oczu. To jedna z najlepszych książek tego roku. 

"The Martian" 
Andy Weir
Wyd, Akurat 2014

Marsjanin [Andy Weir]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz