Lawirynt, Emil Marat


„Człowiek najczęściej myśli, że wszystkie złe rzeczy, które mu się przytrafiają, są wynikiem przypadku, niekontrolowanego zbiegu okoliczności, czyli pecha, a w rzeczywistości (nie wnikając w to, co słowo ‘rzeczywistość’ może oznaczać) gorliwie na nie zapracował, popełniając błędy lub – co częstsze i ważniejsze – pilnie próbując ich uniknąć”

Kamil Kott to ambitny, acz praworządny człowiek. Miota się w nim wiele demonów – chęć zysku, pragnienie sławy, a jednocześnie ślepa naiwność i stara, wręcz archaiczna wiara w uczciwość. To nietuzinkowa postać, która przecież – na świeczniku, w świecie wielkich układów i jeszcze większych biznesów – już dawno powinna utracić skrupuły i jakiekolwiek dobre intencje. Mimo to Kamil, o święta naiwności!, przez życie brnie z podniesioną głową i czystym sumieniem. Władca telewizji, były dziennikarz, najlepszy przyjaciel Mecenasa, rozwodnik z oazą na Mazurach, kot spadający zawsze na cztery łapy. Teraz przyjdzie mu zweryfikować swoje staroświeckie poglądy i zaryzykować wiele, bowiem trafi mu się prominentna, opłacalna posadka, zbyt piękna, by mogła być prawdziwa.
To Kamil Kott jest głównym bohaterem „Lawiryntu”, książki, którą mogę opisać jako thriller ekonomiczny. Ta opowieść, z gruntu zupełnie nie wpisująca się w ramy mojego czytelniczego gustu, zawładnęła mną całkowicie. I to nie tylko z powodu fabuły podejrzanie podobnej do głośnej afery sprzed niespełna kilku lat, ale przede wszystkim z powodu nienagannych umiejętności autora do gawędziarstwa. I to gawędziarstwa w wyśmienitym stylu.

Emil Marat
„Lawirynt” opowiada o perypetiach garści arcyciekawych bohaterów, którzy w jakiś sposób zostają związani z przedsiębiorstwem finansowym inwestującym w złoto i posiadającym, nomen omen, nowe, polskie linie lotnicze. Skojarzenie z Amber Gold nasuwa się samo, choć Emil Marat skwapliwie odcina się od całej afery i obiecuje, że podobieństwa do prawdziwych osób i zdarzeń są przypadkowe. Niezależnie od tego, czy autor jedynie zaczerpnął inspiracji ze znanej nam wszystkim piramidy finansowej, czy popełnił rzetelny, drobiazgowy reportaż opisujący kulisy jej powstania i upadku, książkę należy odczytywać jako fikcję literacką, nawet jeśli co kilka stron na ustach czytelnika pojawi się niewymuszony, porozumiewawczy uśmieszek. Jeśli to jest fikcja, to bardzo dobra. Jeśli to prawda, to… gratuluję porządnej, dziennikarskiej roboty.
„(…) wszyscy uczynili z lawirowania swoje główne zajęcie, ich praca to lawirowanie w gąszczu zakulisowych, cichych gier”
Abstrahując jednak od lawirowania pomiędzy prawdą a fałszem, „Lawirynt” to książka, od której absolutnie nie można się oderwać. Wiem, że brzmi to jak frazes i to niezupełnie prawdziwy w tym przypadku, bowiem jak można się zachwycić opowieścią składającą się w głównej mierze z analiz finansowych i rozważań natury ekonomicznej? Okazuje się, że można. Nieważny jest bowiem temat, ważna jest opowieść. Marat posiadł niezwykłą umiejętność opowiadania i pozwolę sobie nawet na stwierdzenie, iż prezentacja treści książki telefonicznej w jego wykonaniu byłaby fascynująca. Szukając słowa określającego język powieści do głowy przyszło mi jedno – błyskotliwy. Otóż to. „Lawirynt” jest napisany błyskotliwym językiem, i to on dźwiga na swoich barkach ciężar tej trudnej i skomplikowanej, wręcz brudnej historii o ogromnym przekręcie.
Marat do swojej opowieści zaprosił nie tylko dziennikarzy, prawników i rzeczników prasowych, ale także agentów ABW i członków subtelnej, ukraińskiej mafii. W efekcie „Lawirynt” to prawdziwy labirynt osób, zdarzeń i konsekwencji, brawurowo napisana historia, która istotnie mogłaby – lub mogła – się zdarzyć.
Kolejnym elementem wartym wspomnienia jest sama konstrukcja bohaterów książki. To drobiazgowo ulepione z literackiej gliny wiarygodne i interesujące postaci. Każdy, lawirujący po stronach tej powieści, został dopieszczony i dokończony – zarówno postaci pierwszoplanowe, jak i sporadycznie występujące. Ogromnie podobał mi się również sposób opisywania emocji – obrazowo, niezwykle sugestywnie, dobitnie. Nie jest przecież łatwo opisać strach, niepewność, złość – a Marat zrobił to tak, jakby ściągał niewidoczny pyłek z garnituru. Lekko, prawie mechanicznie, a przez to wiarygodnie i dosadnie. Miłość u Marata występuje w tej postaci, którą jako cynik toleruję – opisana po męsku, bez ckliwości, a jednak z pewną nostalgią i – co najważniejsze – z wyczuciem. Brak tu patosu, brak wyolbrzymiania, a równocześnie nic tu nie jest czarno-białe, ludzie nie są tylko dobrzy lub tylko źli, po „Lawiryncie” lawirują wszystkie odcienie szarości. Kolejny, wielgaśny plus dla Autora.
„Rzeczy uznawane za niemożliwe przestają takie być, gdy już się wydarzą”
„Lawirynt” to książka, która mogłaby być niemożebnie nudna, a jednak – paradoksalnie – jest książką niezwykłą. Trzymającą w napięciu, wciągającą, momentami sensacyjną i wypełnioną barwnymi postaciami – Emil Marat przemienił flaki z olejem w bukiet kwiatów, tworząc opowieść zdecydowanie wartą przeczytania i zadumy. To historia obrazująca kulisy systemu, mechanizmów rynku, manipulacji, ludzkiej naiwności i tego, co dzieje się tuż obok nas, a jednak nie mamy o tym bladego pojęcia. Jestem pod wrażeniem, wciąż urzeczona i wciąż zdziwiona, że ledwie otworzyłam pierwszą stronę, a już po chwili kończyłam czytać ostatnią. Dobra, mocna, męska rzecz. Polecam. 


Emil Marat
Lawirynt
Noir sur Blanc 2014


Lawirynt [Emil Marat]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz