Wirus, Guillermo del Toro, Chuck Hogan


"Noc jest prawdziwa. Nie jest chwilowym brakiem światła, lecz w rzeczywistości to dzień jest krótkim wytchnieniem od ciemności..."

Wampiry przeszły swoistą ewolucję. Od chudego, przerażającego Nosferatu, przez Salmę Hayek u Tarantina, do błyszczącego, metroseksualnego Edwarda ze “Zmierzchu”. Sama istota wampira jako krwiopijcy posiada całe spektrum interpretacji – wampir może być zarówno potworem w horrorze, jak i bohaterem filmu erotycznego. Jest w tym całym ssaniu krwi bowiem coś mistycznego, strasznego, seksualnego – i w zależności od fantazji jeden stwór może pełnić szereg funkcji, by za jego pośrednictwem przekazać jakąś ideę. Guilermo del Toro, znany filmowiec, twórca „Blade’a” i "Labiryntu Fauna", a także wielbiciel wampirów wespół z Chuckiem Hoganem stworzył powieść stanowiącą łącznik pomiędzy klasycznym, diablo przerażającym Drakulą a wampirem XXI wieku, mającym do dyspozycji innowacyjne metody kąsania i wysysania krwi oraz ogrom możliwości wynikających z postępu cywilizacyjnego i technologii. Wampiry Hogana i del Toro mają jednego, głównego sprzymierzeńca – a jest nim… rozwój nauki i, co za nią idzie, wrodzony sceptycyzm człowieka współczesnego. To właśnie dzięki temu racjonalnemu podejściu graniczącemu w tym wypadku z ignorancją ludzkość stanie u progu apokalipsy.
Jedna z licznych grafik
zamieszczonych w książce

Na lotnisku w Nowym Jorku ląduje samolot z Niemiec. Tuż po posadzeniu maszyny na ziemię piloci milkną, a wszystkie światła i sprzęty zostają wyłączone. Brak łączności z samolotem i obawa władz lotniska o bezpieczeństwo narodowe – wszak w samolocie może być bomba, terroryści lub broń biologiczna – sprawiają, że nim ktokolwiek spróbuje wejść na pokład, do akcji zostaje zaangażowany szef Centrum Zwalczania i Prewencji Chorób, Eph Goodweather. Mężczyzna, wraz ze swoją ekipą, odkryje, iż spośród 210 pasażerów lotu żyje tylko czworo, a pozostali wydają się uśpieni. Brak śladów walki czy paniki, spokojne twarze zmarłych i wreszcie brak jakichkolwiek podejrzanych substancji biologicznych stanowią zagadkę, którą Eph postanowi za wszelką cenę rozwikłać. Kolejne godziny sprawią jednak, że tajemnica samolotu-widmo stanie się jeszcze bardziej tajemnicza – zwłoki nie będą się normalnie rozkładać, w luku bagażowym zostanie odkryta dziwna trumna, a po pierwszej nocy trupy znikną z kostnic. Racjonalizm Goodweathera i jego naukowy sceptycyzm zostaną poddane prawdziwej próbie, gdy okaże się, że oto mają do czynienia z agresywnymi istotami ssącymi krew za pomocą długiej macki...

Tę wielowątkową historię dźwigają na barkach bohaterowie, których jest w „Wirusie” kilku. Mamy wspomnianego Epha, naukowca, wirusologa, sceptyka, obecnie przeżywającego własne, rodzinne dramaty. Mężczyzna jest w trakcie walki o opiekę nad nastoletnim synem, Zackiem. Osobiste perypetie muszą jednak zostać odsunięte na bok, gdyż wojna z pijącymi krew pradawnymi potworami i niechybna zagłada ludzkości zdają się priorytetem. Pomimo, że to Eph właśnie jest głównym bohaterem książki, nie odczułam z nim więzi – i to uważam za jedną z nielicznych wad książki. Goodweather wydał mi się miałki i niewiarygodny – rozumiem, że gdy się na własne oczy widzi spacerujące trupy i wysuwające się z ich martwych ust metrowe przyssawki, to można przewartościować swoje poglądy, ale wydało mi się, że jednak Eph zbyt szybko przyjął zaistniałą sytuację do wiadomości. Taki naukowiec troszkę dłużej powinien powątpiewać i poszukiwać racjonalnego wytłumaczenia, co mogłoby dodać nieco napięcia do historii. Zaplecze czy też bagaż doświadczeń mężczyzny również pozostawiają wiele do życzenia, przez co jego decyzje i zawziętość w walce nie przekonują. Pozostałym bohaterom również czegoś zabrakło. Nora, partnerka służbowa i – być może – życiowa Epha to całkowicie bezbarwna postać, istniejąca w książce tylko po to, by istnieć. Jedynie Setrakian, starszy człowiek prowadzący lombard i wielki znawca wampirów, zdaje się dopracowany – poświęcono mu bowiem odrębne rozdziały, zabierające nas do Treblinki i wcześniej, ukazujące rozwój postaci i tłumaczące jej pobudki. Inne postaci, jak niedoszłe nieboszczki z samolotu czy przypadkowe ofiary są równie dopracowane, choć przecież w głównej mierze są postaciami pobocznymi i epizodycznymi. Mam nadzieję, że kolejne tomy trylogii przyniosą lepsze rysy psychologiczne protagonistów. Główny antagonista z kolei jest tak enigmatyczny i tak przerażający, jak powinien być porządny szwarccharakter, ale o nim nie powiem nic więcej – ciekawych odsyłam do lektury.

Deficyty w kompozycji bohaterów zdecydowanie nadrabia akcja, która jest pełna napięcia, dramatyzmu i dynamizmu. Świetnie opisane wydarzenia, stopniowo narastająca atmosfera osaczenia i niepokoju, eskalacja zła wynagradzają sowicie – ten przecież bardzo subiektywny – niedosyt w odbiorze niektórych postaci. Fabuła rozpoczyna się pełnym tajemniczości wydarzeniem, a kończy niesamowicie dynamiczną konfrontacją dobra ze złem. I choć zakończenie nie jest jednoznaczne – w końcu pojawi się kontynuacja – to w pewien sposób jest na tyle satysfakcjonujące, że spokojnie można czekać na ciąg dalszy. Odrobinę jednak ten wspomniany finał mnie rozczarował - momentami zdawał się zbyt dynamiczny, zbyt pospieszny, zbyt skondensowany. Akcja rozkręcała się dość długo, dlatego zdawało się, że ostateczna rozgrywka będzie do niej wprost proporcjonalna, ale to całkowicie subiektywne odczucie i nie powinniście w ogóle brać tego pod uwagę. Ja jednak po zakończeniu, z wypiekami na twarzy i spoconymi z nerwów dłońmi, poczułam lekkie ukłucie zawodu, że „to już tyle”. Tym chętniej sięgnę zatem po kolejny tom.

„Wirus”, pierwsza część trylogii o wampirach, to rozbudowana opowieść polemizująca na temat tego, co by było, gdyby po Nowym Jorku zaczęli chodzić potomkowie Drakuli. Szczęśliwie nie są to obsypane brokatem dzieciaki z liceum, ale prawdziwe, blade jak sama śmierć potwory ze zdeformowanymi wnętrznościami i nieodpartym, wiecznym głodem krwi. Historia ta sięga daleko w czasie i przestrzeni, zahaczając o okres drugiej wojny światowej i obóz koncentracyjny w Treblince. To ciekawy akcent, gdyż del Toro i Hogan trzymają się ściśle faktów, opowiadając w powieści rozrywkowej o kwestiach trudnych, które zwykle są obce przeciętnemu Amerykaninowi. Dzięki temu „Wirus” jest nie tylko mocno rozbudowany fabularnie, ale posiada także małą wartość edukacyjną. Jednocześnie w opisie wydarzeń sporo uwagi poświęcają atakowi na World Trade Center, przez co uwspółcześniają powieść i przytwierdzają fabułę do ziemi, co jest szczególnie istotne w historiach tego typu. Im więcej szalonych pomysłów, niestworzonych potworów i katastrofalnych zdarzeń, tym stabilniej tło wydarzeń powinno być ugruntowane na płaszczyźnie najbliższej rzeczywistości. Dzięki solidnej konstrukcji realnego, namacalnego i znanego nam świata przedstawionego wszelkie elementy niesamowite zdają się bardziej wiarygodne, sprawiając, że cała powieść jawi się ciekawsza i możliwe jest jej przeżywanie. „Wirus” to bardzo dobry horror pełnymi garściami czerpiący z klasyki, pozwalający na rozsmakowanie się w oklepanym motywie, podanym w ciekawym, nieco odświeżonym wydaniu. Wszelkie wady, które wymieniłam powyżej, wynikają jedynie z faktu, iż kiedy masz za sobą naprawdę dobrą powieść, to bywasz czepialski i marudny – bo wiesz, że autorów stać na wiele. Dlatego zignorujcie moje malkontenckie uwagi i po prostu bierzcie się za czytanie. Fani horroru, oldskulowego motywu wampira i klasycznych, przepełnionych kiczem wątków ze starych filmów powinni być ukontentowani. Ja byłam i serdecznie polecam. 

Wirus
Guillermo del Toro & Chuck Hogan

Zysk i s-ka, imprint Chimaera 2014

Wirus [Guillermo delToro, Chuck Hogan]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz