Kości, Mark Billingham


"A pierwsze rysy, pęknięcia w najsłabszym punkcie już się pojawiły. Na razie cienkie jak włos, ale wkrótce zaczną się powiększać. On będzie je powiększać, gdy nadejdzie odpowiedni moment.
Słowem, spojrzeniem i wtykając w nie palec"



Mark Billingham to bestsellerowy brytyjski autor licznych thrillerów psychologicznych. Za postać Toma Thorne'a otrzymał nawet Nagrodę Sherlocka, moi drodzy Watsonowie. Gdy płodny autor zbiera nagrody jak wybitny grzybiarz prawdziwki, a niemal każda jego powieść zostaje okrzyknięta bestsellerem, to wiesz, że coś się dzieje. A jeśli już wcześniej miałeś do czynienia z jego książkami, to tym pewniej możesz sięgać po kolejne, pomimo że wydaje się, jakoby autor swoje książki produkował, a nie tworzył. Taki los literatury rozrywkowej - nie można wymagać od niej niczego więcej, poza wartością, nomen omen, rozrywkową.



Miałam już do czynienia z Markiem Billinghamem, dlatego wiedziałam, czego się mogę spodziewać. To zdolny autor tworzący dynamiczne czytadła - tak, czytadła, bowiem jak już wspomniałam, jego powieści tworzone są dla samej przyjemności czytania. Osobiście kojarzą mi się z mało znanymi filmami akcji, które nie prezentują sobą żadnej szczególnej wartości - gra aktorska taka sobie, fabuła taka sobie, ale te pościgi! te walki! Sceny, podczas których bohater gołymi rękami rozwala trzydziestu uzbrojonych przeciwników rekompensują mi wszystkie wady, bo świetnie się przy nich bawię. Dokładnie tak samo odbieram kryminalne powieści rozrywkowe. I przy "Kościach" naprawdę nieźle się bawiłam.

          Stuart Nicklin, odsiadujący wyrok kilkukrotnego dożywocia za liczne morderstwa, wyjawia personalia jednej ze swoich pierwszych ofiar. Gdy był nastolatkiem zabił kolegę z Domu Przypływów, swoistego poprawczaka umiejscowionego na niewielkiej, walijskiej wyspie, i pochował go na niej. Matka ofiary błaga o odnalezienie i odesłanie szczątków syna do domu, by mogła je pochować. Grupa ekspertów z inspektorem Tomem Thornem na czele wyrusza w podróż na wyspę Bardsey, podczas której Nicklin ma wskazać miejsce pochówku chłopca. Towarzyszą im dwaj klawisze i Batchelor - drugi więzień pełniący rolę świadka wyprawy. Tom nie może odegnać od siebie złego przeczucia, że w tej podróży chodzi o coś więcej...

         Tom Thorne, bohater całej serii książek ("Kości" to tom dwunasty serii), to dość enigmatyczny i całkiem skuteczny inspektor wydziału zabójstw w jednym z komisariatów kraju Jej Królewskiej Mości. Widać, że Billingham tworzy tę postać od jakiegoś już czasu, bowiem czytelnik dostaje gotowy produkt - bohatera z opracowaną już przeszłością i całym bagażem doświadczeń, najpewniej opisanym w poprzednich częściach cyklu. To tak, jak się czasem czujemy, gdy przyjaciel zapoznaje nas z kimś, kogo dobrze zna - dowcipkują sobie, opowiadają anegdotki, a ty stoisz jak cielę i głupawo się uśmiechasz. Podobnie jest z Tomem. Billingham zna go dość dobrze, zatem wielokrotnie napomyka o przeszłych wydarzeniach, przez co niezorientowany czytelnik może poczuć się głupawo. Jednocześnie te wtrącenia niebezpiecznie sugerują zakończenia wcześniejszych książek, co napawa mnie niesmakiem, bo nie znoszę spoilerów. Poza tym jednak nie mam uwag co do konstrukcji głównej postaci, zresztą wspomniane wtrącenia występują również w kryminalnych serialach telewizyjnych typu CSI czy Kości (zbieżność tytułów przypadkowa) - niby każdy odcinek zawiera się sam w sobie, a jednak pewne elementy z przeszłości bohaterów rzutują na ich teraźniejszość i nie da się opowiedzieć żadnej historii bez odnoszenia się do nich. Przy czym podkreślam, iż znajomość poprzednich tomów serii nie jest niezbędna do zrozumienia treści "Kości". 

David Morrissey jako Tom Thorne w brytyjskim serialu telewizyjnym "Thorne"

Mimo wszystko Tom to bohater, którego da się polubić, choć on sam jest mocno zdystansowany i skryty. Natomiast główny antagonista - Stuart Nicklin - przerażający seryjny morderca, jest już nieco dokładniej skomponowany, aczkolwiek jego postać pozostawia wiele do życzenia. To taka prawie doskonała kopia Hannibala Lectera (prawie!), który potrafił słowami skłonić więźnia z celi obok do połknięcia własnego języka. Nicklin nikogo nie zjadł, ale wykreowany został właśnie na wzór tego typu zabójcy idealnego, potrafiącego samymi słowami skłonić innych ludzi do potwornych czynów. Billingham stworzył odrażającego mordercę, manipulatora, niezwykle inteligentnego drapieżnika, który jednak nie grzeszy oryginalnością, wręcz wydaje się kalką, jakby był sklejonym z kilku słynnych seryjniaków klonem, pozbawionym tego "czegoś", co nadałoby mu charakter, odrębność. Niemniej wykonuje swoje zadanie przyzwoicie - jest enigmatyczny, dość przerażający i nieprzewidywalny. To dobry szwarccharakter, który może zauroczyć przede wszystkim mniej zaawansowanych w thrillerach czytelników. 
       
Wyspa Bardsey, miejsce akcji powieści
        Szalenie podoba mi się miejsce akcji. Niemal bezludna wyspa z długą, tajemniczą historią i mnóstwem legend to doskonały środek do stworzenia wyjątkowej aury powieści. Surowy klimat i specyficzna, wyjątkowa przyroda to dobre tło, potęgujące grozę - w końcu prawie pusta, chłodna wysepka otoczona ze wszech stron nieujarzmionym morzem, na którą można dostać się jedynie jedną łodzią, sama w sobie jest dość przerażająca, prawda? Opustoszałe domostwa, niegdyś zamieszkane, obecnie niszczejące pod wpływem bezlitosnych deszczy i wiatrów, brak prądu i mroczna tajemnica związana ze śmiercią nastoletniego chłopca to doskonały punkt wyjścia do mrożącej krew w żyłach historii. I jeszcze ten "martwy sezon"! Lubię taką atmosferę osaczenia, pustki i samotności, daje to niezwykłe pole manewru dla autora, który może sobie pofolgować przy kreowaniu warstwy psychologicznej postaci i napięcia.
To jest największy atut tej powieści, bo Billingham nie zmarnował potencjału kryjącego się w wybranym miejscu akcji.

          Sama fabuła nie jest szczególnie skomplikowana, wiele wątków można przewidzieć, ale mam wrażenie, że w tej książce nie przebieg wydarzeń jest najistotniejszy. Ta historia była maglowana już wielokrotnie przez wielu autorów i z wielu punktów widzenia, jest wtórna aż do bólu, ale mimo to czyta się ją z przyjemnością. Nie wiem, z czego to wynika - pewnie ze specyfiki tego typu literatury. Literatura rozrywkowa rządzi się własnymi prawami i można jej znacznie więcej wybaczyć. Ja lubię tego typu czytadła o maniakalnych i genialnych mordercach, dlatego podeszłam do książki ze znacznie większą pobłażliwością, niż do innych lektur. I dostałam to, co chciałam. Czyta się lekko i szybko, obrazowe opisy wciągają, zgrabne dialogi przekonują, a wszelkie wydarzenia przedstawiono bez zbędnego patosu. Nic, tylko wygodnie się ułożyć i leniwie przewracać strony.

Przy dobrej lekturze można zatem przymknąć oko na nielogiczność niektórych zachowań czy mało wiarygodne działania bohaterów, w tym pozostawiające wiele do życzenia zastosowane środki (nie)ostrożności. Ale co mi tam, macham ręką, bo i tak mi się podobało. Sympatia upiększa, prawda? Jeśli brzydki, pryszczaty grubasek zmienia się w naszego przyjaciela, szybko przestajemy dostrzegać jego wady, a on sam zdaje się nam znacznie ładniejszy, niż na początku znajomości. Tak to już jest, gdy do trzeźwej oceny dopuści się emocje. Dlatego pomimo kilku (mało zresztą istotnych w ogólnym rozrachunku) wad uważam, że "Kości" to dobra książka, której lektura sprawiła mi frajdę i pozwoliła na relaks. To niezobowiązująca intelektualnie rozrywka na dość wysokim poziomie. Jeśli to właśnie tego szukacie na coraz cieplejsze wiosenne wieczory, to serdecznie polecam. 


Kości
Mark Billingham
Cykl: Tom Thorne (tom 12)
Burda 2015

Kości [Mark Billingham]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz