Kulisy Polskiego Horroru. #26 Piotr Rozmus




Kolejnym gościem mojego regularnie nieregularnego cyklu Kulisy Polskiego Horroru jest Piotr Rozmus, charyzmatyczny pisarz ze Szczecinka. 


Piotr nie jest typem showmana, raczej po cichutko sobie skrobie gdzieś tam z boczku powieść po powieści - na koncie ma już dwie. Obie książki, zarówno debiutancka "Bestia" jak i "Kompleks Boga", zostały wydane przez Videograf II - wydawnictwo chociażby Stefana Dardy. Bardzo mnie ciekawiło, co Piotr ma do powiedzenia na temat swojej pracy, pisania i inspiracji, a także co zawdzięcza swojej żonie.
Zapraszam do przeczytania naszej rozmowy na fejsie!

Paulina Król: Kim jest Piotr Rozmus?
Piotr Rozmus: Człowiekiem poniekąd prowadzącym podwójne życie. Każde z moich wcieleń różni się diametralnie, choć funkcjonuje według stałego harmonogramu. Dwa tygodnie spędzam na statku i dwa w domu. Na lądzie jestem autorem dwóch powieści, któremu udało się spełnić wielkie marzenie. Zasiadam przed komputerem prawie każdego dnia i piszę tak długo, aż stwierdzę, że na dziś wystarczy. Jestem bardzo restrykcyjny w tej materii. Potem odchodzę od komputera i zajmuję się życiem rodzinnym i wszystkimi sprawami z nim związanymi.  Staram się też wygospodarować trochę czasu na trening siłowy i obowiązkową lekturę, bądź dobry film przed snem.
Na prom wchodzi alter ego Piotra Rozmusa, który na dwa tygodnie musi porzucić pasję i nawet zmienić swoją aparycję. Broda, którą noszę na lądzie znika praktycznie zaraz po wejściu na pokład. Praca w hotelarstwie rządzi się swoimi prawami, ale Ty to doskonale wiesz.
Od siedmiu lat jestem mężem pięknej kobiety i na dodatek mam to szczęście, że na statku pracujemy razem. Po powrocie do domu trudno mnie z niego wyciągnąć, bo przez dwa tygodnie tak zdążę się za nim stęsknić. Jestem strasznym domatorem. Uwielbiam poranki, kiedy zaraz po śniadaniu zasiadam do pisania, a Ola stawia przede mną kawę. I to chyba byłoby na tyle. Ktoś mógłby powiedzieć, że trochę nudnawe to moje życie... więc jestem nudnawym, ale bardzo  szczęśliwym człowiekiem...

Piotr z żoną Olą

PK:  Czy Twoja żona jest Twoją Tabithą, Twoim Pierwszym Czytelnikiem?
PR: Myślę, że można tak powiedzieć. Ola to moja Tabitha. Wyposażona w czerwony długopis jako pierwsza zapoznaje się z tekstem i nigdy nie ma oporów, aby go używać. W konsekwencji zazwyczaj dostaję skrypt poprawiony i pokreślony jakbym był mało zdolnym uczniem. Ale rola mojej żony jest bezcenna i „Kompleks Boga” zadedykowałem właśnie jej. Ola oferuje mi świeże spojrzenie na historię, spojrzenie z perspektywy, która z racji tego, że ja jestem jej autorem najzwyczajniej w świecie jest dla mnie nieosiągalna. Autor przesiąka swoją powieścią, zna ją na pamięć, często nie potrafi obiektywnie ocenić. Gdy ukończyłem „Kompleks...” ogólnie byłem zadowolony i nawet miałem poczucie dobrze wykonanej roboty, ale nie do końca pasował mi jeden z motywów. Wydawał mi się odrobinę naciągany, był jak plastikowe ogniowo w samym środku solidnego, żeliwnego łańcucha. Ciekawy byłem czy Ola też zwróci uwagę na ten element. Zwróciła i pomogła znaleźć rozwiązanie. Przegadaliśmy pół nocy, a już nazajutrz wprowadzałem poprawki, które wymagały przebudowy całej powieści.
Moja powieść, zanim trafi do rąk Czytelników, przechodzi przez dwa sita. Pierwszym jest właśnie Ola, a drugim moja redaktorka.

PK: A trzecim czytelnicy;) Kto z tej trójki jest najostrzejszym krytykiem?
PR: Ciężko powiedzieć, bo żadne tak naprawdę nie owija w bawełnę i jasno mówi mi o swoich odczuciach. (śmiech) Ale do tego ich potrzebuję. Nie chcę głaskania po głowie i informacji zwrotnej w stylu: „Ale świetna powieść. Czyta się rewelacyjnie. Nic nie zmieniaj”. Zawsze jest coś do poprawy i dopiero taki produkt, stanowiący nawet trzecią czy czwartą wersję pierwowzoru, na moje możliwości i na daną chwilę najlepszy, chcę oddać w ręce Czytelnika, który przecież ma prawo do swojej oceny. A jak wiemy o gustach się nie dyskutuje. Chociaż jeśli mam być całkowicie szczery, to zdarzają się uwagi, które w pewien sposób potrafią być irytujące. Dla mnie najważniejsza jest historia i sposób w jaki zostaje opowiedziana. Ostatnio w którejś z recenzji jakaś pani napisała, że przecież teorii osobowości nie ma na pierwszym roku psychologii, a w „Kompleksie Boga” pani psycholog wykłada ją właśnie początkującym studentom. Przy tym owa Czytelniczka bardzo chełpiła się swym spostrzeżeniem, które obrała raczej w mało przyjemne słowa. Prawdą jest, że ja jako student doradztwa psychospołecznego wspomniane teorie osobowości miałem już na pierwszym roku, a co ciekawe psychologia jeszcze do niedawna w ogóle nie widniała wśród kierunków Uniwersytetu Szczecińskiego, o czym ta pani najwyraźniej nie wiedziała. W moim odczuciu, o czym zresztą napisałem w podziękowaniach, autor ma prawo dla dobra opisywanej historii nagiąć pewne fakty czy szczegóły, bo tak naprawdę zawsze mamy do czynienia z literacką fikcją.
Krytyka i informacja zwrotna są niezwykle ważne, ale dobrze jest umiejętnie rozróżniać tę konstruktywną od destruktywnej i nauczyć się do tej ostatniej nie przykładać wagi.  Nie jest to sprawą łatwą. (śmiech)

PK: A skąd czerpiesz inspiracje do swoich powieści?
PR: Chyba nie będę zbyt oryginalny, jeśli powiem, że od najmłodszych lat zaczytywałem się w horrorach, thrillerach i fantasy. Przerabiałem wszystko, co wpadło mi w ręce, jednak szczególną miłością zapałałem do twórczości Stephena Kinga. Tak jak i w Twoim przypadku moje pisanie to poniekąd właśnie pokłosie jego twórczości. Złota era VHS też odbiła swoje piętno. Pamiętam jak biegałem do wypożyczalni i brałem nawet po kilka kaset jednego dnia.
W mojej głowie pojawia się jakiś pomysł, który zazwyczaj pielęgnuję w myślach przez jakiś czas, aż w końcu siadam i zaczynam pisać. Moja praca to kombinacja nieustannego planowania i pisania właśnie.
PK: To poproszę o rozwinięcie opisu Twojej pracy. Jak wygląda powstawanie powieści Piotra Rozmusa krok po kroku.
PR: „Bestia” powstała bardzo spontanicznie. Przed przystąpieniem do pisania nie szkicowałem planu i nie wiedziałem tak naprawdę jak dalej może potoczyć się historia, którą chcę opowiedzieć. Wielokrotnie cytowałem słowa Stephena Kinga i Ty jako jego fanka  zapewne już słyszałaś niejednokrotnie jak tłumaczył, że dla niego opowiedzenie historii przypomina nawijanie kłębka. Najpierw odnajduje swój koniec (lub początek sznurka) i zaczyna go zwijać nie wiedząc, co będzie dalej. Ze mną było bardzo podobnie. Pisanie „Bestii” zacząłem od sceny, w której młoda dziewczyna ucieka przed bliżej nieokreślonym złem przez zaśnieżony park, który ja, jako mieszkaniec Szczecinka, widziałem z okna swojego rodzinnego domu. Nie wiedziałem nawet, przed czym dokładnie będzie uciekać moja bohaterka, ale byłem pewien, że niestety jej się nie powiedzie. I to był mój koniec sznurka, który zacząłem nawijać, z każdym kolejnym centymetrem, metrem zagłębiając się bardziej w moją opowieść. Potem, mniej więcej w połowie, zaczął się trudny czas, kiedy wielość rozpoczętych wątków i motywów musiała zacząć się zazębiać. Wówczas zacząłem planować, szkicować i myśleć jak dalej potoczy się historia. Kłębek był już całkiem pokaźnych rozmiarów, ale zdarzały się supły i czasami trzeba było sznurek rozwijać, aby sobie z nimi poradzić i rozpocząć zwijanie na nowo.
„Kompleks Boga” powstawał w bardzo podobny sposób. Najpierw pojawił się pomysł i już następnego dnia przystępowałem do jego realizacji. Bez planu, bez szkicu. Ten nie do końca pojęty przeze mnie proces tworzenia zaczynał się w chwili, kiedy sadzałem tyłek na krześle i kładłem palce na klawiaturze komputera. I w którymś momencie znowu przychodził czas, kiedy dalsze planowanie i scalanie wątków stawało się konieczne.
W przypadku drugiej części „Bestii” dla odmiany zacząłem już od planu i przed przystąpieniem do pisania w głowie miałem co najmniej połowę opowieści. Niby fajnie było mieć ogólnie zarysowany plan i spoglądając na poszczególne myślniki wiedzieć, co będzie dalej, ale jak się potem okazało w praniu, często od niego odbiegałem tworząc coś zupełnie nowego.
Teraz wiem, że nie jestem w stanie szczegółowo zaplanować powieści. Nie można również opowiedzieć jej zupełnie spontanicznie. Tak, jak wspomniałem wcześniej, planowanie i pisanie w moim przypadku są ze sobą nierozłącznie związane.
PK: Widzę, że każdy znajduje własny sposób na pisanie ;) Od kiedy piszesz? Czy zawsze chciałeś to robić, czy po prostu któregoś dnia pomyślałeś i… bach, zacząłeś pisać?
PR: Zacząłem pisać swoje pierwsze historie już jako trzynastolatek, ale  tak „na poważnie” piszę od 2012 roku.  To wtedy właśnie zasiadłem do pisania „Bestii” i wszystko zaczęło się bardzo spontanicznie. Faktycznie było owe „bach” i po prostu zacząłem. Miałem trochę wolnego czasu, a leżący na biurku laptop wyglądał zachęcająco (śmiech). Tego dnia napisałem kilka stron, następnego również i kolejnego… Weszło mi to w krew i zacząłem tak ustawiać sobie harmonogram dnia, aby znaleźć odrobinę czasu na pisanie. Z czasem wiedziałem już, że zrobię wszystko aby powieść dokończyć, nawet jeśli na zawsze miałaby jedynie stanowić plik na twardym dysku mojego komputera. Chciałem zrobić to dla siebie, ponieważ marzyłem o tym już jako kilkunastoletni chłopak. Chciałem sprawdzić czy jestem w stanie tego dokonać, czy wystarczy umiejętności i co chyba jeszcze ważniejsze… wytrwałości.
PK: A dlaczego akurat horror?
Dwaj grozopiewcy Szczecinka
- Piotr Rozmus i Sebastian Sokołowski,
założyciel Okiem na Horror
PR: Bo właśnie w horrorach zaczytywałem się od najmłodszych lat i w mojej dziecięcej wyobraźni zaczęły kiełkować wizje, często mroczne, które śmielej  zacząłem przelewać na papier już jako dorosły mężczyzna (śmiech). Obecnie  nie skupiam się na tym, aby moje powieści koniecznie można było sklasyfikować jako horror. Tak naprawdę żadna z moich powieści nie jest stricte horrorem, a raczej mieszaniną kilku gatunków, które wrzucone do jednego kociołka w konsekwencji najbardziej przypominają thriller. Chciałbym pisać dobre historie, a  to czy będzie w nich więcej z thrillera, kryminału czy horroru nie jest już dla mnie aż tak istotne. Chociaż w II części „Bestii” najwięcej  będzie chyba tego ostatniego.
PK: A jak z czytaniem? Mamy Stephena Kinga, kto jeszcze? Kim się inspirujesz?
PR: Stephen King, Graham Masterton i Robert E. Howard towarzyszyli mi od najmłodszych lat. Gdy zacząłem dorastać czytałem już najróżniejszych autorów, ale raczej byłem wierny uwielbianym przeze mnie gatunkom. Potem fantasy zupełnie odeszło w zapomnienie na rzecz ogólnie pojętej literatury grozy.
Obecnie nie przywiązuję uwagi do nazwisk i czytam wszystko, co wpadnie mi w rękę i zainteresuje na tyle, że zabiorę książkę do domu. Uwielbiam przechadzać się pomiędzy półkami czy to w księgarni, czy bibliotece i pozwolić przypadkowi zdecydować o tym co tym razem poczytam przed snem. Ale oczywiście zdarza się, że poszukuję konkretnie jakiejś pozycji, o której dowiedziałem się z mediów.
Ostatnio jednak najczęściej czytuję thrillery i krwawe kryminały, horror zdarza się trochę rzadziej. Aktualnie przeżywam fascynację kryminałami Bernarda Miniera. Ogromne wrażenie wywarły na mnie również powieści Giorgio Falettiego „Ja zabijam” i „Prawda ukryta w oczach”. Najświeższa lektura z gatunku thrillera wyłowiona pomiędzy bibliotecznymi regałami to „Cień” Cody'ego McFadyena.
Tak naprawdę staram się czegoś nauczyć od każdego pisarza, który wywarze na mnie jakieś wrażenie.
PK: A masz jakąś jedną, najważniejszą w świecie książkę, którą każdy powinien przeczytać?
PR: Chyba nie. Myślę, że są książki wyśmienite, ciekawe i fascynujące, ale żadnej z przeczytanych przeze mnie pozycji nie podnosiłbym do rangi książki, którą każdy powinien przeczytać. Kilkakrotnie polecałem książki, które na innych Czytelnikach nie wywarły aż takiego wrażenia jak na mnie. Myślę, że nie tylko pisanie jest sprawą niezwykle osobistą i indywidualną, ale odbiór czytelniczy również.
PK: A polska groza? Czytasz, znasz?
PR: Tak czytam polską grozę ale…. zaraz mi się pewnie dostanie, ostatnimi czasy były to powieści kolegów i koleżanek wydających w Videografie: Stefana Dardy, Olgi Haber, Łukasza Henela, a ostatnio także kryminał Marka Stelara, którego miałem przyjemność poznać osobiście na moim ostatnim spotkaniu autorskim w Empiku. Mam jeszcze kilka zaległości, które chciałbym nadrobić w najbliższym czasie i mam nadzieję, że uda mi się go wreszcie trochę wygospodarować.
PK: A co sądzisz o polskim horrorze tak ogólnie? Obserwujesz to, co się w nim dzieje?
PR: Jak najbardziej. Dzięki Facebookowi i chociażby takim stronom jak Okiem na Horror czy W świecie słów ;) jestem na bieżąco, co oczywiście bardzo mnie cieszy, podobnie zresztą jak fakt, że mamy tylu zdolnych autorów.
PK: Byłeś gościem Kfasonu, co myślisz o takich inicjatywach?
PR: Bardzo miło wspominam to wydarzenie. Takie inicjatywy jak Kfason były, są i będą potrzebne, aby gatunek mógł być popularyzowany, aby ludzie mogli przyjść i dowiedzieć się więcej na temat grozy i samego pisania. To także znakomita okazja do spotkania dla samych autorów. Ja osobiście poznałem kilka wspaniałych osobistości i co tu dużo mówić, w przyszłości mam nadzieję na więcej.


PK: Jakie plany na przyszłość – tę literacką? ;)
PR: Wciąż pracuję na II częścią „Bestii” i jak zwykle nie mogę pisaniu poświęcić tyle czasu ile bym sobie życzył. Mam nadzieję, że wreszcie uda mi się skończyć i kiedy postawię ostatnia kropkę i spojrzę na całość historii z szerszej perspektywy będę mógł powiedzieć chociaż: Wyszło całkiem nieźle (śmiech). Potem planuję trochę odpocząć i za jakiś czas zasiąść do szkicowania planu kolejnego thrillera. Chciałbym aby jego akcja, przynajmniej pośrednio toczyła  się na promie. Pisanie to wbrew pozorom bardzo trudna i wyczerpująca praca. Chciałbym jednak jak najdłużej czerpać z niej przyjemność.
PK: Na koniec poproszę o złotą myśl Rozmusa dla Czytelników W świecie słów.
PR: Bardzo proszę. Takie oto motto pozwoliłem sobie umieścić na pierwszej stronie „Kompleksu Boga”:
Jedynym sposobem na oderwanie się od ponurej rzeczywistości jest wkroczenie w świat fikcji, tej wykreowanej przez kogoś lub stworzonej przez siebie.

 PK: Pięknie ;) Dziękuję!




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz