Milion małych kawałków, James Frey



„Wkroczę w ciemność i ciemność będzie wieczna”


Uzależnienie, jakiekolwiek, jest narzędziem destrukcyjnie wpływającym na życie zarówno uzależnionego, jak i jego bliskich. Nie jest to zbyt odkrywcze, prawda? Wszyscy bowiem wiemy – głównie z mediów, kina i seriali – jak wygląda walka z nałogiem. Abstrahując od tego, czy dany film posiada wartość edukacyjną i przestrzega przed braniem („Requiem dla Snu”) czy w pewien słodko-gorzki sposób ukazuje perypetie uzależnionego („Siostra Jackie”), albo wręcz przedstawia ćpanie w sposób komediowy („How High”), obecność tematu uzależnień we współczesnym świecie jest wręcz namacalna, toteż narkotyki zajmują jakąś-tam niszę w naszej świadomości. Niezależnie od tego, czy sami mamy jakieś słabości, czy nie, wszyscy wiemy, że wpaść w nałóg jest łatwo, zaś znacznie gorzej z niego wyjść.

O wychodzeniu z nałogu mówi James Frey w swojej quasi-autobiograficznej powieści i robi to w sposób bardzo dla siebie typowy. Pióro Freya poznałam czytając jego kontrowersyjną (poniekąd) powieść „Ostatni Testament”, zatem nie byłam zbytnio zdziwiona konstrukcją tej książki ani sposobem budowania zdań, swobodną interpunkcją i licznymi powtórzeniami, mającymi imitować bełkot osoby na głodzie narkotykowym. Frey w „Milionie małych kawałków” jest zagubionym, nieco samotnym (choć niechętnie to przyznaje, generalnie kreując się na cwaniaczka, mającego przecież „wszystko pod kontrolą”) i niepewnym młodym mężczyzną, który niemal od dzieciństwa stale bierze crack, pali zioło i piję wódkę. Frey poznał smak i działanie chyba wszystkich znanych ludzkości naturalnych i syntetycznych substancji psychotropowych, leków przeciwbólowych, środków uspokajających i wszelkich innych narkotyków. Przez uzależnienie niczego w życiu nie osiągnął, nie zaznał miłości, zawiódł rodzinę i siebie samego.


 „Jestem poważnie fizycznie, mentalnie i emocjonalnie Uzależniony od dwóch różnych substancji. Jestem poważnie fizycznie, mentalnie i emocjonalnie Uzależniony od pewnego stylu życia. Nie znam już nic innego, nie pamiętam już nic innego, nie wiem, czy na tym etapie mogę jeszcze być kimś innym. Boję się spróbować. Jestem śmiertelnie kurwa przerażony podjęciem próby. Myślałem, że jedyną alternatywą jest Więzienie albo śmierć. Nigdy nie myślałem, że abstynencja może być wyjściem, bo nigdy nie wierzyłem, że sobie poradzę. Umieram ze strachu na samą myśl, że mam spróbować”

Fabuła jest bardzo prosta. Dwudziestotrzyletni James budzi się w samolocie, do którego nie pamięta, jak wsiadł; ma wybite zęby i poobijaną mordę. Dwa ostatnie tygodnie - wycięte z życiorysu. Totalna porażka. Zgłasza się zatem na odwyk do najlepszego i najstarszego ośrodka w USA, w którym pozna nowych przyjaciół i nowych wrogów, a być może nową miłość. Straszne cliche, jeśli mam być szczera; nie ma tu bowiem nic oryginalnego, nic, czego nie byłoby w innych historiach o ćpunach (poza wspomnianym nietypowym stylem, ale o tym za chwilę). Nie sądzę, by fakt, że książka opowiada o tak trudnej i skądinąd imponującej drodze człowieka do trzeźwości, wystarczał do uznania jej za opus magnum. Bynajmniej, ta powieść – choć ma swoje genialne momenty - jest po prostu słaba. Peany i masa pozytywnych komentarzy na temat tej książki może wynikać z dwóch przyczyn. James Frey z początku utrzymywał, że to historia autentyczna, oparta na jego własnym doświadczeniu. To mogło wpłynąć na to, iż wielu czytelników podeszło do niej emocjonalnie, oceniając wyjątkowy i straszny obraz życia Freya przez pryzmat współczucia; i wcale mnie to nie dziwi, gdyż sama szczerze podziwiam osoby walczące z nałogiem i ogromnie szanuję tych, którym udało się wyjść z jego szponów. Gdyby to była rzeczywiście autobiografia, zapewne i ja podeszłabym do literackiej wartości „Miliona małych kawałków” z nieco większą pobłażliwością, skupiając się na wartości ukrytej, ludzkiej. A jednak fakt, iż Frey oszukał czytelników, okłamał ich, a powieść okazała się być li tylko fikcją literacką jedynie odrobinę czerpiącą z przeszłości i doświadczeń autora, zdecydowanie obniża ostateczną wartość książki. Odsuwając od siebie szok i niedowierzanie wywołane świadomością, iż są to prawdziwe wspomnienia realnej osoby, pozostaje nam ocena kwestii technicznych, stylistycznych, gramatycznych i powieści in general. Sądzę zatem, że czynnik emocjonalny miał największy wpływ na sukces książki.
Drugą przyczyną może być po prostu to, że bardzo często coś, co jest inne, niezrozumiałe, dziwne zyskuje sławę. Tak to już jest w tym przekornym świecie.
„Umrę. Kiedy umrę, będę martwy, koniec, nic więcej. Nie będzie więcej myślenia, nie będzie oddychania, nie będzie czucia. Będzie ciemność i ciemność będzie wieczna. Będzie cisza i cisza będzie trwać wiecznie. Umrę”
Mocny, intymny portret człowieka wychodzącego z nałogu na klęczkach nie wystarczą, by stworzyć arcydzieło. Mam wrażenie, że Frey jest takim zapatrzonym w siebie egocentrykiem tworzącym „wielką sztukę”, usilnie próbując zabłysnąć brzydotą. Owszem, opisy bywają szalenie sugestywne, oburzające i momentami kontrowersyjne, acz w ogólnym rozrachunku wypadają dość mdło w porównaniu do innych utworów tego typu. Książka spotkała się z uznaniem krytyków może właśnie dlatego, że jej styl jest tak strasznie innowacyjny, a treść bolesna i odważna. Liczne powtórzenia, przypominające styl mówiony, miały zapewne za zadanie mocniej i dosadniej działać na wyobraźnię, zamiast tego jednak irytowały. Brak pauz dialogowych, kojarzący się z prozą Cormaca McCarthy’ego, mi osobiście przeszkadzał i utrudniał czytanie.

Rzesze czytelników się zachwyciło tą historią. Przypomina mi to pewien obrazek z sieci – dwie postaci w galerii sztuki podziwiające… kosz na śmieci, będący po prostu wyposażeniem sali. Współczesna sztuka może i powinna czerpać z tego, co nas krępuje, obrzydza, współczesny artysta powinien myśleć „outside the box”, ale… czegoś tu zabrakło. Jakiejś iskry bożej, czegoś nieuchwytnego, co by mnie zachwyciło. Zamiast tego powieść Freya mnie psychicznie wymęczyła i nie było to to „dobre” wymęczenie, dla którego sięgamy po takie z pozoru trudne, życiowe książki. Zdarzało mi się czytać dramaty traktujące o upadku człowieka i o jego walce dla tego swoistego oczyszczenia, dla katharsis, dla poczucia, że jestem lepsza, gdyż dokonałam w życiu innych wyborów – ale tutaj błyskotliwe czasem frazy przeplatają się z bełkotem, przy czym tego pierwszego jest, niestety, jak na lekarstwo.

Powieść „Milion małych kawałków” jest uznawana przez wielu za arcydzieło, najważniejszy utwór Jamesa Freya, książkę szokującą i kontrowersyjną, wybitną. Z pewnością jest oryginalna pod względem konstrukcji i, być może, jako ciekawostka literacka powinna znaleźć się na uwadze każdego książkoholika. Być może po prostu nie trafiła w mój gust. Nie skreślam Jamesa Freya, gdyż ten pisarz wciąż mnie intryguje i wciąż nie wyrobiłam sobie o nim zdania – nie wiem, czy jest grafomanem, czy wirtuozem. Będę musiała się tego dowiedzieć, czytając kolejne jego powieści, ale „Milionem małych kawałków” nie jestem zachwycona.

„James Frey. Urodzony w Cleveland, Ohio, dwunastego września tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego dziewiątego roku. Kiedy miał siedem lat, zaczął podpijać z drinków rodziców. Kiedy miał dziesięć lat, po raz pierwszy się napruł. Kiedy miał dziesięć lat, po raz pierwszy zwymiotował z przepicia. Kiedy miał dwanaście lat, wypalił pierwszego skręta. Kiedy miał trzynaście lat, pił i palił regularnie. Kiedy miał czternaście lat, po raz pierwszy urwał mu się film (…). Dwadzieścia trzy (…) Zgłosił się do Ośrodka Odwykowego. Opuścił Ośrodek Odwykowy. Umarł dwa dni później. W organizmie wykryto śmiertelne stężenie alkoholu i kokainy. Przyczyna zgonu przypadkowe przedawkowanie. Powinno być samobójstwo. Zamierzone Samobójstwo. (…) Nekrolog w mojej głowie jest skończony”

James Frey

Milion Małych Kawałków

Burda 2015


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz