Top 10 filmów sci-fi według żółtodzioba



Nie jestem specjalistką od science-fiction, gdyż zdecydowanie wolę kino akcji i thriller, ale z uwagi na dzisiejsze święto postanowiłam podzielić się z Wami top10 moich ulubionych filmów sci-fi. Mam ogromne braki, jeśli chodzi o ten gatunek filmowy, ale zdarzają mi się okresy fascynacji. Wolę jednak kolejny maraton „Resident Evil” ponad Gwiezdne Wojny, więc wybaczcie, że słynne Star Warsy nie pojawią się w tym zestawieniu…
PS. Kolejność filmów – za filmweb.pl (ranking 100 najwyżej ocenionych filmów sci-fi)

1. Incepcja (2010)

Strasznie podoba mi się pomysł na ten film. Sen we śnie? Zaszczepienie komuś idei w równoległym, sennym wymiarze? Sen we śnie we śnie? Naturalne narzędzie zagłady ludzkości? I’m in! Rewelacyjna realizacja, świetne kreacje aktorskie – niedoceniany do niedawna Leonardo Di Caprio (którego kocham od nastoletniości) i Joseph Gordon-Levitt (którego z kolei kocham po dziś dzień za rolę w jednym z moich najukochańszych seriali, nomen omen też sci-fi – „Trzecia planeta od Słońca”) i po prostu genialna fabuła sprawiają, że chętnie wracam do tego filmu. To uczta dla oka i dla intelektu, świetna rozrywka i przerażająca wizja.
2. Seria Obcy (od 1979-)

Lubię bardzo, choć też nie jestem wielkim specjalistą tematu. Uważam po prostu, że nie ma lepiej obmyślonego sposobu na inwazję obcych. Użycie ziemskiej kobiety jako żywego inkubatora małego ufoludka? Wha-at? Genialne. Do tego wyśmienita Sigourney Weaver, klimatyczne dłużyzny, rozczulające efekty specjalne (którym jednak nowoczesne mogłyby w sumie czyścić buty) i cała popkulturalna otoczka wokół całego uniwersum – jestem za.
3. Efekt motyla (2004)

Możecie się śmiać, ale tu wcale nie chodzi o Ashtona Kutchera, w którym podkochiwała się co druga nastolatka. Serio, gdy ten film wyszedł, to połowa moich koleżanek ze szkoły dostała ashtonofilii. Mnie zafascynował ten pomysł, tak banalny, a tak fajnie przedstawiony w filmie. Można powiedzieć, że „Efekt motyla” jest jednym z filmów, które ukształtowały mój gust czytelniczy oraz moją pisarską wrażliwość (kto czytał „Status quo” ten z pewnością odnalazł elementy inspiracji tym filmem). Myślę, że to naprawdę świetny, kanoniczny wręcz film, akurat w sam raz dla takich żółtodziobów sci-fi, jak ja.
4. 12 małp (1995)

Bałam się tego filmu i go uwielbiałam jednocześnie. Bruce Willis i Brad Pitt w jednym filmie – to się musi udać. Styl bardzo konwencjonalny, pasujący do ówczesnych nastrojów społecznych, a przy tym zagadkowy i niejasny do samego końca. Bruce Willis, więzień z przyszłości, która została zniszczona przez broń biologiczną, zostaje wysłany w przeszłość, by do tej zagłady nie dopuścić. Historia w teorii prosta jak budowa cepa, ale realizacja jest całkiem fajna, a psychiczny Brad Pitt jest po prostu fenomenalny. 
5. Jestem legendą (2007)

Tę historię uwielbiam nie tylko za świetną, rozrywkową realizację i przez moją niezdrową fascynację zombie, ale też (może głównie) ze względu na historię, na podstawie której oparto scenariusz. Książka „Jestem legendą” Richarda Mathesona co prawda nie jest o zombie, a o wampirach, ale to nie ma większego znaczenia. Przekonująca rola Willa Smitha i jego psa, ostatnich żywych istot na świecie, to dowody na zajebistość tego filmu. Tak po prostu. Will Smith, jako jedyny ocalały po apokalipsie, dni dzieli pomiędzy udoskonalanie swojego domu-fortecy, szukanie pożywienia i staranie się, by nie zwariować. Pomoże mu w tym pies (zwykły, nie zombie). Świetne obrazy, dobra adaptacja jeszcze lepszej książki. Kto nie czytał, niech koniecznie nadrabia.
6. Gattaca. Szok przyszłości (1997)


Nie sugerujcie się ckliwym plakatem, serio. "Gattaca" opowiada o facecie, który należy do tego gorszego sortu ludzi - rodzice nie udoskonalili jego DNA, kiedy był zygotą, więc gość ma trochę gorzej w życiu. Gdy obejrzałam ten film po raz pierwszy, byłam przerażona. Tak może wyglądać nasza przyszłość, myślałam sobie. Przyszłość ludzkości. No bo ludzie zawsze muszą się dyskryminować, myślałam sobie, a skoro mamy obecnie tolerancję dla koloru skóry, dla religii, dla pochodzenia, dla preferencji seksualnych, to w końcu sobie ludzie wymyślą inny powód, by móc tłamsić innych. Takie to gorzkie myślenie mi towarzyszyło przy seansie... Gdyby ten film nakręcono dzisiaj, to zapewne straciłby siłę rażenia, ale do tej pory mam ciarki na samo wspomnienie. Fajne, smutne i refleksyjne kino.
7. Moon (2009)

A na tym filmie to już w ogóle wypłakałam Missisipi. Pomijam fakt, że to w zasadzie film jednego aktora i główny bohater miał do wykonania niesamowicie trudne zadanie (i wyszedł z tej próby zwycięsko), to jednak oglądałam go z wypiekami na twarzy. Rewelacyjny twist fabularny nie tylko zaskoczył, ale i skłonił do refleksji… Myślę też, że rozłoży na łopatki każdego, nawet największego twardziela. No bo słuchajcie - gość jest sam na Księżycu. Od trzech lat. I kiedy misja wreszcie dobiega końca, okazuje się, że gość... jednak nie był sam. Oho. Spooky.
W tym miejscu mogę napomknąć o innym, świetnym filmie prawie jednego aktora z ubiegłego roku – „Marsjanin” byłby na tej liście 11, bo jest naprawdę godny uwagi (choć, jak to zwykle bywa, książka lepsza).
8. Kontakt (1997)

Jodie Foster to jedna z moich ulubionych aktorek, a w „Kontakcie” pokazała, na co ją stać. Gra naukowca nasłuchującego głosów kosmosu. Wreszcie udaje się złapać sygnał... Świetna realizacja bardzo prostego i „amerykańskiego” pomysłu – jak NASA kontaktuje się z Obcymi – wespół z elementem dramatycznym i postacią, z którą można się utożsamić sprawiają, że i do „Kontaktu” chętnie wracam. Późniejsze próby innych aktorek, by doścignąć Foster w takiej tematyce, tylko udowadniają, że tego się nie da zrobić (ot, choćby Bullock w „Grawitacji”).
9. Piąty element (1997*)

Ten film ma tak świetny opis na filmwebie, że zacytuję go w całości:
"Nowy Jork w XXIII w., były komandos Korben Dallas wplątany zostaje w misję ratowania świata przed siłami zła absolutnego objawiającymi się raz na pięć tysięcy lat."
Trochę groteskowej rozrywki i pierwsza komedia w tym zestawieniu. „Piąty element” to absurdalne, rozrywkowe i poplątane kino, choć nie głupie jak „Marsjani atakują”. W końcu za ten film odpowiada Luc Besson... <3 Ponadto moja słabość do Milli Jovovich i Bruce’a Willisa właściwie przesądzają sprawę.
*1997 rok był, jak widać, dobrym rokiem dla sci-fi... ciekawe, dlaczego?
10. Powrót do przyszłości (1985)

I druga komedia, choć tu niewiele mogę – czy niewiele muszę - dodawać. Marty McFly to głównie sentyment, ojej, jak ja mu zazdrościłam tej deskolotki i tych samozapinających się Nike'ów. Do tej pory śmieję się głośno podczas seansu i pomimo, że częstotliwość pojawiania się całej trylogii w TV przypomina wałkowanie "Szklanej pułapki" czy "Kevina samego w domu", to kiedy tylko mam czas, oglądam.
Podobnie jak "Szklaną pułapkę" i "Kevina..", ale to już zupełnie inna historia...
Zresztą czy jest jakiś temat o większym potencjale fabularnym, niż podróże w czasie? No, może podróże kosmiczne. I jedne i drugie lubię. Byle były dobre.

Przypominam, że to subiektywna lista. Zabrakło tutaj całej plejady gwiazd Marvela, a bardzo lubię superbohaterów…. tylko uznałam, że skupię się jednak na nieco mniej oczywistych typach. Celowo też nie wspomniałam o „Zielonej Mili” czy o „V jak Vendetta”, które jednak traktuję bardziej jak dramaty, niż filmy stricte sci-fi, czy o „Matrixie”, „Predatorze” i „Terminatorze”, które są kanoniczne dla gatunku. Nie wybrałam też innych filmów o obcych, które lubię („Dzień niepodległości”, „Wojna światów”), ale to może zostawię na inny ranking. Co powiecie na „10 najlepszych filmów katastroficznych”? J


Czekam na Wasze typy. Wszystkiego dobrego z okazji dzisiejszego święta! Obejrzyjcie lub przeczytajcie coś fantastycznego..! J  


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz