Żona rzeźnika, Izabela Szolc


"Jesteś moim pożądaniem, moim skarbem, moim mięsem..."

O zbrodniarzach zawsze najciekawiej wypowiadają się ci, co ich znali. "Sprawiał takie miłe wrażenie!", mawiają jedni. "Ja zawsze, proszę pana, wiedziałem, że z nim jest, proszę pana, coś nie tak!", mawiają inni. Generalnie znajomi zbrodniarza dzielą się na tych, co nie mogą uwierzyć, że mieszkali drzwi w drzwi z psychopatą, i na tych, którzy wiedzieli, ale nie chcieli nic mówić (i tych jest zwykle więcej; to zadziwiające, jak wielu morderców można byłoby powstrzymać, gdyby nie dobre maniery). Rykoszetem dostaje się rodzinie zbrodniarza. Taka żona na przykład. Albo wiedziała i kryła męża (suka!), albo nie wiedziała i sama została niejako ofiarą (biedulka). Niezależnie od emocji, jakie wywołuje sama istota rodziny zbrodniarza (w większości przypadków zapomina się, że morderca to czyjś ojciec/ syn/ mąż), to bywa ona szybko spychana na margines. Zapominana. A przecież fakt bycia żoną rzeźnika, mordercy, ciągnie się za tobą do końca życia, czyż nie?

Karl Denke był szanowanym członkiem niewielkiej społeczności, rzeźnikiem, fachowcem i artystą w swej dziedzinie. Dopóki obdarowywał kościoły, sierocińce, domy pomocy społecznej i inne zależne od dobroci filantropów instytucje mięsem, dopóty wszystko było w porządku. Dobry, empatyczny człowiek. Pomagał bezinteresownie biedocie, a i jego drzwi były zawsze otwarte dla włóczęgów, bezdomnych i tych, którym po prostu w życiu znów nie wyszło.
Jedną z takich osób była Jutta. Jutta szybko musiała wydorośleć, a nie mając niczego w perspektywie, przylgnęła do pierwszej wyciągniętej w jej stronę dłoni. Niczym rzep. Przylgnęła i nie puściła, aczkolwiek można w tym jej przylgnięciu odnaleźć krztynę miłości i oddania - tak poza poczuciem wdzięczności i powinności. Gdy Karl Denke przygarnął młodziutką i głupiutką Juttę pod swój dach, nakarmił gulaszem i okrył kocem, dziewczyna całkowicie uzależniła swoje życie od niego. Bo b-y-ł dobry. Nie tylko dla niej. Dla całego miasteczka.
Okazało się jednak, że to było zbyt dobre, by było prawdziwe. Mięso w czasie kryzysu? W newralgicznym okresie, kiedy Niemcy z ledwością podnosiły się po wojennej porażce? Darmowe mięso? A jednak. Nikt dotąd nie powątpiewał w dobre intencje przyświecające działaniom rzeźnika, bo i po co, póki w garze wrze, a zapach smakowitej potrawki rozchodzi się po domach, nikt nie chodzi głodny. To niech go Bóg błogosławi, tego rzeźnika. 
Do czasu, gdy na komisariacie policji nie pojawił się pogryziony bezdomny, nikt nawet jedną myślą nie podważał szczerych intencji ani nie oczerniał dobrego imienia Karla Denkego. Ani, tym bardziej, Jutty.
Dobro to pojęcie bardzo względne.
Kim jest Jutta, żona rzeźnika? Czy bycie żoną (nie-żoną, bo bez ślubu) Karla definiuje ją jako osobę? Skoro tak, to kim jest w chwili, gdy on znika? 
Kim staje się żona rzeźnika, gdy braknie rzeźnika?

Iza Szolc, fot. M. Zaporowska

        O tym jest ta książka. O tożsamości, kobiecości, wolności. Choć w głównej mierze o mięsie, o głodzie, o jedzeniu - o podstawowej potrzebie każdej istoty żywej, to jej niedosłowny i zakamuflowany przekaz dotyczy spraw mniej doczesnych, a bardziej wykraczających poza prozę życia. Ta książka nokautuje, kopie w przeponę, zabrania oddychać. Brutalne, obrzydliwe piękno opisu może konkurować tylko z jej ponadliteralnym znaczeniem, wymykającym się dosłownemu pojmowaniu i wyciskającym siły witalne z wnętrzności. Ukazanie historii kanibala z Munsterberga lat 20' z perspektywy niewykształconej, młodej kobiety, która całkowicie podporządkowała swoje życie właśnie jemu - o wiele od niej starszemu rzeźnikowi - gwarantuje fascynującą i niepokojącą podróż po meandrach ludzkich losów, z naciskiem na te najciemniejsze zakamarki. Minimalna ilość dialogów, narracja pierwszosobowa, liczne dygresje i napomknięcia i cała procedura wspomnienia historii nie Denkego, a Jutty, sprawiają, że fabułę odczytuje się bardziej osobiście. Z tą naiwną gąską można się utożsamić, by ostatecznie uznać ją za postać tragiczną, choć podchodzącą do życia z dużą dozą realizmu, a nawet optymizmu. Jutta się nad sobą nie użala, nie neguje też beznadziei swojego położenia. A jednak próżno szukać u niej pretensji do życia, wyszukiwania usprawiedliwień czy wymówek, ona przyjmuje życie takie, jakie jest; przyjmuje swego męża takiego, jakim jest, i nie ocenia go; ba - ona go kocha. Na swój sposób. Dla niej proceder, uprawiany przez Karla, nie jest niczym ani złym i godnym potępienia, ani dobrym. On po prostu jest.

Karl Denke, "morderca z Ziębic", tuż po śmierci
z prawej - wyroby kanibala

Iza Szolc jest dla mnie objawieniem. Pisze tak fantastycznie, sugestywnie, pięknie i niepokojąco, że każda strona "Żony rzeźnika" jest mini-arcydziełem. Nie odnalazłam w tej powieści ani jednej rzeczy, do której mogłabym się przyczepić, no, może poza tym, że tak szybko się kończy... To nie jest ani horror, ani kryminał, ani nawet powieść biograficzna, to po prostu fenomenalny kawał polskiej prozy, która momentami ociera się niebezpiecznie o poezję. Głęboka, aforystyczna, a jednocześnie fizjologiczna i odpychająca - w tej powieści odnajdziecie wszystko to, co składa się na człowieczeństwo łącznie z tym, co je deprecjonuje i destruuje; paradoksalnie - to, co o nim stanowi i co go neguje. "Żona rzeźnika" poraża realizmem i zachwyca surowym pięknem opisu. Fabuła, oparta na prawdziwej historii "Ojczulka Denke", nie należy do najprzyjemniejszych, ale kanibalizm sam w sobie nie jest zbyt optymistycznym tematem - a tutaj tym bardziej, choć kwestia antropofagii w wykonaniu Izy Szolc jest oswojona, wręcz przymilna; przypomina zdziczałego, toczącego brudnoróżową ślinę psa, który daje się pogłaskać tylko jednej osobie. Szolc wzięła na warsztat mroczną kartę historii i ją nie tylko sfabularyzowała, ale przemieniła w wyśmienite dzieło. To jest prawdziwa literatura, z której wysuwa się jeden wniosek. O brzydocie można pisać pięknie. Serdecznie polecam.

"Żona rzeźnika"
Izabela Szolc
Wydawnictwo Amea 2013

Żona rzeźnika [Izabela Szolc]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz