Forrest Gump, Winston Groom

„Ruszyłem ramionami i kiwłem głową, ale coś tam szybko się mnie przejaśnia. Jestem tylko biedny idiot, ale muszę się teraz zatroszczyć o całą ludzkość” 

Któż nie zna Forresta Gumpa, lekko opóźnionego przygłupa, który siedząc na ławce opowiada przypadkowym ludziom historię swojego życia? Historię zaskakującą, niesamowitą i arcyciekawą, idealnie komponującą się ze współczesną historią Stanów Zjednoczonych i w subtelny, acz sprytny (bo ukryty między wierszami) sposób obrazującą także i historię świata, łącznie z przemianami obyczajowymi, odkryciami naukowymi i niepokojami społecznymi? Forrest Gump dzięki słynnej adaptacji filmowej zyskał już na zawsze w świadomości widzów twarz Toma Hanksa, a pewne sentencje, poprzez swoją unikalną prostotę celnie komentujące oczywiste oczywistości, weszły już na dobre do języka popularnego. Kochamy ten film. Przy Forreście można się odprężyć i zdrowo pośmiać, momentami zakręci się w oku łza, a czasem wpadniemy w nostalgię. Tak, Forrest Gump to fenomen i ikona popkultury, choć może nie tak eksploatowana jak Ojciec Chrzestny czy Marylin Monroe z uniesioną sukienką, ale tak generalnie wzbudzająca pozytywne skojarzenia. Forrest Gump to takie krzywe zwierciadło Ameryki, z jednej strony ukazujące ją w całej okazałości, zaś z drugiej satyrycznie ją wyśmiewające. Nic dziwnego, że ludzie tak je pokochali. Kto potrafi śmiać się z samego siebie, zdecydowanie uśmieje się z Forresta.

Mało kto wie, że film powstał na podstawie powieści. Winston Groom miał przebłysk geniuszu, kiedy tworzył tę historię o głupku, któremu przytrafiają się niesamowite przygody. Pomysł doskonały w swej prostocie, bo idealnie komponujący się z oczekiwaniami i marzeniami gawiedzi. Iluż to Amerykanów nie marzyło o bogactwie, iluż nie chciałoby podać ręki samemu prezydentowi, iluż to nie walczyło przeciwko wojnie w Wietnamie i iluż to w niej nie zginęło! To wszystko jest właśnie w tej historii. To wszystko i, niestety, znacznie więcej. Bo choć jako zapalony czytelnik z reguły zawsze stawiam książkę ponad film, to Forrest Gump jest tym wyjątkiem potwierdzającym tę regułę. Nie dość, że styl powieści absolutnie mi „nie leży”, to jeszcze nagromadzenie absurdów i niesamowitych przygód tak się wymknęło spod kontroli, że opowieść o fartownym półgłupku zmieniła się w groteskową przesadę. Farsę. Deser czekoladowy polany syropem klonowym z łyżką miodu i kleksem bitej śmietany. I jeszcze posypany cukrem pudrem. Witajcie, ubytki w zębach!
To jak z dowcipami. Dobry dowcip musi być wyważony. Kiedy ktoś żartuje bez ustanku, to staje się irytujący – i w przypadku Winstona Grooma tak właśnie jest. No bo serio? Kanibale i Pigmeje?  Małpa w statku kosmicznym? Forrest w statku kosmicznym? Forrest w statku kosmicznym z małpą…?
„Większość pisarzy (…) wprowadza postać idiota, aby uzyskać efekt podwójnego zrozumienia, pozwolić mu uczynić z siebie durnia, co zarazem pozwala czytelnikowi uchwycić głębszy sens gupoty”
Wiem, że „Forrest Gump” miał być satyrą. Miał być metaforą. Miał być komedią. Ale, jak to mówią, co za dużo to i świnia nie zje…

To nie jest tak, że źle oceniam powieść, bowiem znam film tak dobrze i przez jego pryzmat trudno mi przełknąć różnice fabularne i nieco się przestawić. Nie. Jest bardzo dużo różnic, które zaakceptowałam, a nawet zaaprobowałam, gdyż przydały dobrze znanej opowieści świeżości i elementu zaskoczenia. Przeszkadzał mi jedynie nadmiar niesamowitych zdarzeń, które w przypadku filmu były odpowiednio wyważone i przekazane w stosunkowo wiarygodny sposób – przecież gdyby odrobina Forresta nie tkwiła w każdym z nas, ta postać z pewnością nie stałaby się aż tak kultowa – tu zaś autor za mocno popuścił wodze fantazji. Do pewnego momentu świetnie się bawiłam – wyłapywanie błyskotliwych stwierdzeń naszego głupawego przyjaciela stanowiło największą frajdę, a w uszach słyszałam charakterystyczny, jankeski akcent Toma Hanksa, w którego aktor „przyodział” swojego bohatera („Te Chińczyki to jedzą dwoma małymi kijkami i prawie w ogóle nic sobie nie można nałożyć do buzi, więc dużo zostaje mi na ubraniu. Nie ma się co dziwić, że tak mało jest grubych Chińczyków. Ciekawe, dlaczego się dotąd nie nauczyli jeść widelcem”). Byłam skłonna nawet przełknąć drętwy, choć stylizowany na „głupawy” przekład (bo jestem w stanie uznać ogrom pracy, jaki został weń włożony, bez względu na ostateczny, niezadowalający efekt), ale w pewnym momencie od przewracania oczu rozbolała mnie głowa…

Filmowa adaptacja Forresta Gumpa jest i pozostanie bliska mojemu sercu, ponieważ niezmiennie mnie wzrusza i bawi. Co się tyczy książki, to mam ambiwalentne uczucia. Z jednej strony cieszę się, że poznałam literacki pierwowzór, gdyż odkąd uświadomiono mi, że takiż w ogóle istnieje, byłam nim bardzo zaintrygowana. Ponadto do pewnego stopnia mnie zainteresowała i rozbawiła, a choć wiele można jej zarzucić, to nie tego, że nie wciąga. Czyta się bardzo lekko, ponadto duża interlinia i wygodna czcionka zdecydowanie ułatwiają lekturę. Z drugiej strony jestem zniesmaczona i zmęczona lekturą. Podsumowując ten nieco chaotyczny wywód muszę spuentować, że zagorzali fani filmu mogą sobie spokojnie odpuścić historię książkową, która boleśnie rozczarowuje. Pięknie wydana w twardej okładce z obwolutą powieść może stanowić miły dodatek do biblioteczki i kolekcjonerzy będą ukontentowani, ale treść pozostawia jednak wiele do życzenia. Dla ciekawych historii, która zainspirowała filmowców do stworzenia kultowego filmu - jak najbardziej. Ja skomentuję krótko: Uff, jak dobrze, że film jest jedynie adaptacją, a nie ekranizacją… W tym przypadku powiedzenie, że książka jest lepsza od filmu, według mnie nie ma racji bytu.

Forrest Gump
Winston Groom
Zysk i s-ka 2016

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz