Ostatnia noc w Tremore Beach, Mikel Santiago

„Proszę się uspokoić. Jesteśmy w Donegal, panie Harper. Tutaj nie zamyka się drzwi na klucz”

Jak bardzo potrzebowałam tej książki! Potrzebowałam historii, która mnie wciągnie na maksa, poruszy, zaintryguje i tak generalnie sprawi, że będę się przy niej świetnie bawić. Nie byłam do końca pewna, czy tak będzie z „Ostatnią nocą w Tremore Beach”, więc podeszłam do książki troszeczkę zachowawczo i na zimno. Szczerze? Tak długie tytuły zawsze mnie odrobinę zniechęcają. Trudno je zapamiętać i wymówić, tak po prostu. Lubię tytuły krótkie i nieskomplikowane, precyzyjne, które raz zapamiętane już zawsze będą się kojarzyły z daną historią („Władca pierścieni”, „Milczenie owiec”), choć są wyjątki („Stulatek, który wyskoczył z okna i zniknął”), ale wyjątki jak to wyjątki, potwierdzają regułę. Nie bez przyczyny częściej stosuję określenie „trylogia Millenium” i wszelkie warianty tegoż – jak „pierwszy tom Millenium” zamiast „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”. Choć w przypadku Larssona zatarta zostaje granica wyjątku z regułą, ale chyba wiecie, o co mi chodzi… Niemniej w przypadku powieści Mikela Santiago raczej nie będę miała trudności z przypomnieniem sobie tytułu, bo ta historia mnie porwała, toteż tytuł scementował się z fabułą na tyle mocno, że zapadnie w pamięć. Paradoksalnie.
Nie ma tu bowiem niczego aż nadto odkrywczego. Rozwiedziony kompozytor Peter Harper cierpi na kryzys twórczy (brawo za oryginalność!). Wynajmuje dom przy plaży w Irlandii, gdzie ma nadzieję, że stanie wreszcie na nogi – zarówno psychicznie, jak i zawodowo. Samotny artysta na odludziu – sztampa jakich mało, wyświechtany punkt wyjścia setek podobnych historii. Peter zaprzyjaźnia się z jedynymi sąsiadami, jakich ma – starszym małżeństwem – i z Judie, miejscową sklepikarką zajmującą się ezoteryką. Pewnego wieczoru, wracając z obiadu u sąsiadów w czasie wielkiej burzy, Peter zostaje porażony piorunem; mężczyzna ledwie uchodzi z życiem. Od tej pory będą go nękały niepokojące wizje śmierci najbliższych.

Na okładce widnieje informacja, że Mikel Santiago nazywany jest „hiszpańskim Stephenem Kingiem”. No, nie wiem. Jestem zwykle sceptyczna wobec takich epitetów i uważam je za chwyt marketingowy, jednak jedno trzeba przyznać – jeśli ktoś lubi klimaty małych miasteczek, hermetyczne środowiska, potrafi docenić potencjał drzemiący w zależności między mieszkańcami niewielkich wiosek i atmosferę zagrożenia wynikającą z nadnaturalnych, nieokreślonych sił, co tak typowe dla prozy Mistrza Grozy, to i tutaj znajdzie coś podobnego. Piękna Irlandia, do której z przyczyn osobistych mam ogromny sentyment, szum oceanu, samotność i elementy spoza tego świata obiecują wiele i gwarantują już na starcie ciekawą atmosferę powieści. Co ważne dla historii horroru to właśnie tło, atmosfera niepokoju, trudna do określenia otoczka grozy. Santiago nie przesadza, nie folguje fantazji, bynajmniej; bohater powątpiewa, próbuje sobie radzić z wizjami tak, jak zrobiłby to każdy normalny człowiek – prosi o pomoc lekarza, nie dopuszczając do siebie tak szalonych myśli, że może jest jakimś medium. Zawsze powtarzam, że kiedy mamy do czynienia z opowieścią czerpiącą z elementów paranormalnych, to wszystkie inne płaszczyzny fabularne powinny ugruntowywać historię mocno w rzeczywistości. Wiarygodny bohater powieści tego rodzaju to ten, który jest sceptyczny, który reaguje w jakiś sposób na to, co mu się przydarza, który racjonalnie próbuje to wyjaśnić. Peter taki właśnie jest. Miewa sny - makabryczne, sugestywne, bardzo niepokojące sny na jawie. Wizje, które wywołują gęsią skórkę na ramionach. Halucynacje tak realne, że wręcz niemożliwe do odróżnienia od prawdy. Czy Peter postradał zmysły? Czy prąd, który przed niego przeszedł, uwrażliwił go na to, czego nie widać? A może gość naprawdę potrafi przewidywać przyszłość…? Banalne stwierdzenia, świetna realizacja. Książka jest napisana lekkim, diablo wciągającym językiem, i trudno ją odłożyć. Lektura „Ostatniej nocy w Tremore Beach” zajęła mi dwa dni. Wprost nie mogłam się oderwać.
Właśnie takiej lektury szukałam.
„A opowieść bez publiczności jest jak przyjęcie, na które żaden gość nie przyszedł” 
Mroczna, gęsta jak kisiel atmosfera, „interwałowa” akcja – raz dynamiczna, raz statyczna, świetna żonglerka tempem, przerażające wtręty i zaskakujące zakończenie – tyle zalet. Postaci intrygujące, dobrze rozbudowane, wyróżniające się – zwłaszcza sąsiedzi Petera i sam Peter. Tradycyjna łyżka dziegciu należy się autorowi za niedoróbki postaci dzieci bohatera, którym zabrakło indywidualizmu. Są po prostu dziećmi i stanowią motyw działania Petera, zatroskanego ojca, chcącego je chronić, i nic ponadto. Pomimo, że postać młodszego syna miała ogromny potencjał (kojarzący się odrobinkę z postacią Danny’ego Torrance’a), to została troszkę zbagatelizowana. Dzieci są dziećmi. A szkoda, bo o ich psychologii też można rozprawiać i rozprawiać…
„Złe myśli są jak termity. (…) Pozwól im wejść do swojego umysłu, a wydrążą go od środka” 
Gwoli podsumowania, „Ostatnia noc w Tremore Beach” to wciągająca i trzymająca w napięciu historia z pogranicza grozy, horroru i thrillera, mocno usadowiona w rzeczywistości, czerpiąca z wszystkich najświetniejszych i najbardziej sztampowych owoców gatunku – pukania do drzwi, snu na jawie, burzy z piorunami, pudeł rezonansowych pełnych krwi, domku na odludziu i powolnego popadania w szaleństwo. Do tego ciekawi bohaterowie, logiczne ciągi zdarzeń, wątek romantyczny i mroczna tajemnica – czego chcieć więcej?
Powtórzę raz jeszcze. Właśnie takiej książki było mi trzeba.

„Ostatnia noc w Tremore Beach”
Mikel Santiago
Czarna Owca 2016
Ostatnia noc w Tremore Beach [Mikel Santiago]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz