500, czyli jak kończąc, rozpocząć drugą połowę tysiąca

To dlatego ta przerwa...
          Tak, wiem. Dłuuugo mnie tu nie było. Prawdę mówiąc trudno orzec, dlaczego aż tak długo - ogarnęłam się jakoś życiowo i teoretycznie bez problemu mogłam powrócić do blogowania. Ale wiecie, co? Za zaistniały stan rzeczy odpowiadają dwie sprawy: wypalenie oraz prokrastynacja.

Wypalenie, bo w pewnym momencie stwierdziłam, że nic tylko się powtarzam, że o każdej książce piszę tak samo, i że jestem już tym zmęczona. Jak na złość, to był czas, kiedy wyszło najwięcej fajnych i wartościowych książek tego roku - czytałam je, ale pisanie o nich? Meh. To doprowadziło do wspomnianej prokrastynacji. Odkładałam, odkładałam, odkładałam... aż w końcu głupio mi było wrócić, no bo tyle się nawarstwiło, tyle zaległości, o tylu rzeczach trzeba napisać, a to było dawno, a trzeba wracać myślami, przypominać sobie, a czy jest sens? I tak dalej. Znacie to. 

Poza tym wykształciłam w sobie potrzebę (i chyba również umiejętność) pisania długich, rozbudowanych opinii. I jak teraz o 20 przeczytanych książkach napisać elaboraty? No, jak? 
A jednak pewna mądra głowa mi uświadomiła, że nie muszę zawsze rozgadywać się i analizować powieści dogłębnie, grunt, żeby pisać, pisać, pisać. Nie przestawać. Inna inszość, że pewnie wielu postów czytelnicy nie doczytują do końca czy w całości, bowiem nikogo (poza autorem) takie szczegółowości nie interesują. Ale może jak popchnę ten głazik, lekko bo lekko, ale popchnę - to go ruszę i dalej już jakoś pójdzie?
Najtrudniej wrócić.

Przemyślałam sprawę i wiem już, że muszą nadejść pewne zmiany, ponieważ model, który stosowałam dotychczas, już mnie nie satysfakcjonuje. Przyjemność, odczuwana z opisywania każdej przeczytanej książki, zmieniła się w obowiązek. I to - ta presja, odzierająca to, co niegdyś dawało mi multum radości, z całej magii i epizodyczności - sprawiła, że całkowicie mnie od pisania odrzuciło. Teraz sobie myślę, że to bardzo, bardzo złe. Bo obowiązek zabija pasję. A ja nie chcę jej stracić.

Zmiany nadejdą, ale jakie? Jeszcze tego sobie nie ułożyłam w głowie. Na pewno będzie bardziej dynamicznie, bardziej freestajlowo. Nie narzucam sobie ram, w które powinnam włożyć każdy opis, wiecie, minimum 500 słów, wstęp, rozwinięcie, zakończenie, takie tam szkolne normy. Przejmowałam się, że może jest za bardzo osobiście? Że może za dużo niepotrzebnych informacji? Że za mało profesjonalnie? Jejciu, jak mnie to gryzło. Ale wreszcie mnie olśniło. Bo hej! Jest na to prosty sposób. Jeśli się to komuś nie podoba - cóż... po prawej w rogu jest taki magiczny X ;)

Większą wagę będę przykładała do innych mediów - zwłaszcza Facebooka i Instagrama. Zapraszam do śledzenia, gdyż planuję wrzucać tam jakieś rozdawajki i inne rzeczy. Pojawia się tam dużo śmiesznych obrazków, a przecież każdy lubi śmieszne obrazki, c'nie?


Ale skoro już tu jestem, opowiem Wam o tym, co czytałam przez ten czas, kiedy mnie tu nie było, I o innych sprawach też Wam opowiem. Bo poza czytaniem książek, oglądałam filmy ("Dziewczyna z pociągu" jest spoko, "Wiek Adaline" nieco przesłodzony, "183 metry strachu" oldskulowy) i seriale ("The Fall" troszkę się ciągnie jak lasagne, a nowy sezon "The Walking Dead" to nieźle daje po bandzie), słuchałam muzyki (Julia Marcell to odkrycie roku), czytywałam czasopisma (zakochana w "Pocisku" jestem). 


I robiłam sporo innych rzeczy, głównie związanych z wykonywanym zawodem (totalnie niezwiązanym z literaturą), ale równie kreatywnych i fajnych (te drewienka w tle na zdjęciach książek to moje dzieła). A wiecie, że na co dzień miewam do czynienia z przedszkolakami? No, nie taki diabeł straszny, jak się maluje na blogu ;) 

W międzyczasie miałam urodziny, a kuzynka upiekła mi taaaki tort:



Jest na nim 8 powieści Stephena Kinga i jedno moje opowiadanie, które znalazło się w nowej antologii Krwawnik 2 (Wyd. Kostnica) – „Samogon”. 
I tyle nowości!

A co czytałam? No, tu już będzie dłużej... Do rzeczy. 
Lektury dawne, zaprzeszłe, minione, ale zapamiętane

"ZooJamesa Pattersona i Michaela Ledwidge'a czytałam na ambonie podczas rykowiska - niesamowite wrażenia ;) O tej książce napiszę osobny post.



O Lovecrafcie nie powiem nic nowego. "Przyszła na Sarnath Zagłada. Opowieści niesamowite i fantastyczne" to klasyka sama w sobie, a o klasyce się nie dyskutuje. Część opowiadań znałam wcześniej (jak choćby "Coś na progu" czy "Zeznanie Randolpha Cartera"), niektóre były cudownie nowe, warte zapamiętania i powtórzenia w przyszłości ("Zimno", "Ogar"), a całość spina esej Lovecrafta "Nadprzyrodzona groza w literaturze". Zdecydowanie warta podkreślenia jest wspaniała szata graficzna i wydanie, przepiękne i doskonale wpasowujące się w komplet ze "Zgrozą w Dunwich". Wydawnictwo Vesper robi świetną robotę, jeśli chodzi o odświeżanie staroci. To jedna z najważniejszych książek w mojej biblioteczce.


O "Ciuciubabce" Arne Dahla już kiedyś pisałam. Z największą przyjemnością objęłam nad nią patronat medialny (mogliście wygrać kilka egzemplarzy na moim fanpage). To kolejny tom przygód grupy specjalnej OPCOP, tym razem poświęcony tematowi mafii... żebraków. Niezła powieść, wartka i dynamiczna, choć polecam ją głównie znającym poprzednie części serii i wielbicielom powieści sensacyjnych.

Skoro przy seriach, to kolej na "Szumowiny" Jorna Liera Horsta (tak, tego od tych książek). Okładka nie kłamie - na brzeg morza wyrzucone zostają odcięte stopy. Nie jednego człowieka, a czterech. Sprawę przejmuje znany z poprzednich części serii inspektor William Wisting. "Szumowiny" są podobnie mroczne, podobnie posępne i podobnie skomplikowane, jak poprzednie części cyklu, ale ja mam wrażenie, że Horst nieco traci pazur. Mam nadzieję, że jego kolejne opowieści odzyskają czar, który można było wcześniej wyłowić (gra słów niezamierzona). 


A żeby nie było tak poważnie - "Orgazmokalipsa" Krzysztofa T. Dąbrowskiego to idealny odmóżdżacz i relaksator. Pełna napięcia, groteski i absurdu antologia to kwintesencja tego całego bałaganu, siedzącego Dąbrowskiemu w głowie. Kto zresztą zna jego styl, ten wie, czego może się spodziewać - totalnego odrealnienia, bizarro, makabreski i politycznej niepoprawności, tutaj dodatkowo okraszonej muzyką heavymetalową i rockową. Fajny, rozbawiający przerywnik.



I znów powaga, tym razem bardzo, bardzo poważna. "Dziewiąty grób" Stefana Ahnhema to książka, którą czytałam długo, ale tylko dlatego, że musiałam powoli przyswajać. Niesamowicie pokręcona, naszpikowana wątkami brutalna opowieść kryminalna osadzona w Skandynawii. Intrygi polityczne mieszają się z obyczajowymi i celebryckimi, a całość doprawia teoria spiskowa. Świetna powieść na długie, zimowe wieczory!



A o kolejnej powieści Mo Hayder też Wam jeszcze opowiem, bo jestem pod ciągłym i nieustającym wrażeniem twórczości tej kobiety. "Kukła" jest równie pokręcona i mroczna jak poprzednie książki autorki, które w tym roku pochłaniam niczym świeże drożdżóweczki. Czytajcie Mo Hayder, jeśli lubicie mega mocne wrażenia.


I znów nazwisko, które ostatnio często się u mnie przewija - Lars Kepler. Tym razem o "Stalkerze" niewiele mogę zdradzić, bowiem już przy pierwszych rozdziałach mamy mega spoiler z poprzednich części serii. Grunt, że książka jest fenomenalna! Nadmienię, że kiedy we wrześniu pracowałam jako tłumacz grupy szwedzkich myśliwych, u jednego z nich zauważyłam ten tytuł. Nie muszę mówić, że kolejne godziny upłynęły nam na ożywionej dyskusji nad książką, która skończyła się logiczną konstatacją, iż Lars Kepler to jedno z najlepszych nazwisk szwedzkiego kryminału. I z pełną odpowiedzialnością podtrzymuję opinię.


Czas na polski akcent, a tym razem jest to "Garść popiołu" Wojciecha Wójcika, silnie rozbudowana opowieść o domniemanym samobójstwie nauczyciela geografii w pewnej podwarszawskiej szkole. Główny bohater - również nauczyciel - rozpoczyna prywatne śledztwo, dość mozolne i wielowątkowe. Tutaj miałam jedną uwagę do książki, gdyż jest niesamowicie momentami rozwleczona, przez co traci kryminalność na rzecz obyczajowości. Niemniej nie da się jej odłożyć, a niekiedy błyskotliwe przemyślenia głównego bohatera zdecydowanie wynagradzają momenty nudy. Książkę polecam głównie niezaawansowanym wielbicielom klasycznego kryminału. 


A także najnowszy patronat, czyli "Malowidło" Grzegorza Gajka, które również poczeka na osobny wpis. Ale z tą książką również wiąże się anegdota - moja niemal 80-letnia ciocia zajrzała do książki tylko po to, by przeczytać parę zdań.... Odłożyła książkę już przeczytaną. Z zachwytem.
A co teraz czytam? 
A to: 
I to: 

Mam nadzieję, że nikogo nie uśpiłam tym przydługim postem. Solennie obiecuję z większą regularnością tu zaglądać... Pozdrawiam najwytrwalszych i do przeczytania!

PS. To jest mój 500. post. Wow. To musi być jakiś znak.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz