Bez długów w nowy rok: KSIĄŻKI




Ostatnie miesiące nie były może zbyt bogate w przeczytane lektury, ale nie znaczy to wcale, że nie mam o czym pisać. Z pewnością warto omówić krótko „Odprysk” Sebastiana Fitzka, którego uwielbiam za jego strasznie pokręconych, psychopatycznych morderców i zawiłe, totalnie poplątane intrygi. Sięgnęłam po „Odprysk” czekając właśnie na mocne uderzenie, na książkę, która zwali mnie z nóg – opis zachęcający (koleś, który nie jest pewny, czy w ogóle istnieje, bo został pozbawiony tożsamości, a jego nieżyjąca od kilku miesięcy żona mieszka sobie z kimś, kto się za niego podaje; zupełnie, jakby chodziło o inny wymiar czy coś – Anglicy nazwaliby to „mindfuck”), blurby obiecujące czytelniczą rozkosz. No i to by było na tyle, bo „Odprysk” uważam za jedną z gorszych powieści autora. Nie zrozumcie mnie źle, książka nie jest zła, ale mógłby ją napisać każdy inny autor. Fitzek nie wykorzystał swojego potencjału. Poszedł na łatwiznę? Stracił pazur? Oby nie… Generalnie rzecz ujmując nie jestem zachwycona tym thrillerem, który jest mało wiarygodny (do tej pory książki Fitzka miały tę zaletę, że były cudownie dopracowane pod względem realizmu), a zakończenie jest łatwe do przewidzenia i nie powala. Szkoda.


Podobnie średnio powalająca jest „Droga do piekła” Przemka Piotrowskiego, książka strasznie wychwalana w sieci, o intrygującej fabule i obiecującej koszmary senne okładce. Mnie ta powieść niestety wymęczyła i znużyła. Nie mam nic do historii, która jest tak groteskowa, że aż za sam pomysł należą się autorowi brawa (dawno we współczesnej literaturze nikt nie pokusił się o wykorzystanie woni siarki w opisie mającym z zamierzenia być przerażającym) i tak ogólnie rzecz biorąc, jeśli spojrzeć na nią w kategoriach pastiszu z twistem to jest całkiem okej. Odchudzona o połowę zyskałaby moje uznanie, ale w takiej postaci, w jakiej jest, nie zachwyca. Piotrowski ma skłonność do niemiłosiernego rozwlekania każdego wątku i detalicznego opisu każdej czynności, myśli i opinii bohaterów, które de facto nie mają żadnego związku z fabułą. Miałam wrażenie, że czytam tekst publicystyczny lub traktat filozoficzny, a nie dynamiczny, pełen gore horror klasy B. Paradoksalnie, bowiem jest tutaj  sporo ohydztw i gore i na brak tegoż nie narzekam, ale było tego dla mnie trochę za dużo. Tak, za dużo. Dla mnie. A przecież czytuję Radeckiego i Siwca… Znacie takie określenie „overkill”? Charakteryzuje szczególnie okrutny rodzaj morderstwa. Overkill zdarza się wtedy, kiedy sprawca dźga nożem ofiarę jeszcze długo po jej śmierci (o, to zjawisko najwidoczniej faworyzowane jest przez Negana i Lucille…). W przypadku książki Piotrowskiego mamy dokładnie taki literacki overkill. Przesadę gore i porno, overgore i overporn. Styl zaś jest niespójny i nieoszlifowany - momentami wieje nudą, a momentami kipi wulgarnością – czyżby (styl, nie autor) miał chorobę dwubiegunową? Z reguły jestem zachwycona (no, lub przynajmniej zadowolona) z książek tego wydawcy, ale tym razem jestem na nie. Cóż, regułę musi stanowić jakiś wyjątek, prawda?
Ale nie będę tylko narzekać. Mario Ybl powrócił w nowej książce Marty Guzowskiej, „Czarne światło”. Uroczo markotny, cyniczny i po prostu niereformowalny Ybl tym razem ma do czynienia z… złodziejami szkieletów. Mało tego, szkielety pochowano w iście antywampiryczny sposób. Przypomina Wam to coś? Książkę świetnie się czyta, mając w pamięci mroczną opowieść Stefana Dardy o takich antywampirycznych pochówkach. U Guzowskiej jednak próżno doszukiwać się nadnaturalnych sensacji czy niewytłumaczalnych zdarzeń i, na szczęście, po każdej nitce można dotrzeć do jakże realistycznego kłębka. Kto lubi błyskotliwy kryminał z wątkiem archeologicznym (sic!), to niech sięga po Guzowską czym prędzej. Uwaga! Wciąga!
A teraz coś z innej beczki – „Nasz las i jego mieszkańcy” Bohdana Dyakowskiego to nowa przyrodnicza propozycja od Zysku, tym razem nie propagandowa i ekoterrorystyczna, a jak najbardziej rzeczowa i… po prostu piękna. Dyakowski, jeden z działaczy Ligi Ochrony Przyrody, w przystępny, ale i malowniczy sposób opisuje las i wszystko, co z tym lasem jest związane. Ta książka to magiczna perełka, którą każdy wrażliwy na piękno przyrody powinien znać. Dodatkowym atutem jest porządne wydanie, cudnie wyglądające na półce. Jako przyrodnik i miłośnik literatury powiadam Wam: absolutne must-have!


Skoro już zeszliśmy z tematu mroku i kryminału, to popędźmy jeszcze w stronę tego zen, o którym pisałam w pierwszym poście (tu). „Hygge. Klucz do szczęścia” Meika Wikinga to mała, niepozorna książeczka opisująca te wszystkie maciupeńkie rzeczy, które sprawiają, że jesteśmy szczęśliwi. Cliche? Niekoniecznie. „Hygge” uzmysławia, że to prostota jest kluczem do tego, by czuć się dobrze – zapalona świeca, ciepły koc, gra planszowa, bycie razem. Nawet ta malutka książeczka – przeglądanie jej mnogich ilustracji i czytanie krótkich haseł – sprawiają niesamowitą przyjemność. Fabuły tutaj nie ma, ale rozkosz czytania jest!


Mówiąc o rozkoszy, to czy jest coś lepszego od combo książka+film, jedno po drugim? Jest? To ja chcę wiedzieć, co takiego. Bo spędziłam niesamowicie cudowny weekend z książką, po której natychmiast przeszłam na wizję – był to „Osobliwy dom Pani Peregrine” Ramsona Riggsa, opowieść magiczna, dobra, ujmująca. Książkę pochłania się w tempie ultra przyspieszonym, a film ogląda się z przyjemnością – przepiękna Eva Green to tylko jeden z atutów, nazwisko twórcy to kolejny (Tim Burton). Chyba po kilku latach czytania makabrycznych historii zapragnęłam czegoś lżejszego, optymistyczniejszego, bardziej otulającego, niż odpychającego. Dlatego, niejako będąc na fali baśni, sięgnęłam po coś z zupełnie nie mojej półki. Pod choinkę, korzystając z atrakcyjnych promocji w Biedronce, kupiłam sobie… „Harrego Pottera”. Trzy części. Ekhm. Tak, wiem, mam 32 lata i dopijam wódkę z barku, ale to nic. Harry mnie zachwycił. Potrzebowałam czegoś lekkiego i magicznego, wręcz… niewinnego. Przy Harrym świetnie się bawię. Lekki, nieskomplikowany język i banalna fabuła to dobre remedium na jesienną deprechę… Zgadzacie się?
No, dobra. Nie jest wcale tak całkiem różowo. Czytam też książki łączące baśń z tragiczną rzeczywistością – przykładem takiej historii jest „Beatrycze i Wergili” Yanna Martela, autora, którego „Ja” stanowi najważniejszą książkę w moim życiu. „Beatrycze i Wergili” to, jak napisano na okładce, alegoryczna opowieść o holokauście. Wergili to wyjec, Beatrycze to… oślica. Opowieść dotyka trudnych i wręcz patetycznych tematów, ale realizacja przeszła moje oczekiwania – bo ta książka jest innowacyjna, eksperymentalna wręcz, a jej wydźwięk jest nieco inny, niż wszystkie opowieści o zagładzie Żydów, jakie znam. Fabularnie nie jest to może majstersztyk jak „Ja” czy nawet „Życie Pi”, ale literacko? Martel podtrzymuje swoją pozycję jednego z moich ulubionych pisarzy.


Na koniec jedna z najważniejszych książek 2015 roku – „Inna dusza” Łukasza Orbitowskiego. Kolejna z cyklu Serii na F/Aktach wydawnictwa Od Deski Do Deski i kolejny nokaut. Orbitowski cofnął się do lat swojej młodości, do szumnych lat ’90, lat przemian społecznych, i stworzył opowieść trudną i bolesną, a jednak niezwykle prawdziwą. Trzeba przywyknąć, że u Orbita próżno szukać miłych historii i ciepłych happy endów. Dlatego też „Inna dusza” nieco przeleżała u mnie na półce, ale to dobrze – bo do lektury tej książki nie można zasiąść lekko. Zresztą… tyle o niej napisano i to znacznie lepiej, więc na tym poprzestanę.

Na mega podsumowanie książkowe roku 2016 może się zmobilizuję, a może nie – ale myślę, że na chwilę obecną wystarczy Wam paplania o literaturze. Zapraszam na inne fajne rzeczy w kolejnym poście.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz