Dzień dobry, północy, Lily Brooks-Dalton

"Spojrzał w górę, na gwiazdy, czekając, żeby przygasiły przepełniające go emocje, jak tyle razy wcześniej. Ale w tym momencie to nie zadziałało. Miał wrażenie, że wszystko, z gwiazdami włącznie, patrzy na niego zimno, obojętnie, z dystansu. Ogarnęło go pragnienie, żeby spakować walizkę i ruszyć dalej. Ale oczywiście nie miał dokąd. Stał więc w miejscu, wciąż patrząc w niebo, z dłonią na plecach Iris, i poczuł się - po raz pierwszy od lat tak się poczuł - bezradny, samotny, przestraszony. Gdyby w kącikach oczu nie zamarzały mu łzy, jeszcze by się rozpłakał"

Wyobraźcie sobie, że nagle ucichły wszystkie radia, zamilkły satelity. Jesteście daleko od domu i raptem nie wiecie nawet, czy dom jeszcze istnieje. Z dnia na dzień stajecie się samotni, tak samotni, jak jeszcze nigdy w życiu – jak ostatni żywy człowiek na świecie, który się skończył.
„Dzień dobry, północy” to właśnie opowieść o samotności, podniesionej do entej potęgi. Ta wyjątkowa historia mówi nam o jakimś nienazwanym kataklizmie, którego niemal nikt nie przeżył. Niemal, bo wyjątkiem jest tu stetryczały naukowiec w obserwatorium na Arktyce, i załoga statku kosmicznego „Aether”, powracająca z eksploracji Jowisza na Ziemię. Żadne z nich nie wie, co się stało. Okazuje się, że zarówno załoga statku jest zdana na siebie, jak i ostatni człowiek na świecie. No, prawie ostatni. Ten stary, nieprzyjemny naukowiec po chaosie związanym z pospieszną ewakuacją znajduje w obserwatorium małą dziewczynkę…
Ta opowieść to alegoria, piękna, brutalna opowieść o samotności i żalu. Podzielona niejako na dwie linie fabularne, które – co oczywiste – w pewnym momencie się łączą – nie jest opowieścią stricte apokaliptyczną. Podobnie, jak bohaterowie, nie wiemy, co się właściwie stało. Bo wiecie, co? To nie jest ważne. Ważne jest to, że w perspektywie końca świata wszystko, co wydawało się wyznaczać cel naszemu życiu, okazuje się być bez znaczenia.
Sully, jedna z członków załogi „Aether”, to matka, która poświęciła swoje życie rodzinne dla kariery w kosmosie. Ambitna, niesłychanie inteligentna, doskonale wykształcona astronautka celem swojego życia uczyniła eksplorację kosmosu. Poświeciwszy dla większego dobra swoje małżeństwo i relacje z córką, jest bohaterką, której często w literaturze nie spotykamy, ale w życiu – coraz częściej. Zwykle to mężczyzna bywa tym, który dla kariery zostawia rodzinę, i to już nikogo nie dziwi, zresztą nasz drugi bohater – naukowiec z Arktyki, Augustine, wpisuje się w ten schemat. Ta dwójka ma zresztą znacznie więcej ze sobą wspólnego...
Czytając „Dzień dobrym północy”, po głowie tłukło mi się wiele skojarzeń. Wątek Augustine’a i Iris, surowa, mroźna noc polarna i nieogarnięta okiem przestrzeń przywodziły na myśl „Terror” Dana Simmonsa (głównie poprzez wybór miejsca akcji), zaś lakoniczne rozmowy tej dziwnej pary i motyw podróży przez nicość do niepewnego azylu – „Drogę” Cormaca McCarthy’ego. Wątek kosmiczny natomiast, pełen technicznych szczegółów i ogromu wiedzy astronomicznej, przypomniał mi „Marsjanina”Andy’ego Weira, powieść, w której samotność również odgrywała istotną rolę. Abstrahując już od skojarzeń z innymi dziełami, ważne jest jednak to, że niezależnie od fabuły powieść opiera się głównie na kwestiach psychologicznych. Autorka w niemal poetycki, malowniczy, ale i brutalnie pozbawiony ckliwych ozdobników i wymówek przedstawia to, co dzieje się z psychiką człowieka u kresu życia, który osiągnął wszystko, czego chciał, i raptem dociera do niego, że się strasznie, ale to strasznie pomylił; psychikę jednostki w zamkniętej, niezwykle hermetycznej grupie (nie ma bardziej hermetycznego zgromadzenia, jak grupa astronautów w statku kosmicznym miliardy kilometrów od domu) i to, jak sobie radzi z presją odpowiedzialności oraz beznadziei, ogarniającej człowieka tuż po tym, jak sobie uświadomi, że jego działania nie mają publiczności, a wszystkie wielkie osiągnięcia straciły jakikolwiek sens.
Ale nie dajcie się złudzić. To nie jest łatwa czy przyjemnie kończąca się opowieść. Zakończenie sprawia, że potrzeba kilka godzin, by się otrząsnąć, choć kilkakrotnie w ciągu lektury bywałam olśniona na tyle, że łzy ciurkiem leciały mi po policzkach. „Dzień dobry, północy” to książka zupełnie odrealniona, z fabułą, która nigdy, przenigdy nie mogłaby się wydarzyć, a jednak czytelnik z pełną świadomością potrafi utożsamić się z bohaterami, a oni pomagają mu w walce z własnymi demonami. Tak ja to odebrałam i mi powieść Brooks-Dalton dała wiele do myślenia i otworzyła oczy na kwestie, z którymi borykam się we własnym życiu.  

Ta książka jest dopieszczona w każdym szczególe – zarówno w treści, jak i w wyglądzie, bo okładkę ma boską. Cudowny kawałek arktycznego nieba na okładce i błyszczące gwiazdy dookoła samotnego, maleńkiego pomarańczowego namiotu nie tylko dobrze nawiązują do treści książki, ale także świetnie obrazują przekaz nieliteralny, nadany przez autorkę.  Jestem autentyczna zauroczona tą powieścią, choć myślałam, że będzie to po prostu kolejna opowieść postapokaliptyczna w stylu „Pandemii” Jany Wagner, ale dostałam coś znacznie, znacznie głębszego. Kierujcie swoje kroki do księgarni, bo „Dzień dobry, północy” będzie jedną z najważniejszych powieści 2017 roku. 

"Dzień dobry, północy"
Lily Brooks-Dalton
Wyd. Czarna Owca 2017


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz