Dziewczyna w walizce, Raphael Montes

"Poczuł się źle: po raz pierwszy pomyślał o sobie jako o kimś niegodziwym. Ale czy rzeczywiście stał się przestępcą, wkładając Clarice do walizki i przywożąc ją do swojego domu?"

To dopiero dziwaczna, dziwaczna książka. Thriller psychologiczny, napisany w taki sposób, że człowiek po lekturze czuje się jak maratończyk. Wbrew pozorom! „Dziewczyna w walizce” opisuje bowiem bardzo prostą historię, wręcz banalną, taką, jakich pełno w filmach, książkach, życiu. Jest to mocno pokręcone love story napisane z punktu widzenia ostro pojechanej osoby. Nieskomplikowana fabuła i prosty język, krótkie, dynamiczne zdania, nieco momentami infantylny punkt widzenia i strasznie, ale to strasznie zaburzony umysł – oto przepis na niepokojącą książkę.

Główny bohater, student medycyny, ma za sobą tylko jeden poważny związek. Z kobietą, która go rozumiała. Która go akceptowała. Gertruda. Obiekt badań w prosektorium. Tak, Gertruda była trupem, ale kogo to obchodzi? Najważniejsze, co do niej czuł i co najpewniej ona czuła – bądź czułaby, gdyby mogła – do niego.
Wakacje. Teodor jest przekonany, że jedyne, co będzie jego udziałem tego lata, to czekanie na nowy semestr. Gdy na przyjęciu zagaduje do niego urocza, bezpośrednia i pełna życia dziewczyna, wszystko się zmienia. Teodora przestaje męczyć nawet matka na wózku inwalidzkim i jej szczekliwy golden retriever. Jest szczęśliwy, wreszcie, wreszcie!
Dziewczyna jednak nieco inaczej pojmuje ich relację. To nic. Teodor jej wszystko wyjaśni. Taka miłość, jak ich, się po prostu nie zdarza – dlatego Clarice może nie zdawać sobie sprawy z tego, co ich łączy. Teo jej wszystko wytłumaczy, mają na to sporo czasu. Bo czyż reszta życia to mało?
"Miłość tylko wtedy jest piękna, kiedy uda nam się znaleźć kogoś, kto wyzwoli w nas to, co najlepsze" (Mario Quintana)

Skojarzenia z "Misery" Stephena Kinga są jak najbardziej uzasadnione (Clarice jest scenarzystką i taką żeńską wersją Paula Sheldona), oczywiście samo imię głównej bohaterki też przywodzi na myśl mistrzowską opowieść. Resztę możecie sobie dopowiedzieć. Jak pisałam wcześniej, jest to naprawdę prosta historia o bardzo prostej fabule. 

Ale każda reguła ma wyjątek i jeśli autor ma łeb na karku, do takiej prostej historii nawrzuca trochę twistów tak, jak wrzuca się rodzynki do ciasta. I, na szczęście, Raphael Montes to zrobił. Pomimo że książka momentami bywa męcząca, narracja nużąca, a cała historia po prostu irytująca – no bo tu naprawdę mamy do czynienia z poronionym obłędem, który jest jednocześnie niesłychanie infantylny – to zdarzają się niezłe twisty, ratujące całość, a na koniec cierpliwy czytelnik dostaje istną wisienkę na torcie. Fabuła wciąga, bo jest (ach, już to mówiłam?) prosta, zdania krótkie, opowieść toczy się jak wagonik na torach, ciężko odwrócić wzrok, odłożyć książkę. Tak jakby autor wkręcał czytelnikowi chore rozumowanie bohatera - ustawiczne powtarzanie pewnych pojęć i spostrzeżeń działa na zasadzie robienia wody z mózgu. To wszystko sprawia, że książkę czyta się szybko i odkłada z poczuciem spełnienia, choć absolutnie nie jest to majstersztyk ani książka, którą przeczytam ponownie. To dziwaczna, dziwaczna książka. 
Jak się już weźmie tę książkę do ręki, ciężko ją odłożyć. Występuje syndrom jeszcze jednego rozdziału, choć momentami odechciewa się czytać - wydaje się bowiem, że wszystko już wiemy, że zakończenie tej historii może być tylko jedno. Na szczęście możemy się zdziwić i to kilka razy. Więc jeśli szukacie czegoś innego, oryginalnego, dziwacznego... albo możecie utożsamić się z bohaterem, gdyż właśnie przeżywacie wielką miłość, to łapcie za "Dziewczynę w walizce". Dostaniecie dość ciekawe studium toksycznej miłości w jej najbardziej chorym wydaniu z kilkoma naprawdę dobrymi momentami. Ku przestrodze. 

"Dziewczyna w walizce"
Raphael Montes
Wyd. Filia 2016

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz