Frankenstein, Mary Shelley


"Tu muszę przerwać na chwilę opowieść, potrzebuję bowiem całego hartu ducha, by przypomnieć sobie straszliwe wydarzenia, które przyszło mi teraz opowiedzieć, w każdym szczególe, tak jak zapisały mi się w pamięci" 

Frankenstein to nazwisko na tyle wpisane w popkulturę, że już w zasadzie trudno ogarnąć, czy to nazwisko stwórcy, czy imię potwora.  Bo choć wspomniana popkultura co żywo (ha, ha) czerpie z tej historii garściami, a potwór Frankensteina stał się już niejako ikoną, to wciąż mało kto zna opowieść Mary Shelley. "Frankenstein" to powieść powstała na początku XIX wieku piórem autorki, która zdecydowanie za dużo czasu spędzała na rozmyślaniu o życiu i śmierci. A może i dobrze, że nie miała lepszych zajęć? Inaczej nie byłoby "Frankensteina", legendarnej powieści grozy, która stała się źródłem mitu i przeniknęła tak mocno w naszą codzienność, że trudno sobie wyobrazić świata horroru bez niej. Napisana przez dziewiętnastoletnią wówczas młodą matkę (!) do dzisiaj zadziwia bystrością, dojrzałością poglądów i ponadczasowymi lękami, które - pomimo upływu lat i wzrostu świadomości życia i śmierci - wciąż są aktualne.
"Jednym ze zjawisk, które wyjątkowo mocno pochłaniały mą uwagę, by la budowa cielesnej powłoki człowieka, a także każdego stworzenia obdarzonego życiem. Skąd - zastanawiałem się często - bierze się pierwiastek życia?"
A o czym jest "Frankenstein"? Jest to opowieść pisana z perspektywy Roberta Waltona, angielskiego żeglarza, który niegdyś utknął wśród arktycznych lodów. Wraz z załogą ze zdumieniem zauważają na środku lądolodu spacerującego rozbitka. Rozbitkiem okazuje się być szwajcarski przyrodnik Wiktor Frankenstein. To właśnie jego opowieść, którą Walton przedstawia następnie w listach siostrze Małgorzacie, tak mrozi krew w żyłach - to  on ulepił niegdyś ludzką istotę, która żyje... i która czai się, głodna mordu i zemsty, gdzieś w ciemnościach. 

Napisana została tak, jak można się spodziewać po XIX wiecznej książce - w sposób niezwykle zawiły, malowniczy, poetycki, gotycki; mnóstwo archaizmów i patetycznych wtrąceń sprawiają, że książka posiada niezwykle duszący, swoisty klimat. Czytałam recenzje, w których roi się od pretensji, że brak realizmu, że trudny język, że sporo paplania o niczym. Cóż. Realizm do horroru ma się tak, jak świnia do dworu. Trudny język? Cóż, książkę napisano 201 lat temu (!) i trudno, by język był luzacko współczesny i zajedwabiście łatwy do zrozumienia. Natomiast ta paplanina to prosta rzecz dla romantyków, wystarczy poczytać inne twory klasycznej literatury, nie tylko grozy, by się przekonać, że o wszystkim - nawet o szklance soku - można pisać w nieskończoność. Taka specyfika literatury klasycznej, na szczęście dawniej pisano książki nieco bardziej ukwiecone literacko, niż obecnie (i mam tu na myśli chociażby romanse niektórych polskich autorek, grrr!). A gdy już odłożymy na bok wszelkie pretensje co do tego, jak się tę książkę czyta, zostawiamy żywe (martwe?) wnętrze. Sens i drugie dno. 

Uff, naprawdę się dziwię, że laska miała 19 lat, gdy to pisała.

"Frankenstein" to jest jedna wielka nieżywa metafora życia, samotności i tęsknoty. To, że dotyka również kwestii moralnych, jak chociażby to, czy można poczuć się Panem i Stwórcą, czy można bawić się w Boga, czym jest pragnienie totalnej władzy nad żywą istotą - to insza inszość. Bo poza tym, co nam się kojarzy z Frankensteinem (ten okrzyk znany z filmu: It's alive! Alive!!!), to jest to tak naprawdę strasznie smutna i depresyjna historia. Poważnie. Depresyjna historia, która przywodzi na myśl sentencja z "Małego Księcia": "Stajesz się odpowiedzialny za to, co oswoiłeś". Czy to się tyczy również tego, co się stworzyło...? 
"W porywie szalonego entuzjazmu stworzyłem rozumną istotę i powinienem był uczynić wszystko,co w mojej mocy, by zapewnić jej dobre i szczęśliwe życie" 
Trudno "zrecenzować" powieść klasyczną, zawsze mam z tym problem. Wydaje mi się, że pewnych książek nie powinno się krytykować, a nawet gdyby się chciało, to bardzo trudno się do tego zmusić. Bo cóż można złego powiedzieć o "Frankensteinie"? Że jest archaiczny? Że momentami przynudza? Że treść jest naiwna, mało zaskakująca? Cóż. Gdyby ta powieść została napisana w XXI wieku, z pewnością tak bym powiedziała. Ale w tym przypadku powiem tylko: wow! Kawał dobrej, mądrej i ważnej lektury, ten "Frankenstein". Jest to po prostu must-read niezależnie od preferencji. Książka, choć stylizowana na grozę, posępna i mroczna (w kilku chwilach, z racji umiejscowienia akcji i nawiązań, kojarzyła mi się z "Terrorem" Simmonsa, a w innych - z "Cieniami w mroku"), ma w sobie większy ładunek filozoficzny i moralny, niż stricte beletrystyczny. 

Warto również wspomnieć o cudnym wydaniu, które jest już wizytówką wydawnictwa Vesper - twarda oprawa, szyte kartki, do tego - tradycyjnie już - dodatki - Przedmowa i posłowie Macieja Płazy, wstęp Mary Shelley, opowieści "Dziennik z Genewy. Opowieści o duchach" autorstwa Percy'ego Bysshe Shelley (w tym jedna opowieść idealna dla miłośników kotów), "Wampir" Johna W. Polidoriego oraz fragment "Pogrzebu" George'a Byrona, czyli coś dla każdego. Całość pięknie udekorowano ilustracjami Lynd Ward, które wprowadzają dość niepokojącą atmosferę. Strasznie mi się podoba całość i bardzo gorąco Was zachęcam do nabycia tej książki. Warto znać, warto mieć.

"Frankenstein czyli współczesny Prometeusz"
Mary Shelley
Wyd. Vesper 2017

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz