Dziewczyna #9, Tami Hoag

"Nie jest odważny ten, kto nie zna lęku"

Dwukrotnie już miałam przyjemność obcować z prozą Tami Hoag i trzecie spotkanie okazało się równie udane. "Dziewczyna #9" to sprawnie napisana, wciągająca i - co najistotniejsze - zaskakująca powieść kryminalna, niepozbawiona obrazowych opisów i wyważonych elementów pobocznych uzupełniających lekturę. To nie jest typowa, babska literatura - Tami Hoag znacznie bliżej do Cobena, niż do Sophie Hannah. Wątek obyczajowy jest tu ledwie napomknięty, co dla mnie jest ogromnym plusem. 

Nowy Rok. Kierowca limuzyny wiozącej półnagie dziewczyny i mocno podpitych facetów ledwie zdoła wyhamować, gdy z bagażnika auta przed nim wyleci zombie. Tak, zombie. Martwa, niesamowicie okaleczona dziewczyna przypomina istotę, jakie pałętały się przed bramą więzienia w ostatnim sezonie The Walking Dead. Kierowca odtąd będzie miał traumę, zaś detektywi Kovac i Liska - kolejną Jane Doe w rejestrze. 

W ciągu minionego roku policja utknęła w - dosłownie - martwym punkcie, jeśli chodzi o złapanie mordercy aż ośmiu innych kobiet. Doc Holiday, bo tak przezwali seryjnego mordercę, "pracuje" tylko w czasie świąt. Sam Doc jest bardzo zadowolony z takiej ksywki - właśnie tak nazywał się dentysta-rewolwerowiec, który brał udział w wydarzeniach w Tombstone w latach '80 XIX w. "Nie, żeby historyczny Doc Holiday miał cokolwiek wspólnego z Holidayem, który wyrzucał ciała na pobocze. Nic z tych rzeczy. To już jego historia."
 Dziewczyna z bagażnika mogłaby być jego dziewiątą ofiarą i należy działać szybko, nim na którejś z amerykańskich autostrad pojawi się kolejna, dziesiąta, martwa kobieta. Funkcjonariusze są jednak zdruzgotani - dotychczas nie mieli absolutnie nic na tego faceta poza ośmioma porzuconymi trupami. Same trupy też niewiele łączyło - przypadkowo wybrane kobiety musiały po prostu znaleźć się w złym miejscu i czasie. Tym razem jednak coś się zmieniło, zupełnie jakby morderca wyzwolił ogromną dawkę tłumionej agresji i gniewu, po czym wyładował je na swojej kolejnej ofierze. Czyżby Doc Holiday znudził się dotychczasowym scenariuszem i postanowił nieco urozmaicić swoje modus operandi

Tami Hoag jest niezwykle uzdolniona. Prowadzi akcję w równym tempie, i wciąż jest to allegro. Co jakiś czas podrzuca czytelnikowi jakiś trop, ale jest dość skąpa - ostatecznie i tak rozwiązujemy sprawę w tym samym czasie, co Liska. Postaci są solidnie wykreowane, niepozbawione wad, zaś sama Liska i Kovac kojarzyli mi się odrobinę z Rizzoli i Korsakiem z powieści Tess Gerritsen. Liska to kobieta cyniczna, mocno stąpająca po ziemi, Kovac z kolei wciąż ma na nią oko, choć nigdy w życiu by się do tego nie przyznał. Hoag zgrabnie wplata ważną kwestię społeczną - przemoc w sieci i niebezpieczeństwa, jakie Internet ze sobą niesie. I choć wszystko, co opisałam powyżej, rzeczywiście działa na plus książki, to największą zaletę opiszę dopiero teraz.
Czapki z głów dla Tami Hoag, która w niesamowicie lekki, a jednocześnie rzeczywisty sposób potrafi wejść w skórę nastolatki. Sądzę, że to niezwykle trudne w wiarygodny sposób pisać o bolączkach i problemach młodych ludzi - powiedzenie "zapomniał wół, jak cielęciem był" nie powstało przypadkowo. Niejednokrotnie spotkałam się z bardzo tendencyjnym opisem świata nastolatków - dojrzali autorzy często przesadzają, hiperbolizują, w efekcie czego każdy bohater w wieku poniżej dwudziestu lat staje się dziecinny, infantylny, naiwny i... głupi. Hoag oddaje sprawiedliwość młodzieży, dla której ich problemy - dla nas banalne - są całym światem. Punkt widzenia zawsze zależy od punktu siedzenia i potrzeba ogromnej empatii, by móc w przekonujący sposób opisać wydarzenia z perspektywy nie tylko osoby odmiennej płci, ale osoby o kilka dekad młodszej. To, o czym pisała Hoag w "Dziewczynie #9", całkowicie mnie przekonuje, choć przecież tak łatwo zirytować czytelnika niezbyt wyważoną kreacją postaci. 

Lubię Hoag i po raz kolejny się na niej nie zawiodłam. Żałuję, że autorka nie jest bardziej popularna w naszym kraju - to świetna "kryminalistka" z widocznym talentem pisarskim, znajdującym ujście w porządnie skonstruowanych historiach. Szczęśliwie autorka nie "płynie" z fabułą, nie wyolbrzymia, nie wprowadza na siłę wątków romantycznych, a wątki obyczajowe są stonowane i ich obecność jest podyktowana światem przedstawionym, a nie odwrotnie. Brak przejaskrawienia w budowie postaci czy zdarzeń sprawia, że powieść czyta się z ogromną przyjemnością, nie przerywaną westchnieniem rozpaczy czytelnika z powodu zbyt przesadnych opisów. A jednocześnie Hoag nie bawi się w delikatność - gdy potrzeba, potrafi być bardzo obrazowa, a niekiedy wręcz boleśnie makabryczna. To właśnie jest kluczem do wywołania u czytelnika emocji - ukazanie rzeczywistości takiej, jaka jest. To wystarczająco brutalne.

Doskonale wiecie, że nie przepadam za tym specyficznym, kobiecym stylem kryminałów. Takie kryminały charakteryzują się nadmiarem miodu i deficytem zdrowego rozsądku; bohaterowie są bez skazy, idealnie piękni i perfekcyjnie idealni (tak, określenie celowe), zaś ich miłość - ckliwa, wywołująca mdłości i przekoloryzowana. Sama zaś intryga jest jedynie wątkiem spajającym całą - straszliwie irytującą - fabułę. Oczywiście takie książki mają czytelników - i bardzo dobrze! - ale ja osobiście wolę się trzymać od nich z daleka. Tami Hoag chyba podziela moje zdanie, bo u niej... jest po prostu realnie. Jak na historię o seryjnym mordercy i zombie, rzecz jasna. ;) 

Reasumując, "Dziewczyna #9" to kawał dobrej literatury na upalne, bezchmurne popołudnie przy drinku z palemką. Nie jest to może ciężki, mroczny thriller psychologiczny, ale o tej porze roku to dokładnie to, czego mi było potrzeba. I wcale nie koloryzuję :) Polecam.

The 9th Girl, tłum. B. Budrecka
Mira 2014


Inne powieści Tami Hoag, o których pisałam:





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz