Opowiedz mi mroczną historię. Rozmowa ze Stefanem Dardą


Stefan Darda właśnie wydał swoją szóstą pozycję książkową - tym razem jest to zbiór opowiadań o bardzo obiecującym tytule "Opowiem ci mroczną historię". Sam twierdzi, że właśnie zakończył się pewien etap, a rozpoczął kolejny. Opowiedział mi o tym, jak i o wielu innych sprawach. Poczytajcie.


Stefanie, właśnie ukazała się Twoja szósta pozycja książkowa i tym razem jest to zbiór opowiadań. Pisałeś na FB, że oto rozpoczyna się kolejny etap - co miałeś na myśli? Co symbolizuje "Opowiem ci mroczną historię"?
Jest to w pewien sposób zamknięcie fazy mojej literackiej przygody, która zaczęła się słowami „Spojrzenie zza płotu niemal paliło plecy”, czyli pierwszym zdaniem „Domu na wyrębach”, a zakończyła wraz z postawieniem ostatniej kropki posłowia napisanego do „Opowiem ci mroczną historię”. Minęło parę ładnych lat, myślę, że ten czas w jakiś sposób mnie kształtował jako człowieka, ponieważ bardzo wiele się wydarzyło w moim życiu, ale także miał wpływ na moje postrzeganie własnej twórczości. Teksty w zbiorze powstawały niejako „obok” powieści, teraz wszystko ładnie się zbiegło i złożyło w całość, ledwie kilka miesięcy po ukończeniu pracy nad czterotomowym cyklem „Czarny Wygon”. Nie ma niczego w szufladzie do publikacji, wiele pracy przede mną. Czuję się trochę jak wędrowiec, który osiągnął ważny przystanek w swojej włóczędze, ma satysfakcję z drogi, którą przebył, ale jednocześnie już spogląda gdzieś w dal, zastanawiając się nad wyborem nowej ścieżki i kolejnego, możliwie najbardziej satysfakcjonującego celu.
Znasz już ten cel, czy jeszcze się rozglądasz?
Wiem już którędy pójdę, ale cel na razie majaczy tylko gdzieś w oddali. Mam nadzieję, że nie jest on jedynie fatamorganą.
Masz niezłe tempo. 6 książek w 6 lat. Nie próżnowałeś, wiele się zdarzyło. Gdy patrzysz wstecz – to czy teraz napisałbyś te same książki, poprowadził takie same fabuły? Co czujesz, kiedy trzymasz w ręku swoje tomy? Dumę, tęsknotę, spełnienie, czy może gdzieś zgrzyta myśl, że coś mogłeś napisać inaczej?
Nie wiem, czy to jest niezłe tempo. Zdarza mi się refleksja, że mógłbym pisać więcej, ale z drugiej strony hamuje mnie dbałość o jakość tekstu, więc staram się znaleźć coś w rodzaju złotego środka.
Kiedy myślę o dotychczas wydanych książkach, to czuję satysfakcję z wykonanej pracy, a jeszcze bardziej cieszy mnie, że nie istnieją one w próżni, że odnajdują odbiorców i na swój sposób do nich trafiają. Zapewne teraz napisałbym je nieco inaczej, ale wtedy nie byłyby one tak autentyczne, jak pierwowzory, które powstawały przez te wszystkie lata. Utwory literackie rozgrywają się „tu i teraz” z punktu widzenia autora, pokazują jaki jest w danej chwili, co go trapi, co fascynuje, co chciałby przekazać Czytelnikowi. W związku z tym daleko idące korekty i zmiany redakcyjne wprowadzane później nie mają sensu; są jak operacje plastyczne, które być może pozornie poprawiają urodę, ale na dłuższą metę nie są w stanie zastąpić naturalnego, czasem nie do końca idealnego, ale za to prawdziwego i przez to bardziej wartościowego oblicza powieści czy opowiadania.
Porozmawiajmy o „Opowiem ci mroczną historię”. Dziewięć opowiadań, każde z nich mniej lub bardziej dotyczy tego, że człowiek jest istotą słabą, podatną na sugestię i manipulację, zdolną do strasznych czynów. Jesteś podglądaczem? Wyrobiłeś w sobie nawyk obserwowania ludzi?
Podglądaczem chyba nie jestem, ale obserwatorem – i owszem. Zresztą, to chyba naturalne po napisaniu paru książek, że zmysły działają trochę inaczej, że są bardzo wyczulone na wydarzenia, obrazy, ludzkie zachowania. Czasem się łapię na nieświadomym mieleniu w głowie czegoś, co przed chwilą miało miejsce pod kątem ewentualnej użyteczności w procesie tworzenia fabuły. Na szczęście, przynajmniej na razie nie jest to męczące, nie mam potrzeby, aby natychmiast (na przykład w notesie) lub tuż po włączeniu komputera robić notatki. Interesujące mnie i potencjalnie przydatne zdarzenia zostają gdzieś z tyłu głowy w charakterze mozaiki, z której w razie potrzeby wyłuskuję jakiś akurat potrzebny mi element.

Opowiadania spaja jeszcze jedna kwestia – zaświaty, metafizyka, drobne ingerencje tej Drugiej Strony. Powiedz tak szczerze – wierzysz w to wszystko? Czy hołdujesz zabobonom, czy są raczej dla Ciebie jedynie źródłem niekończących się inspiracji?
Czytałem gdzieś, że pisząc „Misery” Stephen King pod postacią Annie Wilkes widział jeden ze swoich nałogów. Jakiś czas po ukończeniu „Domu na wyrębach” uświadomiłem sobie, że pojawiająca się w tej powieści strzyga również jest uosobieniem czegoś więcej, niż tylko słowiańskiego demona – jest czymś (lub kimś), co sprawia, że Marek Leśniewski musi podjąć decyzję odnośnie podjęcia walki o realizację swoich marzeń. Baśka jest „ucieleśnieniem” zagrożenia, ale też może stać się katalizatorem zachowań, z których Leśniewski może być dumny. Piszę o tym dlatego, że tak naprawdę chyba te wszystkie zjawiska, o których wspomniałaś w pytaniu, można traktować wielopoziomowo (również w opowiadaniach, czy w cyklu „Czarny Wygon”), są pretekstem do opowiedzenia historii, ale też odpowiednim narzędziem do poprowadzenia Czytelnika w te rejony (również te mentalne) postrzegania przedstawionego świata w których chciałbym, aby się znalazł. Jeśli tylko mi się to udaje, to oczywiście, że wierzę w metafizykę, zabobony, strzygi i wampiry, bo gdyby nie istniały, nie dokonałbym tego. Zresztą literatura to przecież jedna wielka magia.
Wierzysz w Boga?
Jak widać, nie udało mi się wykręcić sianem (śmiech). Zupełnie serio mówiąc, wolę tego nie zdradzać. Nie dlatego, że mam jakiś problem ze swoją wiarą czy niewiarą, ale dlatego, że taka wiedza pozbawiłaby Czytelników moich książek możliwości domyślania się tego czy piszę na serio np. o ochronnym działaniu wody święconej („Dlaczego, u licha, Darda jest takim ekshibicjonistą w tych poniekąd intymnych kwestiach?!”), czy też może piszę nie traktując tego typu rzeczy serio („Dlaczego, u licha, on pisze o rzeczach, w które kompletnie nie wierzy?! Cynik!”). Po prostu chyba lepiej jest, jeśli odbiorca nie interpretuje utworów literackich poprzez pryzmat poglądów autora.
A w karmę? ;)
Wierzę w to, że warto brać sprawy we własne ręce i działać z całych sił, bo za jakiś czas może być za późno, a czy to zakłada istnienie czegoś takiego, jak karma? Nie mam pojęcia.
W „Opowiem ci mroczną historię” pojawiają się różni bohaterowie. Z którym z nich łączy Cię najwięcej? Wiem z „Posłowia”, iż np. „Rowerzysta” powstał dzięki własnemu doświadczeniu. A reszta? Nie byłeś przecież nigdy bezdomny, nie cierpiałeś na depresję, nie miałeś także wampirycznej kuzynki… Skąd w Tobie umiejętność tak wiarygodnego wcielania się w różne osoby, z różnym zapleczem, z tak odmiennymi od Twoich dramatami?
Staram się ani nie identyfikować z moimi bohaterami, ani do nich jakoś szczególnie nie przywiązywać i w przypadku zbioru „Opowiem ci mroczną historię” chyba mi się to udało. Lubię patrzeć chłodnym okiem, jak sobie radzą z przeciwnościami losu, jak niesie ich własna historia, która jest przeze mnie tylko spisywana. Nawiązując do jednego z wcześniejszych pytań, to właśnie w tym wypadku jestem podglądaczem, starającym się zobaczyć jak najwięcej – również to, co siedzi w ich głowach.
Jeśli zaś chodzi o coś, co można byłoby chyba nazwać „empatią literacką”, a więc o umiejętność przekonującego wcielania się w coraz to nowe dusze bohaterów, to chyba bez tego trudno pisać wciągającą i wiarygodną psychologicznie (zdaje się, że fabularnie również) beletrystykę. Trzeba też w miarę przyzwoicie poznać środowisko i zajęcia, którym się oddają, a to jest zajęcie z jednej strony żmudne, ale też fascynujące. W „Opowiem ci mroczną historię” główne role grają przykładowo: dziennikarz radiowy, były policjant, sędzia sądu okręgowego, mechanik samochodowy czy kobieta zajmująca się domem i dziećmi, a obok głównych bohaterów pojawiają się przecież postaci drugoplanowe... Gdyby wszyscy byli podobni i robili w życiu mniej więcej to samo, to ciężko byłoby ich losami zainteresować Czytelników.
Nie da się ukryć, że darzysz Czytelników szczególnym szacunkiem – witasz ich i żegnasz w swoich książkach. Czy pisarz jest bardziej sługą, czy panem? Twój sukces w głównej mierze zależy właśnie od Czytelników, ale z drugiej strony to Ty masz władzę absolutną nad losem swoich bohaterów. Bez autora nie byłoby czytelników… i odwrotnie. Czy istnieje w ogóle pewna specyficzna hierarchia?
To prawda, że większość moich książek opatrzona jest przedmową – swego rodzaju zaproszeniem do wykreowanego przeze mnie świata, a czasem również kilkoma zdaniami związanymi z kulisami powstawania danego utworu (czegoś takiego, z przyczyn oczywistych, nie ma jedynie przed powieścią „Czarny Wygon. Bisy II”). Wielokrotnie mówię o tym, że piszę takie książki, jakie sam chciałbym czytać, a tego rodzaju słowa wstępne zawsze pomagają mi jako czytelnikowi łatwiej wejść w fabułę, w jej klimat. Dlatego też sam staram się je zamieszczać.
W relacjach pisarz – Czytelnik można mówić wyłącznie o symbiozie, nie ma i nie może tu być żadnej hierarchii.
Czy zdarza Ci się zmieniać zakończenia swoich historii przez wzgląd właśnie na Czytelników? Bo, jak pisałeś wcześniej, spisujesz tylko te historie. Jesteś w ciągu, piszesz, piszesz… i kończysz. Za dwa dni czytasz to, co napisałeś, i dochodzisz do wniosku, że nie, że Czytelnikowi się to nie spodoba. Zmieniasz końcówkę czy pozostawiasz ją taką, jak jest – bo pierwsze pomysły zwykle bywają najlepsze?
Nie, nigdy w mojej twórczości nie miała miejsca zmiana fabuły lub zakończenia „pod Czytelnika”. Mało tego, czasem wiem o tym, że balansuję nieco na krawędzi jego gustu, a nawet z rozmysłem idę trochę pod prąd, niemniej jednak jestem świadom tego, co robię. Tak właśnie było z powieściami „Bisy” i „Bisy II”, tak było z zakończeniem „Domu na wyrębach”. W odpowiedzi na poprzednie pytanie napisałem o swego rodzaju symbiozie i w nawiązaniu do tego dodam, iż chciałbym, żeby moim Czytelnicy mieli do mnie zaufanie. Coś, co na pierwszy rzut oka może się wydawać niewłaściwe, mało przekonujące, przy bliższym przyjrzeniu się może stać się bardziej wartościowe (podobnie jest z muzyką – zdarza się, że trudne w pierwszym odbiorze utwory znacznie zyskują po kilkakrotnym odsłuchaniu).
Jeśli chodzi o pierwsze pomysły, to różnie z nimi bywa… Czasem są najlepsze, czasem wymagają szlifu, a zdarza się też, że lądują w koszu. Dlatego w kluczowych momentach zdarza mi się bardzo długo rozmyślać nad fabułą, przytrafiają mi się długo trwające okresy niepisania. Pozornie mogą się one wydawać stratą czasu, ale w ogólnym rozrachunku czas oszczędzają, bo kiedy piszę, jestem przekonany o słuszności obranej drogi i niezwykle rzadko zdarza mi się usunąć jakiś akapit (nie mówiąc już o większych partiach tekstu).
Nie masz niczego w szufladzie, przyznałeś na początku. Czy obecnie pracujesz nad czymś nowym? Na ile plotki o kontynuacji „Domu na wyrębach” są zgodne z prawdą?
W tej chwili nie piszę. Ostatnie miesiące były mocno intensywne pod tym względem, więc chcę trochę przewietrzyć głowę, przygotować się do nowych wyzwań. Plotki o kontynuacji „Domu na wyrębach” zawierają w sobie nieco prawdy, aczkolwiek osoby, które czytały tę powieść doskonale zdają sobie sprawę z faktu, że ciąg dalszy w ścisłym tego słowa znaczeniu możliwy raczej nie jest. Będzie natomiast powieść, która nawiązuje do mojej debiutanckiej książki.


źr. www.darekkocurek.com

Nowy etap – czy to oznacza nowy gatunek? Wyjdziesz poza ghost-story, poza wieś, planujesz coś zupełnie innego, niż dotychczas?
Na najbliższy czas planuję coś nieco innego, aczkolwiek nawet w tym jednostkowym wypadku z pewnością nie zdecyduję się na jakąś spektakularną woltę. Mroczne klimaty są tym, w czym czuję się najlepiej.
Pokusiłeś się na swoją własną wampiryczną historyjkę w jednym z opowiadań „Opowiem ci mroczną historię”. Muszę przyznać, że to dość oryginalne, bardzo swojskie spojrzenie na krwiopijców. Skąd Ci się to wzięło? Czy planujesz „pociągnąć” kiedyś ten temat?
Już jakiś czas temu postanowiłem, że spróbuję się zmierzyć z wątkiem wampirycznym. Nasłuchałem się zbyt dużo historii o tym, że po „Zmierzchu” nic już nie będzie takie samo, a wampiry są ostatecznie skompromitowane; w dodatku wiele osób twierdzi, że ta tematyka jest wyeksploatowana do kości i nie da się niczego nowego i oryginalnego napisać. To jest woda na mój młyn, ponieważ lubię porywać się na trudne zadania. Jakiś czas się zastanawiałem nad genezą mitu, którym się posłużę, do opowiadania zaprzągłem przekrój czasowy od roku 1951 aż do początków XXI wieku oraz tereny mi bardzo bliskie, a więc obecną (i byłą) Lubelszczyznę oraz Podkarpacie, a dokładniej okolice Ustrzyk Dolnych. Nie wiem, jak Czytelnicy to odbiorą, zobaczymy…
Jeśli chodzi o rozszerzenie opowiadania „Nika” w coś większego, to nie mogę takiego scenariusza wykluczyć. Na razie tak naprawdę opowiedziałem historię jednej dziewczynki oraz zahaczyłem o losy przesiedleńców, którzy na Podkarpacie trafili w wyniku Akcji H-T. Sama końcówka opowiadania też może rodzić znaki zapytania, więc, znając już siebie trochę, czuję, że podkarpackie wampiry na pewno będą mnie mocno kusić swoim syrenim śpiewem.

„Pierwsza z kolei” to historia z kolei banalnie prosta, a jednak nietuzinkowa i niesamowicie porywająca. Jakie są kulisy jej powstania?
Tak to już chyba jest, że czasem najprostsze pomysły bywają oryginalne i pociągające dla Czytelnika. Przychodzi mi tu od raz na myśl książka Stephena Kinga zatytułowana „Pokochała Toma Gordona”, która opowiada o tym, że… dziewczynka zgubiła się w lesie i jest to punkt wyjścia do niezwykłego studium psychologicznego. W ostatnim opowiadaniu mojego zbioru sprawa jest jeszcze bardziej prozaiczna, ponieważ fabuła oparta jest na tym, że dwoje obcych ludzi jedzie pociągiem w jednym przedziale, a odbiorca poznaje ich myśli. Pewnie byłoby to nudne, gdyby oboje byli zwykłymi, przeciętnymi śmiertelnikami. Problem pojawia się wtedy, kiedy… ale może lepiej nie będę uprzedzał faktów.
Kulisy powstania tego tekstu są tak prozaiczne, że aż wstyd o tym mówić – po prostu jechałem w jednym przedziale z nieznajomą kobietą i zacząłem snuć różne możliwe scenariusze. Tak to się przecież bardzo często zaczyna…

Farba drukarska w najnowszej książce jeszcze dobrze nie wyschła, ale muszę zapytać. Kiedy możemy się spodziewać nowego Dardy?
Boję się trochę pisać o planach, bo jak to stwierdził bohater opowiadania „Nika” zawartego w zbiorze „Opowiem ci mroczną historię”: „człowiek strzela, a los kule nosi”, ale chyba raczej się nie pomylę, jeśli napomknę o roku 2015. Jeden Darda wiosną, a jeden jesienią – takie są przymiarki. Co z nich wyniknie? Czas pokaże… Ale każda para życzliwie trzymanych kciuków w tej intencji będzie dla mnie na wagę złota.
 Trzymam. Dzięki!


***

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz