Kulisy Polskiego Horroru. #25 Olga Haber




Olga Haber. Jeszcze do niedawna nieistniejące nazwisko, nagle wdarło się szturmem na salony polskiej grozy i, rozpychając łokciami, wygodnie rozsiadło. Haber wyskoczyła jak Filip z konopi ze swoim debiutem "Oni", wydanym w ubiegłym roku przez wydawnictwo Videograf. Miałam przyjemność poznać Olgę osobiście na ubiegłorocznym Kfasonie i muszę przyznać, że ta kobieta to wulkan pozytywnej energii i mega radosna postać, pomimo tego, jak mroczna i niepokojąca jest fabuła jej książki (recenzja). Serdecznie Was zapraszam do lektury wywiadu, który odrodził nieco zapomniany już cykl Kulisy Polskiego Horroru. Mam nadzieję, że ta reaktywacja nie będzie chwilowa i już niebawem będę miała wielu nowych, polskich autorów grozy do przepytania ;) 


Paulina Król: Kim jest Olga Haber?

Olga Haber: Olga Haber jest kobietą, którą śmiertelnie wręcz nudzą komedie romantyczne. Nie powiem, że na ekranie koniecznie musi polać się krew, ale jeśli robi się mrocznie i tajemniczo, to jest właściwy klimat. Coś pomiędzy „Rec”, „Blair Witch Project”, a scenami z „American Horror Story”, której dwie pierwsze części wciągnęły mnie bez reszty. Trzecia nie jest już moim zdaniem taka udana, ale obejrzałam, chociażby ze względu na mistrzowską grę Jessiki Lange.
Lubię też azjatyckie kino grozy; pamiętam, że kilka filmów z tego kręgu kulturowego zrobiło na mnie spore wrażenie – naprawdę mocna rzecz.
Co jeszcze? Ciężko opisać co tak naprawdę we mnie siedzi, bo myślę, że jestem zupełnie zwyczajna. Dużo czytam, jeszcze więcej piszę. Nie znoszę czekać na kuriera – z całą pewnością oczekiwanie na paczkę znajduje się w ścisłej czołówce najbardziej znienawidzonych przeze mnie czynności. Nie, żebym miała coś do kurierów - dobija mnie nasłuchiwanie dzwonka.
Lubię ludzi, bez zastrzeżeń, po prostu. I tak się cudownie składa, że zazwyczaj z wzajemnością;-)
Lubię też czekoladę, ruskie pierogi, nasze polskie morze i mój stary rower. Mojego steranego życiem ośmioletniego laptopa też darzę szczególnym uczuciem - odwalił w końcu ze mną kawał dobrej roboty.
Co mogę dodać? Bywam szalona, bywam infantylna i nieco kapryśna. Na pewno empatyczna, ale to akurat cecha każdego, kto para się piórem. Bo jak cokolwiek napisać, nie współodczuwając emocji? W takim układzie można by co najwyżej opisać otwarcie nowego węzła kolejowego.
Pracuję zrywami. Kiedy zaczynam coś nowego, żadna siła nie jest w stanie oderwać mnie od komputera. Nieważne – świątek, piątek, czy niedziela – ja piszę. Zdarza mi się jednak „utknąć” z fabułą, albo zwyczajnie się przemęczyć i wtedy robię sobie trochę wolnego. Ktoś powiedział, że nie ma czasu na czytanie, bo dużo pisze, ale ja staram się te dwie czynności traktować w miarę po równo. No dobra, piszę więcej, niż czytam. Ale książki kocham i bywa, że zapominam o całym świecie z nową powieścią w ręku. Co lubię? Horrory, thrillery, kryminały, dobre powieści obyczajowe z psychologicznym wątkiem, a od czasu do czasu biografie.  
Marzę o wielu rzeczach, chociaż ostatnio na te marzenia coś jakby mniej czasu… W pierwszej kolejności chciałabym porzucić rodzinny Kraków dla Trójmiasta. Przegania mnie SMOG (nie mylić ze Smokiem Wawelskim;-)) Ale póki co, jeszcze nie pakuję walizek. No i przyjaciół opuścić szkoda, więc tak sobie myślę, że może przez jakiś czas mnie ten przeklęty smog nie zabije...  
   
PK: A skąd się wzięła? ;)

OH: Pseudonim wymyśliłam z trzech powodów – po pierwsze chciałam rozgraniczyć moją radosną, horrorową twórczość od klimatu powieści obyczajowych, które dla odmiany pisuję pod własnym nazwiskiem. Po drugie bawiła mnie możliwość wymyślenia sobie w pewnym sensie drugiej tożsamości, a po trzecie moje nazwisko jakoś mi nie brzmi zbyt „chwytliwie” – Olga Haber na pewno wygląda lepiej na okładce powieści grozy. No i uwielbiam to imię, jest absolutnie świetne. Chociaż do tej mojej „własnej” Kaśki też mam spory sentyment.   

PK: Skąd pomysł na debiut?

OH: Pomysł zrodził się z mojej fascynacji pewnym fenomenem, którego początkowo nie zamierzałam tutaj  zdradzać, bo byłby… spoiler. Ale widzę, że już i tak się wydało, więc odpowiem – amatorsko i że się tak wyrażę, nieco „z doskoku” interesuję się zjawiskiem UFO. I cóż, chyba coraz częściej dopuszczam myśl, że ONI istnieją;) Do tego doszła przeczytana gdzieś przeze mnie w Internecie historia o epidemii cholery, która przeszła przez Polskę w latach trzydziestych dziewiętnastego wieku i zrobił się z tego taki fabularny miks, który udało mi się sklecić w jedną całość.

PK: Ile Ciebie w Natalii?

OH: Natalii ze mnie niewiele. Romans z młodszym o dwanaście lat facetem? Nie wyobrażam sobie. Jasne, miłość czy zauroczenie przychodzą czasem z zupełnie nieoczekiwanej strony i nie ma co czegokolwiek zakładać. Jednak postać Natalii jest chyba w pewnym sensie przerysowana, chwilami przesadnie skupiona na kwestiach starzenia się, czy własnej atrakcyjności. A innych problemów jej przecież nie brakuje… Szkoda na przykład, że tak długo ignoruje rozgrywające się niemal na jej oczach szaleństwo okolicznych mieszkańców. Z drugiej jednak strony był to celowy zabieg mający na celu konsekwentne dążenie do fabularnego rozwiązania, jakie sobie z góry zaplanowałam. Nie byłoby przecież żadnego horroru, gdyby bohaterowie brali nogi za pas i w samą porę nawiewali, gdzie pieprz rośnie. Więc nie obwiniajmy biedaczki, bo niczemu nie jest winna. To ONI jej kazali. No i Olga Haber. I jeszcze tak na koniec – ja sobie świetnie zdaję sprawę, że moja bohaterka Natalia jest mocno niedojrzała emocjonalnie i delikatnie mówiąc irytująca. Ale dokładnie taka miała być. Gdybym nakreśliła jej charakter w inny sposób, nie byłoby mowy o takim zakończeniu. 

PK: A ze wszystkich gatunków literackich... Czemu akurat horror?

OH: A czemu nie? Horror to – pomijając całą jego groźną otoczkę - szalenie zabawna sprawa. Pisanie tego typu rzeczy we mnie osobiście rodzi sporą dawkę kreatywności. Bo bierzesz przykładowo jakiś sielski zakątek, w którym mieszkają zwyczajni, sympatyczni ludzie i nagle – upsss! – pojawia się jakiś dziwny stwór z mackami, czy gadający… pies. Totalnie odjechane, a przy tym wciągające. Niby wczytujemy się w świetnie nam znaną rzeczywistość, a jednak niespodzianka – z szafy wypełzają dziwne stworzenia i zaczyna się ostra jazda. W przypadku literatury grozy, wikłając swoich bohaterów w cały ciąg paranormalnych wydarzeń, autor ma znacznie większe pole do popisu niż przykładowo ktoś, kto pisuje kryminały. Problematyczna wydaje mi się jedynie bardzo cienka linia odgradzająca grozę od… komizmu. Są autorzy, który potrafią napisać coś, co dosłownie wgniata mnie w fotel z wrażenia ( i przerażenia) i tacy, którzy przyprawiają mnie o napad… śmiechu. Póki co wolę się nie zastanawiać, do której z tych grup należę – to akurat pokaże czas i ocenią Czytelnicy.    

PK: Czy poznamy dalsze losy bohaterów „Oni”?

OH: Nieee, tam już (prawie) wszystko zostało powiedziane. Chyba, że ONI zmienią miejscówkę i przeniosą się w inne rejony Polski. Ale prawdę mówiąc – wątpię. Zaczęłam właśnie sporządzać notatki do kolejnej powieści grozy, a „Oni” to zamknięty rozdział. I oby mi ktoś nie przypomniał tych słów, kiedy za parę lat nagle zachce mi się napisać kontynuację. 

PK: Jak wygląda Twój proces pisania?

OH: Walę w klawiaturę z taką pasją, że wydrapałam już paznokciami większość literek. I musiałam je domalować lakierem do paznokci. Czerwonym. Myślę, że mój laptop ma teraz bardzo mordercze wizje dotyczące mojej osoby, ale póki co, jeszcze mnie nie zaatakował. A tak serio – mam lepsze i gorsze dni, gdyż jak wiadomo, wena kapryśną jest panią, żeby nie napisać wredną dziwką. Ale nie mogę narzekać, bo odwiedza mnie w miarę często. Chociaż miewam takie momenty, kiedy siedzę sobie z kubkiem kawy w ręku, wgapiona w migający na pustym arkuszu Worda kursor i zastanawiam się, czy jeszcze kiedykolwiek zdołam napisać chociażby słowo. Więc wertuję słownik, co parę minut zaglądam na Facebooka, kręcę się po domu, czytam trzy książki na raz, a laptop czeka... Szkoda, że nie jest sprytniejszy, bo nie miałabym nic przeciwko temu, żeby czasem napisał coś za mnie. Gorzej, gdyby zaczął na własną rękę zmieniać mi fabułę;-)
Szczęściem prędzej, czy później, wena wraca i znowu zaczyna się zabawa.

PK: Jak wyglądało powstanie powieści „Oni”?

OH: W sumie poszło mi całkiem gładko. Trochę poprawek było, ale sam proces pisania minął mi błyskawicznie. Pisałam gdzieś pomiędzy powieściami obyczajowymi, nad którymi wtedy pracowałam i tekstami, które pisuję zarobkowo, ale pomimo nawału pracy, poszło naprawdę ekspresowo. Może dzięki temu, że od samego początku miałam jasno i klarownie zarysowany w głowie pomysł na fabułę, a wtedy pisze mi się najłatwiej. Żałuję jedynie, że nie udało mi się tej powieści rozbudować – zarzut, że jest zbyt krótka i zbyt gwałtownie zakończona, przewija się w recenzjach, więc chyba coś w nim jest… Podczas pracy nad powieścią również zasugerowano mi, żebym postarała się jakoś ją wydłużyć. Dopisałam więc dwie długie sceny i… utknęłam. Skończyły mi się pomysły, zresztą trudno było cokolwiek tam wcisnąć, bo „Oni” są dość zwarci fabularnie, scena po scenie łączą się ze sobą, jedno wynika z drugiego i ciężko mi było zakłócać z góry ustalony, fabularny porządek. Wyszło, jak wyszło. Za krótko… Biję się w piersi i obiecuję, że kolejna książka będzie dłuższa;-)  

PK: Trzymam za słowo… ;) Kto inspiruje Olgę Haber? Na kim się wzoruje?

OH: Myślę, że jak każdego pisarza, inspiruje mnie życie. Napotkani gdzieś po drodze ludzie, zasłyszane w tramwajach dialogi, zabawne sytuacje – to wszystko w każdym z nas gdzieś tam siedzi i później wychodzi podczas pisania. Dla przykładu przytoczę dwie całkiem niedawne sytuacje.

Pierwsza: siedzimy w jednym z krakowskich pubów. Fajne miejsce, ponoć kręcono tam parę scen filmu „Pod mocnym Aniołem”. W każdym razie przy stoliku kilku znajomych pisarzy i parę osób nie związanych z naszą branżą. W trakcie rozmowy jeden z kolegów rzuca tekst o mocno zaawansowanej wiekowo wokalistce, która wyglądała na tak steraną życiem, że powinna się już chyba tylko wiekiem nakryć. Niesamowicie mnie to rozśmieszyło, tymczasem kumpel - pisarz zażartował, że pierwszy zaklepuje to określenie do swoich tekstów. Strasznie mnie to rozbawiło, ale coś w tym jest – czerpiemy inspirację z zasłyszanych dialogów, ze spotkań z ludźmi, ze scenek z codziennego życia.

Druga sytuacja: cuchnący przepalonym tłuszczem bar w okolicach ronda Mogilskiego. Żarcie za to całkiem dobre i super atmosfera, ale ja nie o tym. Siedzimy w piątkę, głośno się zaśmiewając – pięć wariatek, które kiedyś chodziły do tej samej klasy. Zbierając się, koleżanka niechcący zrzuciła doniczkę z KAKTUSEM na położony nieco poniżej, przedzielony niską ścianką stolik, przy którym siedziało dwóch miłych panów. Szalenie zabawna sytuacja, ale co śmieszniejsze – gdybym ją kiedyś opisała, scena wyglądałaby na mocno naciąganą. A jednak się zdarzyła – słowem życie pisze naprawdę komiczne scenariusze.
Do tego dochodzą oczywiście wszelkiej maści inspiracje literackie. Czytam dużo, chociaż przyznaję, że są to zazwyczaj książki raczej mało ambitne, bardziej lekkie i przyjemne w odbiorze. Stąd moja miłość do Koontza, czy Mastertona, których styl taki właśnie jest. Żyjemy obecnie w takim kołowrocie, że na trudne, czy wręcz nie do końca zrozumiałe lektury, większość z nas ochoty nie ma. Nie uprawiam snobizmu literackiego, nie czytuję czegoś tylko dlatego, że przykładowo dostało Nike. Może to jeszcze reperkusje traumy, której doznałam podczas krótkiego i niedokończonego spotkania z pewną nudną jak flaki z olejem, za to bardzo swego czasu nagradzaną książką, której tytułu tutaj dyplomatycznie nie zdradzę.
Myślę, że dla każdego pisarza jedną z najważniejszych kwestii jest określenie swojego stylu, odnalezienie własnej drogi do Czytelnika. Moja droga jest prosta. Piszę dla tych, którzy po ciężkim dniu chcą usiąść z książką w fotelu i zagłębić się w opowieść. Nie zagęszczam tekstu zbędnymi ozdobnikami, nie dorzucam niezliczonej ilości metafor – liczy się pomysł na fabułę, wartka akcja i klimat. Nie ma chyba na świecie autora, któremu udałoby się napisać coś, co w stu procentach zadowoli każdego Czytelnika. Jeśli ktoś szuka w moich książkach krwawego horroru i latających flaków, na pewno się zawiedzie. Miejsce flaczków jest co najwyżej na talerzu. I od razu mówię, że nie miałabym pojęcia, jak toto upichcić. Tylko nie przesyłajcie przepisów, bo ja w kuchni - to jest dopiero prawdziwe oblicze grozy…         

PK: Obserwujesz środowisko polskiej grozy?

OH: Nie tyle obserwuję, co kibicuję piszącym przyjaciołom i znajomym. Czasem oczywiście zdarza mi się przeczytać coś, co wyszło spod ich pióra, chociaż, głównie z braku czasu, rzadziej, niż bym chciała. Ciekawi mnie też literacka droga Kolegów z mojego wydawnictwa (Videograf), więc zdarza mi się sięgać po ich książki i muszę powiedzieć, że konkurencję mam naprawdę godną. Na koniec dodam, że odkąd zagościłam na krakowskim Kfasonie, stałam się fanką tego typu spotkań. Fantastyczna atmosfera, mnóstwo ciekawych ludzi i after party, które na długo zapamiętam – przy okazji  pozdrawiam wszystkich z grupy koczującej z nami na korytarzu w okolicach łazienek. Miejsca w lokalu dla nas zabrakło, ale my wiemy, jak zorganizować własny kącik, bo impreza ostatecznie przeniosła się w nasze rejony ;-)    

PK: Nagroda Grabińskiego – potrzebna?

OH: Absolutnie! Jak mawiali w Idolu, jestem na „tak”!  

PK: Jak sobie wyobrażasz polski horror za 10 lat?

OH: No nie wiem – o to by chyba trzeba zapytać pewnego pana z Człuchowa. Ale myślę, że w polskim horrorze przez tę jedną dekadę żadnych rewolucyjnych zmian nie będzie. Na pewno na korzyść dla piszących zmienią się realia rynkowe – wydawcy coraz częściej dają szansę temu gatunkowi, co jeszcze parę lat temu nie było takie oczywiste. Co mogę dodać? Mam nadzieję, że wciąż będziemy się spotykać na branżowych konwentach, publikować kolejne książki i pisać, pisać, pisać. Przyjdzie też młody narybek, wniesie powiew świeżości i pewnie nas, starszych piórem, zmobilizuje do cięższej pracy. Nie ma przecież lepszego bata, niż  oddech konkurencji na karku ;-)    

PK: Na koniec – złota myśl Olgi Haber do czytelników. Motto. Sentencja. ;)

OH: Rany boskie, trzynastka jest jednak pechowa… Ostatnie pytanie i nie do przejścia… Nie mam pojęcia, jaką złotą myśl mogłabym tutaj „sprzedać” Czytelnikom. Myślę, że każdy z nas ma swoje własne, ulubione motta, których intuicyjnie powinien się trzymać. To, co dobre dla jednych, niekoniecznie jest dobre dla całego świata. „Bądźcie fajni dla siebie i innych” – to chyba najprostsza myśl, jaka w tym momencie przychodzi mi do głowy. Brzmi banalnie, ale niesie za sobą całkiem pozytywne przesłanie. I tym nieprzyzwoicie wręcz optymistycznym akcentem (biorąc pod uwagę okoliczności) kończę.

PK: Serdecznie dziękuję za rozmowę J

OH: Pozdrawiam!




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz