Żelazna krew, Liza Marklund

"Czasu zawsze jest w nadmiarze, aż nagle się kończy"

      Nie tak dawno temu psioczyłam na inny skandynawski kryminał z Czarnej Serii, a już sięgnęłam po kolejny. Tym razem skusiła mnie renoma autorki. Liza Marklund uznawana jest za "królową skandynawskiego kryminału". To wystarczająco wysoko postawiona poprzeczka, jak mawiał Laska ze znanego polskiego filmu, zatem nie pozostawało mi nic innego, jak sięgnąć i się przekonać, czy koronacja nie odbyła się zbyt szybko, a tytuł nie jest na wyrost. Szkoda tylko, że jestem tak w gorącej wodzie kąpana i zamiast po pierwszą, sięgnęłam po jedenastą część serii kryminalnej...

       Cóż, jeśli chodzi o kryminał skandynawski to jeszcze żadna kobieta mnie nie zachwyciła na tyle, bym miała piać. Zdaje się, że wszystkie panie piszą na jedno kopyto - nudno, przewidywalnie, prosto i tandetnie. Po ostatnich mordęgach z Vivecą Sten miałam wręcz obawy, że wisi nade mną jakaś klątwa i nie ma szans, bym miała wyszperać w literaturze z północy coś dobrego. I do pewnego momentu te obawy się potwierdzały, bowiem "Żelazna krew" rozkręca się strasznie długo i początkowe sceny ciągną się jak krew z nosa w mroźny poranek. Niemniej danie szansy i przecierpienie pierwszych stron przynosi jakąś pociechę - gdy książka się rozpędzi, tak już do końca niemal płynie, a kartki przewracają się same. Nie oznacza to jednak, że fabuła jest aż tak zapierająca dech w piersiach, co to, to nie. Marklund pisze zdecydowanie lepiej, wręcz o całe niebo lepiej, niż Sten, ale wciąż nie są to wyżyny literackie in general. 

         "Żelazna krew" to jedenasta (i ostatnia) książka z cyklu o Annice Bengtzon, brawurowej dziennikarce znanego brukowca. I ponoć najlepsza (cóż, niekoniecznie chcę w takim razie poznać tę najgorszą). Nie, nie jest zła. Jest po prostu przeciętna. Być może - a nawet na pewno - znacznie lepiej by mi się czytało książkę, gdybym znała poprzednie tomy cyklu, bowiem pojawiają się tutaj liczne nawiązania, wspominki, aluzje i napomknięcia do kwestii, które musiały wyniknąć z poprzednich fabuł. Niemniej wychodzę z założenia, że do pełnego zrozumienia intrygi kryminalnej nie trzeba poznawać całego cyklu, choć do pełnego zrozumienia wzajemnych relacji bohaterów - z pewnością. Brak tejże znajomości zdecydowanie zubożył mi lekturę i to jest tylko i wyłącznie moja wina, więc prawdopodobnie moja ocena książki jest niesprawiedliwie zaniżona. A jednak abstrahując już od kwestii obyczajowych, które wydały się nieco wyrwane z kontekstu i pozbawione wyjaśnienia (które to wyjaśnienie zapewne pojawiło się w którymś z poprzednich dziesięciu tomów cyklu), to sama intryga kryminalna była całkiem w porządku. Otóż dziennikarka, stawiając czoło nieuchronnym zmianom w dotychczasowej karierze, powraca do morderstwa sprzed lat. Sprawca tej i kilku innych zbrodni siedzi w więzieniu. Annika jest przekonana, że on ich nie popełnił, pomimo że się do nich przyznał. W międzyczasie siostra Anniki znika jak kamfora. Kobieta - Annika, nie jej siostra - będzie musiała podzielić uwagę pomiędzy sprawę wracającą na wokandę a lęk o wspomnianą Brigittę. I tu jest pies pogrzebany, bo wcinając się w jedenasty tom cyklu nie znamy relacji Anniki z siostrą, ani nawet z jej byłym mężem, nie wiemy, kto kogo lubi, kto kogo wydymał i kto się z kim kumpluje. Choć jestem orędowniczką minimalizmu w kwestii życia prywatnego bohaterów powieści kryminalnych, to taka zupełna enigma też nie jest zbyt dobra. Konkludując, zrobiłam ogromny błąd sięgając po Marklund na koniec cyklu - i prawdopodobnie zepsułam sobie radość czytania. 
Niesamowite jest to, jak widoczne jest "rozkręcenie" fabuły w miarę czytania. Miałam wrażenie, że początek rodził się w bólach; porządny rozbieg pozwolił autorce na rozwinięcie skrzydeł gdzieś w połowie książki, by już gnać z wiatrem aż do ostatniego zdania. Może to kwestia przyzwyczajenia do stylu i do świata przedstawionego... Gdy poszczególne, luźne wątki fabuły zaczynają się splatać i czytelnik zaczyna się oswajać z zimnym, ostentacyjnie ascetycznym językiem i powoli przenika do świata Bengtzon, wszelkie wady się zamazują. Ma to swoje dobre strony, gdyż zaciera się początkowe złe wrażenie, ale trudno jednoznacznie ocenić tę książkę. Tym bardziej, że ma wiele "swoich" momentów. Ot, chociażby warstwa społeczna. Podobało mi się zwrócenie uwagi na zmianę, jaka powoli dokonuje się na naszych oczach w świecie mediów, to, że papierowe wydania prasy odchodzą w niebyt, a na prowadzenie wysuwa się rzeczywistość wirtualna - co z kolei wiąże się z tym, że mnóstwo ludzi traci pracę. Trafne, smutne spostrzeżenia fajnie spajają poszczególne wątki i pozwalają czytelnikowi poczuć się jak w domu, to znaczy - mniej zdezorientowany, bardziej oswojony.
"Obiektywne, analizujące dziennikarstwo, przekazujące informacje, takie, jakie wszyscy znamy, będzie jedynie krótką przerwą w historii ludzkości"
I jest to też chyba fajne, wymowne zakończenie serii. Kończy się dziennikarstwo, kończy się i Annika Bengtzon... Żałuję tylko, że ja ją zaczęłam poznawać od końca, bo brak wiedzy na temat niuansików fabularnych nieco mnie zniechęcił, pomimo że szczękę zbierałam z podłogi po ostatnich akapitach. A myślę, że cała historia mogłaby mi się bardzo spodobać (nie ma aż tak wielu wstawek romantycznych, które mnie tak irytują, choć warstwa obyczajowa jest szeroko rozbudowana), a zakończenie rozwalić zupełnie na łopatki. Cóż. Mea culpa. Generalnie to nie jestem obiektywna i moja ocena tej książki jest całkowicie uzależniona od faktu, iż nie wiedziałam, o co chodzi, ale Wam polecam sięgnięcie po Marklund od początku serii. Może ukoronujecie tą panią i uznacie, że pisze po królewsku? Tego Wam życzę. Dobrych wrażeń z lektury. A przynajmniej lepszych, niż ja.

Żelazna krew
Liza Marklund
Czarna Owca 2015

Żelazna krew [Liza Marklund]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

"Dziennikarstwo się przeżyło. Wraz z rozwojem internetu i mediów społecznościowych władza i odpowiedzialność przeszła na każdego z nas. Każdy jest dla siebie Stwórcą, a to już prosta droga do piekła"


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz