Zombie.pl, Robert Cichowlas, Łukasz Radecki

"To ostateczny znak od Boga - powiedział szeptem, doskonale słyszalnym mimo pomruków setek zombie na zewnątrz. - Nasz świat się skończył"

Nie jest tajemnicą, że uwielbiam zombie. W każdej postaci. Film, książka, serial - byle było dużo i byle było obrzydliwie. Jestem dzieckiem popkultury i takie motywy mnie strasznie jarają. Wiecie, nie można wiecznie tkwić w rzeczywistości, w końcu dlatego czytamy książki - ale czasami trzeba poczytać o czymś niesamowitym, by tak zupełnie odlecieć do innego świata. To relaksuje. Odmóżdża. Sprawia frajdę. Gdyby nie to, wówczas "The Walking Dead" nie byłoby tak popularne, a książki Manela Loureiro, Rhiannon Frater czy Miry Grant pokrywałyby się kurzem w szufladach autorów. Nie mówiąc już wcale o klasykach, takich jak Richard Matheson ("Jestem legendą") czy Brian Keene.
Nie jest też tajemnicą, że lubię polską literaturę. Radeckiego i Cichowlasa czytałam już kilkakrotnie i jak dotąd wniosek miałam jeden, ale do niego dojdę później. O zombie na polskim podwórku było już u Wardziaka w "Infekcji". Ba, pojawiła się cała antologia zombie, w której pojawiło się i moje opowiadanie ("Zombiefilia"). Szybko można zatem dojść do wniosku, że temat został wyczerpany. Wyeksploatowany. Wyżęty i wyciśnięty, wstrząśnięty nie mieszany. Zombie? Ileż można! 
Można się wręcz pokusić o stwierdzenie, że chcąc nie chcąc powstał już etos powieści zombicznej. Powieść zombiczna to nic innego jak przygodówka z elementami czegoś-tam - horroru, dramatu, czasem melodramatu... Generalnie jednak ogólne ramy tych opowieści są mniej więcej takie same. Mamy jakiś kataklizm. Nasi bohaterowie nagle muszą się zmierzyć z nową sytuacją, która sprawiła, że najlepszy sąsiad i listonosz chodzą, pomimo wielkiej dziury w bebechach. Chodzą i gryzą. Nasz bohater przeżywa wszystkie etapy gniewu/ żalu (zwał jak zwał), dopóki nie stwierdzi, że musi stąd spierdalać, I od tego momentu toczy się gra o "coś" - o życie, o podróż, o dostanie się do bliskich. Nihil novi. Po drodze obowiązkowo jakiś mały dramacik, atak złych ludzi (żywych!), momenty moralnych dylematów itp. Sztampa. Serio, wymyślić coś innowacyjnego w temacie to nie lada wyczyn.
Niektórzy z Was mogą teraz stwierdzić, że skoro tak marudzę, to po co to czytam? Moi drodzy, ja uwielbiam zombie. Jednocześnie jednak nie jestem bezkrytyczna w temacie i wciąż poszukuję nowych "podniet zombicznych". Tak, dokładnie. A szczerze mówiąc, skoro miłość jest z reguły ślepa, to i ja bywam - bo nawet jeśli książka nie wybija się ponad trywialną konstrukcję, to i tak mam frajdę. Wiecie, dlaczego? Bo są ZOMBIE!

Dobra, to do meritum, bo o książce Cichowlasa i Radeckiego miałam pisać. "Zombie.pl" to dobry tytuł, bo już z marszu opisuje temat książki. Nikt się więc nie powinien oburzać w stylu "Jak to? To "Zombie.pl" nie jest o portalu randkowym?? O miłości?? O wędrówce duszy człowieka w światy astralne??? Skandal!". Z tytułu wiemy, że będą zombiaki, i wiemy, że będą rozrabiały w naszej pięknej Ojczyźnie. Od razu Wam przybliżę, że chłopaki prezentują realia głównie dwóch miast - Gdańska i Malborka. Pierwsza łycha dziegciu - miejsce akcji (pomimo lekkiego naginania, jak sugerują autorzy w posłowiu) jest straaasznie precyzyjne i dla kogoś, kto w Gdańsku był tylko przejazdem, a zamek w Malborku odwiedził będąc dzieckiem, jest zwyczajnie nudne. No bo co mnie obchodzi, w którą ulicę skręcił bohater i jak się nazywa osiedle, które właśnie mija? Wybija to z rytmu i irytuje, choć w podsumowaniu chłopaki podkreślają, że nie w 100% oddali satelitarną dokładność przestrzeni. Cóż, gdańszczanie i ludzie z Malborka (nie ośmielam się na tworzenie nazwy mieszkańca) będą kontent, to jasne, bo fajnie poczytać o tym, co się zna i wyłapać to, co autor sobie pozmieniał. Więc uznajmy, że to tylko moje czepialstwo. Tym bardziej, że zawsze podkreślam, iż doceniam skrupulatność w opisie realiów, dzięki którym powieści nabierają wiarygodności i mocniej są ugruntowane w rzeczywistości... Dobra, będę konsekwentna.

To teraz troszkę o fabule. Mamy głównego bohatera, który się tak niemożebnie schlał, że przespał apokalipsę. Pobudka po południu to nic przyjemnego - kac, mdłości i zwłoki kumpla w korytarzu. Nie, żaden dzień nie powinien się tak zacząć (czy raczej: żadna impreza nie powinna się tak skończyć). Przerażony i zdezorientowany wybiega na ulicę i truchcikiem pokonuje pół miasta. Bo wysportowany jest. Dobiega do stacji benzynowej po mineralkę i tam... No, powiedzmy, że zaczyna się ta przygodowa część. Nihil novi. Druga łyżka dziegciu - kolo w ogóle jest niewiarygodny. Bardzo szybko godzi się z zaistniałą sytuacją. Nie ma zbyt wielu skrupułów, by zabić człowieka. Pamiętacie Ricka z The Walking Dead? Pozbywał się skrupułów przez bodaj dwa bite sezony... A niedowierzanie i sceptycyzm najlepiej opisał Manel Loureiro w pierwszy tomie "Apokalipsy Z" - bohater naprawdę dłuuugo obserwuje świat, nim uwierzy, że opanowały go żywe trupy. Przykro mi to pisać, ale warstwa psychologiczna książki leży i kwiczy jak ten przejechany walcem zombie przy krawężniku - nie ma "dramy", pobudki bohaterów są nie do końca jasne, ich działanie zaś chaotyczne i bardzo wymuszone. Jeśli chodzi o tę płaszczyznę powieści, to jest sprawa nad którą chłopaki powinni popracować, bo już w poprzednich ich książkach psychologia postaci była niczym stary cukierek z dna torebki obtoczony w kłaczkach - ledwie liźnięty. A jeśli ktoś powie, że takich cukierków nie liże wcale, to... macie warstwę psychologii postaci u Radeckiego i Cichowlasa. Czyli: permanentny brak takowej. A nawet w głupiej przygodówce o zombie przyda się trochę "sajkolodżikal nonsens". Żeby się móc wczuć. I już.
Nasz bohater ma plan - chce się dostać do Poznania, gdzie została jego żona i synek. Mamy tu motyw Odyseusza powracającego do Itaki, który pomimo różnym przeciwnościom napotykanym na swej drodze wciąż brnie do przodu, napędzany tęsknotą za domem. Karol Szymkowiak też brnie, ale coś mu nie idzie. Kilkakrotnie staje się tym największym frajerem, bo raz zostaje zniewolony przez bandę oprychów, drugi raz - przez oszołomów. Natyka się na szalonych pogan prowadzących oblężenie Malborka i tu dokonuje się pierwszy moralny dylemat, ale o nim nie opowiem, bo Wam zepsuję całą frajdę (pomnijcie te słowa, dziegciu sporo, ale frajdy też). Generalnie powtórzę raz jeszcze: nihil novi. Sztampa, banał, wtórność, choć (uwaga!) na końcu jest mały twist, który... w zasadzie sugeruje kontynuację. Ale tak ogólnie rzecz biorąc, w "Zombie.pl" nie ma niczego nowego, niczego zaskakującego. Momentami można ziewnąć albo przewrócić oczami. Ale wiecie, co?
"Zombie.pl" jest o ZOMBIE!
Więc przeczytałam i mi się podobało. Sporo gore, rozmemłanych flaków, wiszących korali jelit i innych obrzydliwości. W tym chłopaki się specjalizują i na to liczyłam. Jest groteskowo, jest krwiście - dokładnie tak, jak miało być. Największe wrażenie zrobił na mnie opis zombiaka przyczepionego do podwozia autobusu, którego ciało zostało starte na asfalcie jak kawałek ogórka na tarce, a wciąż żyło. Brrr. Super. I oczywiście jak to u Radeckiego i Cichowlasa - musiała się pojawić jakaś niezła laska. Głupia, ale niegłupia, trochę pieprznięta, jak dla mnie - walnięta totalnie. Co muszę jednak przyznać z ogromną ulgą, tym razem panowie nie popuścili wodzy erotycznej wyobraźni i nie mamy tu taniego porno. Uff, uff. Kłaniam się i proszę o więcej takich - powściągliwość w opisie seksu wcale nie jest wadą czy objawem zniewieściałości czy wstydu, a właśnie pobudza wyobraźnię czytelnika. No bo jeśli dany opis nie stanowi bodźca do fantazji i nie pozostawia niedosytu, podając wszystko na tacy, to staje się pornografią, za którą nie przepadam (dlatego nie lubię Mastertona). Cieszę się, że tutaj było w sam raz.

Wyżej pisałam, że czytałam już Radeckiego i Cichowlasa i dotąd wniosek miałam jeden. Miałam wrażenie, że panowie stawiają nie na jakość i wartość literacką historii oraz jej głębię, co na jej widowiskowość. Ich książki miały szokować, miały być ostre. Prawda jest jednak taka, że nawet najbardziej szokujący detal staje się nudny, gdy powtarzany kilkakrotnie. Tutaj, przy okazji "Zombie.pl", jest nieco inaczej. Historia jest bardziej wyważona, pewne elementy - dotąd ignorowane - zostały ładnie zaakcentowane, jeszcze inne odeszły do lamusa.  Nie, nie jestem pruderyjna, ale po prostu lubię klasę, a wierzcie mi - nawet w historii o żywych trupach można tę klasę zachować. Panowie dżentelmanieją, że tak powiem. Największą siłą powieści jest jej dynamika - fabuła rwie do przodu jak narwany koń, ciągle się coś dzieje, a całość splatają elementy folkloru. Wszystko jest cacy. Pozostaje chłopakom tylko popracować nad psychologią postaci, bo akcję i opis mają opanowane do perfekcji. Warsztatowo też nie mam im nic do zarzucenia. Ale to nic dziwnego, w końcu obaj są autorami z niemałym już dorobkiem i byłoby trochę głupio, gdyby nie umieli pisać, c'nie? 
"To był marsz żywych trupów na tle szarogranatowego nieba. Poruszały się wolno. Wpadały na siebie, trącały się rękoma albo kikutami, niekiedy zatrzymywały, po czym znów ruszały do przodu. I tak w kółko. Ich twarze z daleka wyglądały zawsze tak samo, bez względu na płeć. Były jak ciemna masa zmierzająca w nawet sobie nieznanym kierunku"
To reasumując ten przydługi wpis - było warto? Tak! Mamy tu Polskę, mamy absurd, mamy groteskę. A że wtórnie? Co z tego! Literatura zombiczna jest jak każda telenowela południowoamerykańska - przewidywalna, makabryczna i zawsze taka sama. Jeśli szukacie sprawdzonych, konwencjonalnych przepisów, to łapcie za "Zombie.pl". Ja polecam.


Łukasz Radecki & Robert Cichowlas
"ZOMBIE.PL"
Zysk i s-ka 2016

Zombie.pl [Robert Cichowlas, Łukasz Radecki]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz