Apokalipsa Z. Gniew sprawiedliwych [t.3], Manel Loureiro


„Tak mówi Wszechmocny Pan: Rozciągnę nad tobą moją sieć w zgromadzeniu licznych ludów – i wyciągnę cię w moim niewodzie. Rzucę cię na ziemię, zwalę cię na otwarte pole, i będą na tobie siadały wszelkie ptaki niebieskie, i nasycę tobą wszelkie zwierzęta całej ziemi, Rozrzucę twoje cielsko po górach i wypełnię zarobaczoną twoją padliną doliny”[Ez 32, 3-5]

„Gniew sprawiedliwych”, książka zamykająca przyzwoitą, zombiczną trylogię Manela Loureiro, jest dokładnie taka, jaka powinna być: dynamiczna, zaskakująca i chwytająca za serce. Autor odpowiedział na wszystkie pytania, które mogłyby czytelnikowi tułać się po głowie, ponadto wprowadził sporo dramatyzmu, makabry i odrobinkę hardkoru. Sprawił, że ostatni tom „Apokalipsy Z” był po prostu smakowitym uwieńczeniem całości.

Pamiętacie Koreę Północną? Ten zamknięty kraj, którego reżim sprawia, że tak naprawdę nie wiemy o nim nic? Manel to wykorzystał, przypominając sobie o kraju "pod czerwoną gwiazdą", które – jako jedyne – naprawdę miałoby szansę wyjść z apokalipsy bez najmniejszego uszczerbku. Państwo, którego miłościwie panujący chciałby przemienić w imperium światowe, nagle – podczas gdy po reszcie świata spacerują Nieumarli – staje w obliczu sytuacji, mogącej spełnić te marzenia. I kto powiedział, że marzenia się nie spełniają? Gdy pod wpływem wirusa Stany Zjednoczone, Rosja, Chiny, cała Europa i Afryka stają się wyludnione, a poszczególne wysepki ocalałych, rozrzuconych bezładnie po Ziemi, jawią się niczym definicja chaosu, oto nadchodzi czas dla Koreańczyków z Północy. Pora na sięgnięcie po to, co w zasięgu ręki. Na dominację nad światem.
Manel Loureiro
W międzyczasie nasz bohater, jego rudy towarzysz Lukullus, Lucia i Wiktor opuścili już Teneryfę i zmierzają przed siebie w niewielkim jachcie. Niefortunnie znajdą się w oku cyklonu, ogromnej chmury burzowej, i gdyby nie wielki tankowiec, z pewnością zginęliby już na początku trzeciego tomu. Ocaleni przez grupę z Gulfport ochoczo przyłączają się do tej namiastki cywilizacji, jaką stała się ta mieścina pod wodzami wielebnego Greene’a. Nic jednak nie jest takie, jakie być powinno – w mieście-państwie wielebnego wprowadzono podział na rasy, przypominający ten, którego uskuteczniali hitlerowcy. Heloci, czyli Murzyni, Azjaci, Meksykanie i każdy o barwie skóry innej niż biała, zmuszani są do życia w getcie i niebezpiecznej pracy Dla Dobra Całego Społeczeństwa Gulfport. Niektórzy z nich mają zabliźnione rany po ugryzieniach Nieumarłych… Czyżby istniało jakieś lekarstwo?

Trzeba pamiętać jedno. Apokalipsę przeżywają nie tylko dobrzy ludzie. I, niestety, ci źli w ekstremalnych sytuacjach naprawdę mają większą siłę przebicia. Bo zdobyć władzę nad przerażonymi, osamotnionymi ludźmi, którzy widzieli najstraszniejsze rzeczy, jakie można sobie wyobrazić, to właściwie nic trudnego. Takimi ludźmi można kierować, można wykorzystać ich strach, można ich podbić tak sprytnie, że nawet sami nie zauważą, kiedy zostaną ubezwłasnowolnieni. Wielebny Greene, ze swoimi proroczymi wizjami, ze swoim "boskim natchnieniem" i skrajnym dewotyzmem wraz z grupką wiernych mu, aryjskich żołnierzy, którzy przed apokalipsą byli skazanymi, poprowadzi Gulfport prosto do nieba. I zrobi to - dosłownie - po trupach. 
„Mysz zapędzona w zaułek bez wyjścia rzuci się nawet na lwa”
I o tym jest ta część. O walce tych najsłabszych z tymi, którzy po prostu mają więcej karabinów. O upadku człowieczeństwa – nie tylko dosłownie, ale i metaforycznie. O zagładzie dobra i naprawdę niewielkiej nadziei na to, że jednak przetrwa. I o małej grupce ludzi, którzy tę nadzieję podzielają. To niezła ironia losu – przetrwać apokalipsę, przemierzyć tysiące kilometrów naładowanych zombie, przeżyć katastrofę na morzu i… umrzeć z ręki drugiego, żywego człowieka.


Trylogia „Apokalipsa Z” to bardzo dobra, wręcz innowacyjna pozycja, wnosząca do dość opasłej biblioteki literatury zombiastycznej całkiem niezwykły powiew świeżości. Choć tak naprawdę nie mogę narzekać na tę literaturę - czytałam już kilka pozycji, wchodzących w skład trylogii, i zazwyczaj jestem ukontentowana. Tak było w przypadku dwóch pierwszych tomów trylogii Miry Grant ("Feed", "Deadline"), trylogii The Walking Dead ("Narodziny Gubernatora", "Droga do Woodbury"), całej trylogii Rhiannon Frater ("Pierwsze dni", "Konfrontacja", "Oblężenie") czy dwóch części opowieści Briana Keene ("Miasto żywych trupów", "Noc zombie"). Każda z tych powieści w inny sposób dotyka tematu zombie apokalipsy. Jeszcze inaczej do tematu podchodzi Max Brooks ("Wojna zombie", "Zombie survival"), a i kilka zwariowanych wariacji zombicznych pojawiło się też w naszej polskiej antologii zombie, "Zombiefilii". Jak w tym towarzystwie wypada Manel Loureiro?
Przejrzałam opinie o tym tomie na znanym portalu książkowym. I wiecie, co? Zarzuty, że najsłabsza część, że amatorszczyzna, że nuda... Cóż. Literatura zombiczna nigdy nie miała ambicji do tego, by być zwana wysoką. Nie pretendowała do tronu ani do tego, by być wysublimowana, mocno... literacka. Poetycka. Piękna. Jeju, ludzie! To opowieść o ZOMBIE. Naprawdę spodziewacie się, że ta literatura będzie mogła stać obok Kerouaca, McCarthy'ego i Marqueza? Owszem, Matheson napisał "Jestem legendą" o wampirach... i zrobił to w sposób nobliwy. McCarthy opisał cudowną wizję apokalipsy w "Drodze". Ba, McCammon pięknie poprowadził "Łabędzi śpiew", a King zachwycił mnie "Bastionem". Ale Loureiro spisał po prostu swoją fantazję. Trzeba umieć odróżnić literaturę wysoką od literatury popularnej. Trylogia Hiszpana jest lekka, łatwa i przyjemna. Jako autor niezupełnie doświadczony i tak zrobił coś fenomenalnego i ja go bronić będę, i basta.

Loureiro ma taki sposób prowadzenia narracji, że człowiek autentycznie wtapia się w tę historię, przenika przez kartki książki i przeżywa to, co główny bohater - stojąc z nim ramię w ramię. A przy tym jego styl jest lekki, wciągający i pochłaniający. Muszę przyznać, że dopiero w 3. tomie autor się tak na maksa rozkręcił, bo naprawdę - soczyste opisy zwłok, postaci zombiaków i kilku tragicznych wydarzeń doszły prawie do perfekcji. Myślę, że w poprzednich dwóch tomach był dość... powściągliwy. Ale teraz całość jawi mi się jako bardzo fajny horror przygodowy. Ale ja nie jestem obiektywna. Kocham zombie. A miłość, jak wiadomo z hollywoodzkich filmów, jest ślepa i upośledza umiejętność racjonalnego podejścia do spraw wszelakich... ;)

Cóż mogę powiedzieć? Polecam Wam. Całą trylogię! Poznajcie świat hiszpańskiego pisarza (z którym rozmawiałam tutaj), z pewnością będziecie czytać z wypiekami na twarzach i łezką w oku. Przeczytajcie tę niezwykle sugestywną, ciepłą opowieść o przetrwaniu, o znajdywaniu przyjaciół, miłości. O odnajdywaniu siebie. Zresztą wiedzy teoretycznej nigdy za wiele. Bo kiedy (nie "jeśli", ale właśnie "kiedy") nastąpi apokalipsa zombie i umarlaki będą chodzić po świecie, człowiek powinien mniej więcej wiedzieć, co go czeka... ;) 



Apocalipsis Z: La ira de los justos, Apokalipsa Z tom 3
wydawnictwo: Muza S.A., 15 stycznia 2014
ISBN: 9788377585832, liczba stron: 495


Apokalipsa Z. Gniew sprawiedliwych (t.3) [Manel Loureiro]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz